strona główna

Paul K. FEYERABEND

Jak obronić społeczeństwo przed nauką

"How to Defend Society Against Science" (1975), tłum. Marek Hetmański

Bajeczki
Przeciwko metodzie
Przeciwko wynikom
Edukacja i mit

Praktycy niezwykłego zawodu, przyjaciele, wrogowie, panie i panowie: Przed wygłoszeniem mojego referatu pozwólcie mi wyjaśnić okoliczności jego powstania.

Mniej więcej rok temu byłem bez pieniędzy, przyjąłem więc zaproszenie do udziału w opracowaniu książki traktującej o relacji między nauką a religią. Chcąc, by książka miała powodzenie pomyślałem, iż powinieniem nadać mojemu w niej udziałowi prowokujący charakter, mianowicie twierdząc, że nauka jest religią. Czyniąc to twierdzenie sednem mojego artykułu, znalazłem wiele powodów, wiele świetnych powodów dla jego podkreślenia. Wyliczyłem je i po skończeniu artykułu otrzymałem zań zapłatę. Był to etap pierwszy.

Wziąłem z kolei udział w konferencji na rzecz obrony kultury; zgodziłem się na udział w niej, ponieważ opłacono mój przelot do Europy. Muszę jednak zaznaczyć, że byłem do pewnego stopnia zainteresowany jej tematem. Gdy jednak przybyłem do Nicei, nie miałem jeszcze żadnego wyobrażenia o tym, co mógłbym powiedzieć. W trakcie obrad konferencji zauważyłem, że wszyscy traktują naukę w sposób wzniosły i poważny. Wówczas to zdecydowałem się objaśnić, w jaki sposób można obronić kulturę przed nauką. Wszystkie powody zebrane w moim artykule mają tu swoje wyraźne zastosowanie i nie ma potrzeby wymyślać nowych. Referat spotkał się jednakże z dezaprobatą w stosunku do moich "niebezpiecznych i pochopnych" pomysłów, odebrałem więc bilet i poleciałem dalej do Wiednia. Był to etap drugi.

Teraz powinienem przemówić do państwa. Przypuszczam, że w pewnym stopniu jesteście audytorium całkowicie odmiennym niż to w Nicei. Po pierwsze, wyglądacie dużo młodziej, podczas gdy moi słuchacze w Nicei rekrutowali się spośród profesorów, ludzi interesu, kierownictwa telewizji, a średnia wieku wynosiła 58 i pół roku życia. Ponadto jestem zupełnie pewny, iż większość z was jest znacznie na lewo w stosunku do słuchaczy w Nicei. W gruncie rzeczy, mogę z grubsza powiedzieć, że jesteście audytorium lewicowym, gdy to w Nicei było prawicowym. Lecz pomimo tych różnic macie pewne rzeczy wspólne. Zarówno oni, jak i wy, jak przypuszczam, poważacie i naukę i wiedzę. Sądzicie, że nauka, oczywiście, musi zostać zreformowana i stać się mniej autorytarną. Lecz jeśli reformy te spełnią się, staje się ona cennym źródłem poznania i nie wolno kalać jej różnego rodzaju ideologiami. Po drugie, i wy, i oni jesteście ludźmi poważnymi. Wiedza jest zagadnieniem traktowanym serio zarówno przez prawicę, jak i przez lewicę i ma być uprawiana w duchu powagi. Wszelka frywolność ma być poza nią, a cechować ją ma poświęcenie i gorliwość. Te wszystkie podobieństwa prawie bez zmiany pragnę obecnie wykorzystać, powtarzając mój referat. Oto on.

Bajeczki

Pragnę bronić społeczeństwo i jego członków przed wszelkimi ideologiami, łącznie z nauką. Wszelkie ideologie należy rozpatrywać z pewnym dystansem. Nie można przyjmować ich nazbyt poważnie. Należy czytać je jak bajki mające do powiedzenia wiele interesujących rzeczy, lecz zawierające także nikczemne kłamstwa lub traktować je jako etyczne nakazy, które mogą być użytecznymi zasadami praktycznymi, lecz które stają się zabójcze wówczas, gdy brane są nazbyt dosłownie.

Czy nie jest to dziwne i śmieszne nastawienie? Nauka, oczywiście, zawsze była na czele walki z autorytaryzmem i przesądem. To nauce zawdzięczamy naszą wzrastającą wolność intelektualną w stosunku do religijnych wierzeń; to dzięki niej ludzkość uwolniła się od starożytnych i rygorystycznych form myśli. Dziś formy te nie są niczym innym jak złym snem — i tego nauczyła nas nauka. Nauka i oświecenie są jednym i tym samym — wierzą w to nawet najbardziej radykalni krytycy społeczeństwa. Kropotkin pragnie obalić wszelkie instytucje i postaci wiary, z wyjątkiem nauki. Ibsen, krytykując najbardziej intymne odnogi dziewiętnastowiecznej ideologii burżuazyjnej, naukę pozostawia nietkniętą. Levi-Strauss, jakkolwiek uświadomił nam, że Myśl Zachodu nie jest, jak wierzono, jedynym wysiłkiem i efektem ludzkiego gatunku, wykluczył jednak relatywny charakter nauki, jaki natomiast przypisał ideologiom. Marks i Engels byli przekonani, że nauka może wesprzeć proletariat w jego poszukiwaniu społecznej i umysłowej wolności. Czy wszyscy oni zostali oszukani? Czyżby mylili się co do roli nauki? Czy byli ofiarami chimery?

Na to pytanie moja odpowiedź brzmi stanowczo Tak i Nie.

Teraz proszę pozwolić wyjaśnić mą odpowiedź.

Wyjaśnienie to składa się z dwu części: jednej bardziej ogólnej, drugiej szczegółowej.

Wyjaśnienie ogólne jest proste. Każda ideologia, łamiąca wpływ jakiegoś rozległego systemu myśli na umysły ludzi, przyczynia się do wolności człowieka. Każda ideologia kwestionująca odziedziczone wierzenia człowieka staje się pomocą w jego oświeceniu. Prawda panująca bez przeszkód staje się tyranem, który musi być obalony, a każdy fałsz pomocny w obaleniu tyrana jest wtedy mile widziany. Siedemnasto- i osiemnastowieczna nauka była rzeczywiście Instrumentem wolności i oświecenia. Nie oznacza to jednak, że nauka jest zobowiązana trwale pozostawać takim instrumentem. Nie ma w nauce, jak i w każdej innej ideologii, czegoś wrodzonego, co zasadniczo czyni je wolnościowymi. Ideologie mogą łatwo się zdeprecjonować i stać się bezsensownymi religiami. Spójrzcie na marksizm. A że dzisiejsza nauka jest różna od nauki w 1650 roku — jest to oczywiste przy najbardziej nawet powierzchownym spojrzeniu.

Dla przykładu rozważmy rolę, jaką nauka gra obecnie w procesie edukacji. Naukowe "fakty" nauczane są już we wczesnym wieku i to w ten sam sposób, w jakim "fakty" religijne były wykładane sto lat temu. Nie czyni się żadnego wysiłku, by obudzić w uczniu zdolności krytyczne, tak by zyskał on zdolność widzenia rzeczy z pewnego dystansu. Na uniwersytetach sytuacja jest jeszcze gorsza, ponieważ indoktrynacji dokonuje się tu w jeszcze bardziej systematyczny sposób. Krytycyzm nie jest jednakże całkowicie nieobecny. Społeczeństwo i jogo instytucje, przykładowo, są bezlitośnie i często krzywdząco krytykowane już na poziomie szkoły podstawowej. Lecz naukę wyłącza się spod krytyki. W szerokich kręgach społecznych opinia naukowca przyjmowana jest z taką samą czcią, jak nie tak znowu dawno akceptowana była opinia biskupa czy kardynała. Dążenie do "demitołogizacji" jest w dużym stopniu motywowane pragnieniem uniknięcia rozbieżności między chrześcijaństwem a naukowymi ideami. W przypadku takiej rozbieżności nauka okazuje się mieć rację, natomiast chrześcijaństwo myli się. Prowadząc te badania dalej możecie zobaczyć, że nauka stała się teraz tak gnębicielska jak ideologie, z którymi musiała walczyć. Nie dajmy się zwieść faktowi, że mało kto obecnie traci życie z powodu herezji noukowej. Nie ma to nic wspólnego z nauką; jest to cecha ogólna naszej cywilizacji. Heretycy w nauce są jednak wciąż zmuszani ponosić skutki najokrutniejszych sankcji, jakie oferuje im ta stosunkowo tolerancyjna cywilizacja.

Lecz czy charakterystyka ta nie jest aby zupełnie niesprawiedliwa? Czy sedna sprawy nie przedstawiłem w fałszywym świetle używając tendencyjnej i zniekształcającej terminologii? Czy sytuacji tej nie powinniśmy opisać w sposób odmienny? Mówiąc, że nauka stała się sztywna i przestała być instrumentem zmiany i walki o wolność, nie dodałem przecież, jakoby znalazła ona prawdę lub znaczną jej część. Zważywszy na tę dodatkową okoliczność uświadamiamy sobie, według tego zarzutu, że sztywność nauki nie jest spowodowana ludzką rozmyślnośclą; leży ona raczej w naturze rzeczy. Ponieważ już raz odkryliśmy prawdę — cóż jeszcze więcej możemy uczynić, jak tylko za nią postępować?

Ta banalna odpowiedź nie jest bynajmniej oryginalna. Stosuje się ją zazwyczaj wówczas, gdy jakaś ideologia pragnie wzmocnić wiarę swych wyznawców. "Prawda" jest właśnie takim neutralnym wyrazem. Nikt nie może zaprzeczyć temu, że chwalebną rzeczą jest mówić prawdę, a nikczemną — kłamać. Nikt temu nie zaprzecza, a jednocześnie nikt nie wie, czemu równa się taka postawa. Tak też nazbyt łatwo jest zapomnieć o tym i zamienić wierność prawdzie w codziennych sprawach na wierność jakiejś Prawdzie ideologicznej, która nie jest niczym innym jak dogmatyczną obroną samej ideologii. Fałszem jest również przekonanie, że musimy postępować za prawdą. Ludzkie życie kierowane jest przez wiele idei. Prawda jest jedną z nich; wolność i intelektualna niezależność są ideami kolejnymi. Jeśli Prawda, taka jaką wyobrażają sobie ideologowie, staje w konflikcie z wolnością, wówczas musimy dokonać wyboru. Możemy zrezygnować z wolności, lecz możemy także porzucić Prawdę. (Alternatywnie, możemy także przyjąć bardziej wyrafinowaną koncepcję prawdy, nie zaprzeczającą już wolności; takie rozwiązanie znalazł Hegel). Moja krytyka współczesnej nauki opiera się na przekonaniu, że zakazuje ona wolności myśli. I jeśli ma być tak dlatego, że nauka znalazła prawdę i teraz podąża za nią, to powiedziałbym, iż są lepsze wyjścia niż najpierw odnaleźć, a następnie podążać za takim potworem.

Tok kończy się ogólna część mojego wyjaśnienia.

Istnieje także bardziej charakterystyczny argument na rzecz obrony wyjątkowej pozycji nauki we współczesnym społeczeństwie. Argument ten głosi mianowicie, że (1) nauka znalazła ostatecznie poprawną metodę osiągania wyników i że (2) istnieją wyniki potwierdzające tę doskonałą metodę. Argument ten jest nieporozumieniem, lecz większość wysiłków zmierzających do wykazania tego kończy się niepowodzeniem. Metodologia jest tak bardzo przepełniona pustym wyrafinowaniem, że wyjątkowo trudno jest wykryć podstawowe błędy. Jest to jak walka z hydrą — zetnij jedną szpetną głowę, a nowych osiem kształtów zajmie jej dotychczasowe miejsce. W tej sytuacji jedyną możliwą odpowiedzią jest tylko powierzchowność; z chwilą, gdy wyrafinowanie traci swą treść, jedynym sposobem utrzymania kontaktu z rzeczywistością jest bycie powierzchownym. Chciałbym takim być.

Przeciwko metodzie

Część pierwsza powyższego argumentu mówi o metodzie. Czym ona jest, jak działa?

Jedna z odpowiedzi, nie tak dawna jak popularna, twierdzi, że nauka polega na zbieraniu faktów i wywnioskowywaniu z nich teorii. Odpowiedź ta jest niezadowalająca, ponieważ teorie nigdy nie wynikają z faktów w ścisłym logicznym sensie. Powiedzenie, że mogą one zostać potwierdzone przez fakty, zakłada jakieś pojęcie potwierdzenia, które: a) nie wykazuje tej wady i b) jest dostatecznie wyrafinowane, by powiedzieć nam, do jakiego stopnia np. teoria względności jest potwierdzona przez fakty. Pojęcie takie obecnie nie istnieje i prawdopodobnie nigdy nie zostanie znalezione (jednym z problemów jest to, iż rzeczywiście potrzebujemy takiego pojęcia potwierdzenia, przy którym fakt istnienia szarych kruków można by nazwać potwierdzeniem zdania "Wszystkie kruki są czarne"). Uświadomili to sobie konwencjonaliści i transcendentalni idealiści, którzy podkreślali, że teorie kształtują i porządkują fakty i mogą być utrzymane niezależnie od tego, co się dzieje. Zachowane mogą być dlatego, że umysł ludzki, świadomie czy nieświadomie, spełnia swą funkcję porządkującą. Zasadniczą trudnością tego punktu widzenia jest to, że przypisuje on umysłowi to, co należy wyjaśnić w świecie, a mianowicie to, że działa on według regularnego wzoru. Jedynym punktem widzenia, który pokonuje te wszystkie trudności, jest kierunek sformułowany dwukrotnie w dziewiętnastym stuleciu przez Milla w jego nieśmiertelnym dziele "O wolności" i przez niektórych darwinistów, którzy rozszerzyli darwinizm na walkę idej. Chwyta on mianowicie byka za rogi: teorii nie można uzasadnić, a ich zalet nie można wykazać bez odnoszenia ich do innych teorii. Sukces danej teorii można wyjaśnić jedynie przez odniesienie jej do teorii o większym zasięgu (sukces teorii Newtona zrozumiały jest z racji stosowania ogólnej teorii względności); priorytet danej teorii wynika z faktu przyrównania jej z teoriami innymi. Takie zestawienie nie ustanawia bynajmniej wewnętrznej doskonałości wybranej przez nas teorii. Prawdę powiedziawszy, wybrana przez nas teoria może być dosyć wstrętna: może mianowicie być w konflikcie z uznanymi faktami, zawierać sprzeczności, być niewygodna, niejasna, w istotnych punktach ad hoc. A mimo to może być najlepszą teorią spośród innych teorii dostępnych w danym momencie, może być najlepszą wstrętną teorią z istniejących. Nie ma też absolutnych kryteriów osądu. Nasze wyrafinowanie wzrasta razem z każdym podejmowanym wyborem i tak jest z naszymi kryteriami. Owe standardy konkurują ze sobą tak, jak konkurują ze sobą teorie, a wybieramy te, które są najlepiej dostosowane do historycznych warunków samego wyboru. Odrzucone alternatywy (teorie, kryteria, "fakty") nie są eliminowane; spełniają rolę korekty (mimo wszystko mogliśmy przecież dokonać złego wyboru), a także objaśniają nam treść preferowanych ujęć (lepiej pojmiemy teorię względności, jeśli zrozumiemy strukturę jej konkurentek; pełne zrozumienie idei wolności mamy wówczas, gdy wyobrażamy sobie życie w państwie totalitarnym, zarówno jego zalety — a ma ono wiele zalet — jak i wady). Wiedza tak rozumiana jest oceanem alternatyw żłobionym i dzielonym przez ocean kryteriów. Zmusza ona nasz umysł do podejmowania wyborów wymagających dużej wyobraźni, w ten sposób dokonuje się jego rozwój. Czyni to nasz umysł zdolnym do wybierania, wyobrażania sobie, krytykowania.

Ten punkt widzenia jest obecnie często łączony z nazwiskiem Karla Poppera. Istnieją jednakże zasadnicze różnice między Popporor a Millem. Po pierwsze, Popper rozwija swą perspektywę, chcąc rozwiązać pewien problem epistemologiczny, "problem Hume'a". Milla, z drugiej strony, interesują korzystne warunki rozwoju ludzkiego. Jego epistemologia jest rezultatem pewnej teorii człowieka, a nie odwrotnie. Tak więc Popper, pod wpływem Koła Wiedeńskiego, rozwija logiczną strukturę nauki przed jej analizowaniem, gdy zaś Mili każdą teorię stosuje w takiej postaci, w jakiej pojawia się ona w nauce. Po trzecie, standardy porównywania teorii proponowane przez Poppera są sztywne i stałe, podczas gdy Mill dopuszcza możliwość ich zmiany historycznej. Ostatecznie, kryteria Poppera eliminują konkurencję raz na zawsze; teorie, które nie są falsyfikowalne, albo falsyfikowalne i sfalsyfikowane, nie mają prawa bytu w nauce. Kryteria Poppera są jasne, niedwuznaczne, ściśle sformułowane; kryteria Milla takimi nie są. Byłoby to zapewne sporą zaletą ujęcia Poppera, gdyby nauka same w sobie była jasna, niedwuznaczna i ściśle sformułowana. Na szczęście tak nie jest.

Przede wszystkim, żadna nowa, rewolucyjna teoria naukowa nie została sformułowana w sposób pozwalający nam powiedzieć, w jakich to okolicznościach musimy uznać ją za narażoną na niebezpieczeństwo: wiele rewolucyjnych teorii jest wszak niefalsyfikowalnych. Wersje falsyfikowalne istnieją, lecz rzadko kiedy są one w zgodzie z akceptowanymi zdaniami bazowymi: każda średnio interesująca teoria jest sfalsyfikowana. Prócz tego, teorie mają formalne wady, wiele z nich zawiera sprzeczności, poprawki ad hoc itd. itd. Stosowane stanowczo popperowskie kryteria będą eliminowały naukę bez zastępowania jej przez cokolwiek porównywalnego z nią, Są one bezużyteczne jako pomoc dla nauki.

W ubiegłym dziesięcioleciu uświadomiło to sobie wielu myślicieli, między innymi Kuhn i Lakatos. Idee Kuhna są interesujące, lecz nietety nazbyt mgliste, by wywołać cokolwiek poza sporymi namiętnościami. Jeśli mi nie wierzycie, spójrzcie na literaturę. Nigdy wcześniej literatura dotycząca filozofii nauki nie była zdominowana przez tak wielką ilość niekompetencji i nieporadności. Kuhn zachęca ludzi nie wiedzących, dlaczego kamień spada na ziemię, do pewnego siebie wypowiadania się na tematy metody naukowej. Nie mam zastrzeżeń co do samej niekompetencji, lecz stanowczo protestuję, gdy niekompetencji towarzyszy nuda i fałsz. A to właśnie najczęściej się przydarza. Mamy do czynienia nie z interesującymi fałszywymi teoriami, lecz z ideami nudnymi lub słowami nie powiązanymi z żadnymi ideami. Po drugie, gdy tylko ktoś spróbuje sprecyzować pomysły Kuhna, wtedy okazuje się, że są one fałszywe. Czy był zatem kiedykolwiek okres istnienia normalnej nauki w historii myśli? Nie — i wyzywam każdego, kto mógłby udowodnić, że jest odwrotnie.

Lakatos jest znacznie bardziej wyrafinowany niż Kuhn: zamiast teorii rozważa on programy badawcze, które są ciągami teorii połączonych metodami przekształcania, tzw. heurystykami. Każda teoria ciągu może być pełna wad, może być otoczona przez anomalie, sprzeczności, dwuznaczności. Tym, co się liczy, nie jest forma pojedynczej teorii, lecz tendencja ujawniana przez ciąg teorii. Osiągnięcia, historyczny postęp oceniamy dopiero po pewnym okresie, a nie na podstawie sytuacji panujących w danej chwili. Historia i metodologia łączą się w jedno i to samo przedsięwzięcie. Program badawczy jest postępem, jeśli ciąg teorii prowadzi do nowych przepowiedni. Degeneruje się zaś wtedy, gdy wchłania jedynie fakty odkrywane bez jego pomocy. Rozstrzygającą cechą dla metodologii Lakatosa jest to, że oceny te nie są już związane z metodologicznymi zasadami każącymi naukowcowi albo pozostawać przy programie badawczym, albo porzucić go. Naukowcy mogą obstawać przy programie badawczym zdegenerowanym, mogą nawet odnieść przy tym pewien sukces doganiając programy konkurencyjne, postępują w ten sposób racjonalnie, cokolwiek by przy tym nie robili (pod warunkiem, że programy zdegenerowone nazywają zdegenerowańymi, a postępowe postępowymi). Znaczy to tyle, że Lakatos proponuje słowa, które wydają się być elementami metodologii; samej metodologii jednakże nie oferuje. W opinii obecnie najbardziej wyrafinowanej i zaawansowanej metodologii nie istnieje żadna metoda. Kończy to moją odpowiedź na część (1) wspomnianego wyżej argumentu.

Przeciwko wynikom

Zgodnie z częścią (2) argumentu nauka ma zajmować wyjątkową pozycję, ponieważ daje wyniki. Jest to jednakże argumentem tylko wówczas, gdy można założyć, że już nic więcej poza nauką samą nie daje nam tych wyników. Można obecnie zaznaczyć, że niemal każdy, kto rozważa tę kwestię w ten sposób, czyni tego typu założenie. Lecz wcale nie tak łatwo jest wykazać fałszywość tego założenia. Formy życia odmienne od samej nauki albo zniknęły, albo uległy takiemu zdegenerowantu, że czyni to wszelkie przyrównanie niemożliwym. Mimo to sytuacja ta nie jest tak beznadziejna, jaką była dekadę temu. Zaznajomiliśmy się wszak ze skutecznymi metodami diagnoz w medycynie i metodami terapii (prawdopodobnie bardziej skutecznymi niż odpowiednie części medycyny Zachodu), opartymi na ideologii radykalnie odmiennej od ideologii nauki zachodniej. Poznaliśmy takie zjawiska jak telepatia i telekineza, usunięte przez podejście naukowe, a które mogą być użyteczne w prowadzeniu badań w zupełnie nowy sposób (wcześniejsi myśliciele jak Agrippa z Nettesheim, John Dee, a nawet Bacon byli świadomi tych zjawisk). A zatem czyż nie jest tak, że Kościół zbawiał dusze, podczas gdy nauka czyni coś przeciwnego? Oczywiście, nikt nie wierzy obecnie w ontologię, która tkwi u podstaw tej opinii. Dlaczego? Z powodu Ideologicznej presji identycznej z tą, która obecnie każe nam słuchać wyłącznie nauki. Prawdą jest, że takie zjawiska jak telekineza i akupunktura mogą w końcu zostać wcielone do nauki i nazwane "naukowymi. Zauważmy jednak, że dokonuje się to dopiero po długim okresie oporu ze strony nauki, pragnącej mieć przewagę i kontrolę nad formami życia, w których występują te zjawiska. Prowadzi to do dalszych zastrzeżeń odnośnie części (2) powyższego argumentu. Fakt, iż nauka może poszczycić się wynikami, może być policzony na jej korzyść tylko wówczas, gdyby zdobywała je sama, bez żadnej zewnętrznej pomocy. Rzut oka na historię pokazuje jednakże, że nauka rzadko kiedy uzyskiwała swe wyniki w ten sposób. W chwili gdy Kopernik wprowadzał nową wizję świata, nie radził się swych naukowych poprzedników, lecz tak szalonego pitogorejczyka jak Filolaos. Przyjął jego idee, utrzymując je pomimo wszystkich rzetelnych zasad naukowej metody. Mechanika, optyka zawdzięczają wiele rzemieślnikom, medycyna akuszerkom i czarownicom. W obecnych zaś czasach widzimy, jak ingerencja państwa może doprowadzić do rozwoju nauki: z chwilą gdy komuniści chińscy, uwalniając się od zastraszającego wpływu sądu ekspertów, wprowadzili powtórnie tradycyjną medycynę do szpitali i do uniwersytetów, podniósł się na całym świecie krzyk, że nauka w Chinach zostanie zrujnowana. Stało się odwrotnie; nauka chińska rozwinęła się, a zachodnia nauka mogła się od niej uczyć. Gdzie tylko spojrzymy, widzimy, że znaczne naukowe postępy wywoływane są zewnętrzną ingerencją, biorącą górę nad najbardziej nawet podstawowymi l "racjonalnymi" metodologicznymi zasadami. Nauka z tego wynika oczywista: nie ma ani jednego argumentu, który mógłby być użyty do utrzymania szczególnej roli nauki w dzisiejszym społeczeństwie. Nauka dokonała wielu rzeczy, ale tyle samo dokonały inne ideologie. Nauka zazwyczaj postępuje w sposób systematyczny, tak samo działają ideologie (zajrzyjcie do kronik wielu doktrynalnych debat mających miejsce w Kościele). Poza tym nie ma nadrzędnych zasad, które mogłyby się stosować w każdych warunkach; nie ma żadnej "naukowej metodologii", która mogłaby posłużyć do oddzielenia nauki od całej reszty. Nauka jest jedną z wielu ieologii rozwijających społeczeństwo i winna być tak traktowana (twierdzenie to dotyczy nawet najbardziej postępowych i dialektycznych części nauki). Jakie konsekwencje można wysnuć z tego faktu?

Najważniejsza z nich sprowadza się do tego, że musimy formalne oddzielić państwo od nauki, tak jak w przypadku państwa i kościoła. Nauka może wpływać na społeczeństwo, ale jedynie do granic, w których każda polityczna lub inna grupa nacisku ma swój wpływ na społeczeństwo. Naukowcy mogą konsultować ważne projekty, lecz ostateczna ocena musi należeć do demokratycznie wybranych ciał konsultacyjnych. Ciała te będą składały się głównie z laików. Lecz czy laicy będą w stanie wydawać poprawne sądy? Z pewnością, ponieważ kompetencje, komplikacje czy sukcesy nauki są kolosalnie wyolbrzymiane. Jednym z najradośniejszych doświadczeń jest widzieć, jak prawnik, który jest laikiem, znajduje luki w zeznaniu, w precyzyjnym zeznaniu najbardziej nawet doskonałego eksperta i przez to preparuje werdykt sądu. Nauka nie jest zamkniętą księgą zrozumiałą jedynie po wielu latach ćwiczeń. Jest intelektualną dyscypliną, która może być sprawdzana i krytykowana przez każdego zainteresowanego, a która wygląda na trudną i głęboką tylko z powodu systematycznej kampanii zaciemniania jej podejmowanej przez wielu naukowców (na szczęście mogę, powiedzieć, że nie przez wszystkich). Organy państwowe winny bez wahania odrzucać opinię naukowców, jeśli mają ku temu powody. Takie odrzucenie będzie kształcić opinię publiczną, upewniać ją, a nawet prowadzić do postępu. Wobec znacznego szowinizmu ze strony naukowego establishmentu możemy powiedzieć: im więcej przypadków Łysenki, tym lepiej (to nie ingerencja państwa nie jest właściwa, lecz ingerencja totalitarna, raczej zabijająca przeciwnika niż lekceważąca go). Niech żyją kalifornijscy fundamentaliści, cl, którym udało się usunąć z podręczników dogmatyczną wersję teorii ewolucji i włączyć do nich relację z księgi Genesis (wiem jednak, że staliby się oni tak samo szowinistyczni i totalitarni, jakimi są obecnie naukowcy, gdyby dano Im szansę wyłącznego kierowania społeczeństwem. Ideologie stosowane w sąsiedztwie innych ideologii stoją się dziedziną cudów. Ale są nudne oraz doktrynerskie, gdy w następstwie swych zalet doprowadzają do usunięcia swych konkurentek). Najznaczniejsza zmiana będzie jednak musiała dokonać się na polu edukacji.

Edukacja i mit

Celem edukacji, jak się o tym sądzi, jest wprowadzenie młodzieży do życia, czyli do społeczeństwa, w którym się ona rodzi i do pozostającego na zewnątrz niego fizycznego wszechświata. Metoda tej edukacji sprowadza się często do nauczania podstawowego mitu. Mit ten prezentowany jest w wielu wersjach. Bardziej rozwinięte wersje sprowadzają się do ceremonii inicjacji mocno zapadającej w pamięć. Osoba dorosła przyjmująca mit może w ten sposób wyjaśnić prawie wszystko (w przeciwnym bowiem razie może zwrócić się do ekspertów po bardziej dokładne informacje). Poprzez to staje się ona panem Natury i Społeczeństwa. Rozumie je i wie, jak postępować względem nich. Nie jest jednak panem mitu, który kieruje jej rozumieniem.

Owo panowanie nad mitem było zamierzone i poniekąd osiągnięte już przez presokratyków. Usiłowali oni nie tylko zrozumieć świat, pragnęli także być panami środków rozumienia świata. Zamiast zadowolić się jednym mitem, rozwinęli ich wiele, uszczuplając przy tym siłę, jaką dobrze opowiedziana historia wywiera na umysły ludzkie. Sofiści wprowadzili dodatkowe metody osłabiające ogłupiający efekt interesujących, spójnych, "empirycznie adekwatnych" itd. Itd. bajek. Osiągnięcia tych myślicieli nie zostały należycie docenione i do dzisiaj pozostają oni niezrozumiani. Nauczając mitu pragniemy, by został on należycie zrozumiany (tzn. by żadna cecha mitu nie wywołała u nas zakłopotania), przeżyty i zaakceptowany. Nie szkodzi nawet, jeśli jeden mit jest przeciwważony innymi mitami: nawet najbardziej oddany (tzn. totalitarny) nauczyciel religii chrześcijańskiej nie jest w stanie uchronić swych uczniów przed zetknięciem się z buddyzmem, judaizmem czy innymi niegodziwymi ludźmi. Inaczej jest w przypadku nauki czy racjonalizmu, gdyż są to dziedziny całkowicie zdominowane przez wyznawców. W tym przypadku zadaniem najwyższej wagi jest wzmocnienie umysłów młodzieży, a "wzmocnienie umysłów młodzieży" oznacza umocnienie ich w postawie wyrażającej się w odrzucaniu szerokich ujęć. Tym, czego potrzebujemy, jest edukacja czyniąca ludzi przekornymi, nieprzejednanymi, czyniąca ich zdolnymi do poświęcania się opracowaniu każdego dowolnego punktu widzenia. Jak można osiągnąć ten cel?

Można osiągnąć go poprzez obronę rozległej dziecięcej wyobraźni i maksymalny rozwój ducha sprzeciwu, który tkwi w dzieciach. Na ogół dzieci są bardziej inteligentne niż ich nauczyciele. Ulegają jednak i rezygnują ze swej inteligencji, ponieważ są ogłupiane, a nauczyciele pozyskują najlepsze z nich za pomocą środków emocjonalnych. Dzieci mogą uczyć się, rozumieć i rozróżniać od dwu do trzech obcych języków (przez termin "dzieci" rozumiem tu dzieci w wieku od 3 do 5 lat, a NIE ośmiolatkt, które poddane nie tak dawno badaniom nie wychodziły w nich wcale tak dobrze; dlaczego? ponieważ ich możliwości zostały zmarnowane przez niekompetentne nauczanie już we wcześniejszym okresie życia). Oczywiście, nauka języków obcych musi być rozpoczynana w bardziej interesujący sposób niż czyni się to zwykle. Istnieją wyśmienici autorzy obcojęzyczni piszący cudowne historie — pozwólmy rozpoczynać naukę języka obcego od nich, a nie od zdania "der Hund hat einem Schwanz" i podobnych głupstw. Używając tych historii możemy oczywiście wprowadzać "naukowe" treści, przez co zaznajomimy dzieci z samą nauką. Nie powinniśmy stawiać nauki w pozycji uprzywilejowanej, podkreślajmy tylko, że Istnieje wielu ludzi wierzących w nią. Opowiadane historie winny być uzupełnione przez "racje", przez które rozumiem dalsze ujęcie z tradycji, do których historie te należą. Pojawią się z pewnością argumenty przeciwne. Oba typy argumentów będą wskazywane przez ekspertów, tak iż młoda generacja zaznajomi się ze wszystkimi rodzajami kazań, ze wszystkimi typami wędrowców. Zaznajomiony z nimi każdy człowiek może podjąć decyzję, którą pójść drogą. Każdy obecnie wie, że będąc naukowcem można się wzbogacić, zdobyć sławę, a nawet nagrodę Nobla — toteż wielu pragnie stać się naukowcaml. I stają się nimi w następstwie wolnego wyboru, nie będąc oszukanymi przez ideologię nauki. Lecz czy nie tracą nazbyt dużo czasu przy tym na sprawy nienaukowe i czy nie umniejszy to ich kompetencji? Ani trochę! Rozwój nauki, dobrej nauki zależy od nowych idei, od wolności myśli: nauka była bardzo często rozwijana przez outsiderów (pamiętajmy, że Bohr i Einstein sami uważali się za takich). Ale czy aby nie za wielu ludzi dokona mylnego wyboru i nie znajdzie się w "ślepej uliczce"? Zależy to od tego, co oznacza ten termin. Wielu naukowców nie posiada żadnych idei, pełni zaś są obaw, pochłonięci są produkowaniem miernych wyników i dodawaniem Ich do powodzi głupich tekstów mających tworzyć tzw. "postęp naukowy". A poza tym, co jest ważniejsze? Życie z otwartymi oczyma, czy nerwowy wysiłek uniknięcia tego, co niezbyt rozgarnięci ludzie nazywają "ślepą uliczką"? A czy nie spadnie liczba uczonych tak, że nie będzie w końcu kto miał pracować w naszych drogocennych laboratoriach? Myślę, że nie. Dokonując wyboru wielu ludzi wybierze naukę, ponieważ nauka uprawiana przez ludzi wolnych wygląda na znacznie atrakcyjniejszą niż nauka obecnie uprawiana przez niewolników, niewolników instytucji i "rozumu". Jeśli występuje nawet czasowy deficyt naukowców, to sytuację tę może uzdrowić zastosowanie specjalnych bodźców. Oczywiście, naukowcy nie będą zajmować żadnej uprzywilejowanej pozycji w społeczeństwie, jakie sobie wyobrażam. Ich rola będzie zrównoważona przez czarodziei, kapłanów, astrologów, Sytuacja taka jest z pewnością nieznośna dla wielu ludzi: starych, młodych, z lewicy czy z prawicy. Prawie wszyscy spośród was żywią mocne przeświadczenie, że został znaleziony przynajmniej pewien rodzaj prawdy wartej utrwalania i że metoda nauczania, za którą oręduję, i postać społeczeństwa, której bronię, mogą ją tylko wyjałowić, przez co prawda ta ostatecznie może zniknąć. Wielu z was ma może powody do takiego przekonania. Lecz musicie rozważyć, że brak dobrych przeciwnych racji jest skutkiem historycznego przypadku; nie leży on w naturze rzeczy. Zbudujcie taką postać społeczeństwa, którą tu zalecam, a poglądy wzgardzone przez was obecnie (bez ich znajomości zresztą) powrócą w takiej okazałości, że z dużym nakładam sił będziecie musieli utrzymać własną pozycję i być może będziecie zupełnie niezdolni to uczynić. Nie wierzycie mi? Spójrzcie zatem na historię. Naukowa astronomia była niezawodnie oparta o Ptolemeusza i Arystotelesa, dwa największe umysły w historii myśli zachodniej. Kto dokonał przewrotu w ich dobrze uargumentowanym, adekwatnym empirycznie, ściśle sformułowanym systemie? Filolaos — szalony i przedpotopowy pltagorejczyk. Jakże mógł się dokonać przewrót Filolaosa? Ponieważ znalazł on zdolnego obrońcę: Kopernika. Możecie oczywiście pójść za swoimi intuicjami tak, jak ja idę za swoimi. Pamiętajcie jednak, że wasze intuicje są wynikiem waszego "naukowego" treningu, gdzie przez naukę rozumiem także to, za co miał ją Karol Marks. Mój trening czy raczej brak treningu, jest podobny do treningu dziennikarza zainteresowanego niezwykłymi l dziwacznymi zdarzeniami. W końcu pojawia się pytanie, czy nie jest zupełną nieodpowiedzialnością myśleć w taki luksusowy sposób w świecie, gdzie głodują miliony ludzi, inni są zniewoleni, uciskani, żyją w upodleniu ciała i umysłu? Czy wolność wyboru w takich warunkach nie jest luksusem? Czy nonszlancja i humor, które chcę połączyć z wolnością wyboru, nie są luksusem w takich warunkach? Czy nie powinniśmy raczej zrezygnować z samopobłażania i działać? Połączyć się wspólnie i działać? Jest to obecnie najpoważniejsze zastrzeżenie wysuwane pod adresem postępowania zalecanego przeze mnie. Ma ono olbrzymią siłę przyciągającą, ma urok bezinteresownego poświęcania się. Bezinteresownego poświęcania się — czemu? Zobaczmy!

Powinniśmy zrezygnować z naszych egoistycznych skłonności oraz poświęcić się uwolnieniu ciemiężonych. Ale czymże są owe egoistyczne skłonności? Są naszym pragnieniem maksymalnej wolności dla myślenia w społeczeństwie, w którym obecnie żyjemy, wolności nie abstrakcyjnej, lecz wyrażającej się w ogólnie aprobowanych instytucjach i metodach edukacji. To pragnienle konkretnej, intelektualnej swobody w otaczającym nas świecie ma być jednakże na razie odkładane. Oznacza to, że dla naszego działania wolność taka nie jest wcale potrzebna. Oznacza, że możemy realizować nasze przedsięwzięcia bez uwzględnienia możliwości pewnych alternatyw. Oznacza także i to, że właściwy sposób uwolnienia Innych został już znaleziony i pozostaje go tylko zrealizować. Przepraszam, lecz nie mogę się zgodzić na takie doktrynarskie samouwielbienie w tak ważnych sprawach. Czy znaczy to jednak, że nie możemy działać w ogóle? Nie. Znaczy to tyle, że w czasie działania musimy uświadomić sobie jak najwięcej z idei wolności rekomendowanej przeze mnie, tak aby nasze czyny były korygowane w świetle zdobywanych stopniowo przez nas idei. Z pewnością opóźni to nasze działanie, lecz czy powinniśmy przedwcześnie rzucać się do ataku tylko dlatego, że pewni ludzie mówią nam, iż znaleźli właśnie wyjaśnienie wszelkiej nędzy i doskonały sposób jej likwidacji? Pragniemy zatem wolności dla ludzi nie po to, by uczynić ich poddanymi niewoli nowego rodzaju, lecz by mogli oni urzeczywistnić własne pragnienia, jakkolwiek byłyby one różne od naszych własnych. Fałszywi i ograniczeni wyzwoliciele nie mogą tego uczynić. Zwykle narzucają oni niewolę jeszcze gorszą, bo jeszcze bardziej systematyczną, niż ta poprzednia fuszerowana niewola. A co do żartu i nonszlancji — odpowiedź winna być jasna. Dlaczego to ktokolwiek chciałby wyzwalać innych? Z pewnością nie z powodu jakiejś abstrakcyjnej zalety wolności, lecz dlatego, że wolność jest najlepszą drogą do swobodnego rozwoju i tym samym szczęścia. Pragniemy czynić ludzi wolnymi by mogli się uśmiechać. Lecz czy będziemy w stanie to czynić, jeśli sami zapomnieliśmy o uśmiechu i wyrażamy dezaprobatę dla tych, którzy jeszcze o tym pamiętają? Czy nie będziemy aby rozpowszechniać innych dolegliwości porównywalnych z tymi, które pragniemy obecnie zastąpić, owej choroby purytańskiej obłudy? Nie mówcie, że poświęcenie i humor rzadko chadzają w jednej parze — Sokrates jest tu tego doskonałym wyjątkiem. Najtrudniejsze zadanie wymaga największego taktu, w przeciwnym bowiem razie jego spełnienie nie doprowadzi do wolności, lecz do tyranii gorszej niż ta, którą ono zastępuje.

strona główna