strona główna

Steven SHAPIN

HISTORIA NAUKI A JEJ RACJONALNE REKONSTRUKCJE

History of Science and Its Sociological Reconstructions, History of Science 20, 1982, 157-211.
przełożył Michał Tempczyk

Wstęp

O możliwości socjologii wiedzy naukowej można albo dyskutować, albo ją uprawiać. Jeżeli stwierdzenie to wydaje się prowokujące, to pewnie dlatego, że zdaje się ono zaprzeczać obiegowej opinii, podzielanej przez wielu filozofów i pewnych historyków. Opinia ta głosi, że jak dotąd nie ma przykładów prac z historii nauki, które pokazują celowość i wartość socjologicznego podejścia do wiedzy naukowej. W ostatnim dziesięcioleciu ta powszechna mądrość była stale głoszona: na przykład Ben-David zapewniał, że dozwolona jest socjologia błędów i zniekształceń, socjologia ślepych uliczek i fałszywych dróg, podczas gdy "możliwości interakcyjnej lub instytucjonalnej socjologii, pojęciowej lub teoretycznej zawartości nauki, są nadzwyczaj ograniczone"'. W roku 1974 Rupert Hali oceniał, że "Na owoce post-kuhnowskiego sojuszu socjologii i nauki trzeba jeszcze poczekać". A niedawno profesor Laudan powtórzył liczącą pół wieku uwagę Mannheima, "że najważniejszym zadaniem socjologii wiedzy ... jest wykazanie swych [wyjaśniających] możliwości w rzeczywistych badaniach w dziedzinie historyczno-społecznej". Wedle Laudana poznawcza socjologia wiedzy żałośnie zawiodła w tym przedsięwzięciu. Historycy powinni odrzucić socjologiczne pokusy i swoją uwagę poświęcić przede wszystkim "racjonalnej historiografii idei", ponieważ ma ona większe sukcesy niż socjologia poznania. Błędem tych, których Laudan nazywa "ostatnimi uczniami" Mannheima jest to, że "byli oni skłonni zakładać, że można uprawiać socjologiczną historię w błogiej nieznajomości racjonalnej historii idei". Przy braku, jak mówi, "rozsądnego modelu" dla socjologii wiedzy, "historycy myśli oraz inni, którzy usiłują wyjaśnić ludzkie przekonania za pomocą procesów rozumowania jednostek, nie muszą usprawiedliwiać się, że nie zakorzenili swych "racjonalnych wyjaśnień" w glebie socjologicznej".

Niestety, dla naukowców, którzy przyjmują ten pogląd, jest już za późno; historyczna socjologia wiedzy naukowej poszła bez nich do przodu. Jest rzeczą ciekawą, jak mogło to ujść ich uwadze i jak zobaczymy, może to mieć coś wspólnego z powierzchowną i niekonstruktywną charakteryzacją tego, czym jest wyjaśnienie socjologiczne. W tym przypadku, jeżeli empiryczna jałowość jest podawana jako przyczyna odrzucania socjologii wiedzy, to dokładne wyliczenie jej godnych uwagi osiągnięć empirycznych zmusiłoby przypuszczalnie do zmiany poglądów. Artykuł ten będzie starał się uwidocznić, tak bardzo, jak to możliwe, liczne empiryczne sukcesy praktycznych socjologicznych podejść do wiedzy naukowej.

Z oczywistych przyczyn trzeba narzucić pewne kryteria selekcji. Nie będę zajmował się stwierdzeniami programowymi i tylko krótko będę odwoływał się do godnej podziwu, często wrażliwej historycznie, teoretycznej literatury z socjologii wiedzy. Całkowicie nieodpowiednie byłoby traktowanie literatury empirycznej jedynie jako "testowania" pewnego programu teoretycznego; jeżeli nawet praca empiryczna ma wielkie znaczenie dla słuszności stanowisk teoretycznych, jej doniosłość może być prawidłowo uchwycona tylko wtedy, gdy jest zrozumiana na swej własnej podstawie. W dodatku, próbowałem uniknąć pewnych oczywistych krytyk omawiając prace, które dotyczą idei i praktyki naukowej, a wykluczając w znacznej mierze wiele godnych podziwu studiów dotyczących, na przykład, obrazów nauki, retoryki rzeczników nauki, poglądów na temat metody naukowej niezwiązanych bezpośrednio z praktyką i na temat socjologii uczonych, przeciwstawianej socjologii nauki. Będę sprzeciwiał się pokusie dyskutowania społecznej historii nauki, tak jakby odnosiła się ona do socjologii wiedzy; większość tej historii, jak na przykład prace dotyczące wyłącznie instytucjonalnych stron nauki, lub struktury karier w nauce, wbrew okazjonalnym gestom w stronę socjologii wiedzy, nie dotyczy wiedzy ani praktyki. Nie widzę, ze swej strony, niebezpieczeństwa "historii nauki gubiącej swoją naukę", lecz duża część piśmiennictwa ze społecznej historii nauki ma mniej wspólnego z socjologią wiedzy niż wiele pozornie tradycyjnych prac z historii idei. Tak więc nie wszystkie istotne badania empiryczne są jasno określane jako socjologia wiedzy: w wielu z najważniejszych osiągnięć nie ostrzega się wyraźnie, że dokonano w nich wyjaśnień socjologicznych, a niektóre prace są przez autorów uważane za socjologiczne bez wyraźnego powodu. Dlatego nie usprawiedliwiam się z tego, że zajmuję się tym, co pewni autorzy robią, przy okazji (w najlepszych intencjach) pomijając to, co twierdzą, że zrobili.

Proponuję omawianie literatury empirycznej z punktu widzenia ciągu powiązanych perspektyw interpretacyjnych. Z tego powodu pożądane jest uzasadnienie porządku, w jakim analizuję te materiały. Dla wielu uczonych socjologia wiedzy naukowej równa się studiom nad rolą "zewnętrznych" czynników makrosocjologicznych, takich jak klasa społeczna. Ponieważ, jak pokażę, jest to charakterystyka nieadekwatna, ma pewien sens przechodzenie od badań czynników wewnętrznych do zewnętrznych. Zacznę od badania studiów dotyczących struktur i procesów, uważanych zwykle za należące do kultury naukowej i społeczności naukowej. Chociaż większość z tych prac mogłaby być łatwo zaakceptowana przez historyków idei, postaram się wykazać ich znaczenie dla socjologii wiedzy. Dopiero wtedy będę zajmował się pracami, które wiążą wiedzę naukową z czynnikami zwykle uważanymi zaś pochodzące od szerszego społeczeństwa. A zakończę pewnymi krótkimi uwagami na temat tego, jak w praktyce rzeczywiście wygląda socjologiczne wyjaśnianie wiedzy naukowej i jak wiąże się ono z pewnymi rozgraniczeniami (takimi jak oddzielanie "tego co wewnętrzne" od "tego co zewnętrzne" i "racjonalnego" od "irracjonalnego"), konwencjonalnie rozwijanymi przez dzisiejszych uczonych.

I. Przypadkowość a socjologia wiedzy: obserwacja i eksperyment

Gdyby przedstawienia naukowe były po prostu zdeterminowane przez istotę rzeczywistości, to nie można by proponować żadnych socjologicznych wyjaśnień wytwarzania i oceny wiedzy naukowej. Pewnie można by było próbować zrozumieć, dlaczego pewnymi cechami rzeczywistości zajmowano się wybiórczo w rożnych okresach i w różnych warunkach społecznych, lecz nie można by powiedzieć nic socjologicznie interesującego o wynikającej z tego wiedzy. Nie miałoby sensu występowanie przeciwko temu rodzajowi naiwnego realizmu i pozytywizmu, który ma obecnie niewielu lub nie ma żadnych filozoficznych obrońców. Niedookreślenie wyjaśnień naukowych przez rzeczywistość i "teoretyczne obciążenie" zdań o faktach są szeroko akceptowane. Pomimo to, z pewnością brak jest ogólnego uświadomienia sobie drogi prowadzącej od tych podstawowych spostrzeżeń do pełnokrwistej socjologii wiedzy naukowej. Jeżeli nawet tak jest, to najlepsza droga postępowania jest następująca: socjologię wiedzy buduje się na zrozumieniu roli przypadkowych okoliczności wpływających ną tworzenie i ocenę wyjaśnień naukowych.

Chociaż może czymś banalnym jest mówić, że stwierdzenia faktów naukowych mogą być teoretycznie obciążone, to oczywiście nie jest banalne udowodnienie tego empirycznie, ani uchwycenie tej specyficznej siatki oczekiwań i celów, wpływającej na wytwarzanie i ocenę stwierdzeń o faktach. Mówiąc po prostu, istnieje zaledwie kilka takich studiów historycznych, a jeszcze mniej liczne są analizy sprawozdań z obserwacji. Historycy zachowują się tak, jakby, pomimo wszystko, obserwowane fakty liczyły się jako "trudne przypadki"; przemiana faktu w historyczny wytwór (artefakt) jest zadaniem, do którego historycy nauki podchodzą z wielką ostrożnością (chociaż naukowcy robią to rutynowo). Dlatego te nieliczne studia historyczne, które posiadamy, są niezwykle szczegółowe i ostrożne. Są one warte uwagi jako podstawa, na której można budować socjologię wiedzy.

W latach 1860 angielski biolog T.H. Huxley rozpoczął badania pewnej ilości zakonserwowanych w alkoholu próbek mułu z dna morskiego, wydobytych z Północnego Atlantyku około dziesięciu lat wcześniej. Odkrył on szczególe prymitywną formę nagich protoplazmatycznych Urschleim, które akurat były omawiane przez niemieckiego biologa E.H.Haeckela. Nazwał te żywe formy Bathybius haeckelii i narysował to, co widział pod mikroskopem. Później obserwacje Huxley'a były potwierdzone przez Sir Charlesa Wyville Thomsona w czasie ekspedycji Challengera, a także przez wielu biologów i geologów amerykańskich, angielskich i niemieckich. Bathybius stał się faktem. Był to także fakt znaczący; istnienie takich form życia było decydującym dowodem, popierającym wiele teorii naukowych. Posłużył on do ustaleń powiązania pomiędzy hipotezą ewolucji układu planetarnego z mgławicy a ewolucją organiczną, bardzo poszukiwanego przez pewnych darwinistów, w tym także przez Huxley'a i Haeckela. Posłużył on także jako przesłanka popierająca teorię abiogenezy w sporze z poglądami Louisa Pasteura. Tak więc był on używany w szalejących w tym czasie dyskusjach witalistów z mechanicystami. Dla tych, którzy utrzymywali, że istnieje ciągłość pomiędzy żywymi i nieżyjącymi formami materii i że życie mogło być łatwo wytworzone z materiałów nieorganicznych, Bathybius nie był anomalią; był to bezsporny fakt przyrodniczy. Widziało go wielu obserwatorów. Niestety szybko zaczęły pojawiać się dowody przeciwko wiarygodności tych obserwacji. Pewni biolodzy twierdzili, że Bathybius to nie jest fakt, lecz artefakt: był on wytworzony przez połączenie wyobraźni obserwujących i strącające działanie alkoholu na muł. Bathybius miał być niczym innym jak amorficzną koloidalną postacią fosforanu wapnia i jest to pogląd przyjmowany przez obecnych naukowców. Mimo tego, ci którzy silnie popierali Bathybius jako fakt, nie przestawali walczyć, dyskutując z obserwacjami krytyków. Bathybius umierał stopniowo, a towarzyszyły mu prace tych naukowców, którzy przeciwstawiali się tym teoriom, dla poparcia których posługiwano się jego istnieniem.

Istnieje kilka studiów historycznych, które rozwijają ogólne wnioski, wynikające z przypadku Bathybiusa. Baxter i Farley stworzyli drobiazgowy opis kontrowersji wokół cytologicznych obserwacji mejozy, trwających akurat w okresie poprzedzającym ponowne odkrycie pracy Mendla i natychmiast po tym odkryciu. Zależnie od tego, czy obserwator popierał, czy też nie popierał stworzony przez Weismanna obraz "podziału redukcyjnego", zachowanie chromosomów opisywano w różny sposób. Nie istniał uznany schemat interpretacyjny, w ramach którego mogłyby być umieszczane obserwacje cytologiczne. Jednak, gdy odkryto Mendla, grupy społeczności biologów uznały chromosomową teorię dziedziczenia i, jak mówią Baxter i Farley, "prace cytologiczne tak przeinterpretowano, aby pasowały do schematu Mendla". Mikroskop pełnił ważną rolę w kilku innych studiach historycznych, pokazując interpretacyjną naturę percepcji: studium R. C. Maulitza na temat Theodora Schwanna obserwacji genezy komórek jako procesu tworzenia kryształów, opis J.V. Pickerstone'a obserwacji z początków dziewiętnastego wieku "kulistej struktury" tkanek, praca Sandry Black o anatomii synaps nerwowych w latach 1890 i analiza L.S. Jacyny komórkowej teorii Goodsira. Wszystkie te historyczne analizy odrzucają pogląd, że "błędne" percepcje mogą być wystarczająco wyjaśnione za pomocą usterek ówczesnych instrumentów obserwacyjnych.

Sprawozdania z obserwacji gołym okiem me przedstawiają radykalnie odmiennego widoku. Jednym z najlepszych studiów w tej dziedzinie jest M.S.J. Rudwicka opis dyskusji toczącej się pomiędzy Darwinem i innymi geologami na temat pochodzenia Równoległych Dróg Glen Roya w Szkocji. W tym przypadku struktury były określane odmiennie, zależnie od tego, czy ktoś wyznawał teorię, że Drogi powstały dzięki wynurzeniu się lądu z morza, obniżeniu poziomu morza lub, że powstały z jezior pochodzenia lodowcowego lub innego. W pewnych przypadkach, to co było w jednej wersji "drogami drugorzędnymi", w innej nie było wcale drogami. Podobny obraz jest zarysowany w późniejszym studium Rudwicka o kontrowersjach z lat 1830. na temat czegoś, co jest nazwane "Systemem Dewońskim". Jest to szczegółowy opis negocjacji pomiędzy geologami, dotyczących klasyfikacji warstw geologicznych zgodnie z zawartymi w nich skamielinami. To, co zwolennicy jednej teorii uważali za decydujący dowód potwierdzający, było traktowane przez rzeczników innej klasyfikacji jako nie dająca się tolerować anomalia i poparcie dla ich odmiennego porządku warstw. Rudwick pokazuje subtelną strukturę negocjacji na temat dowodów empirycznych, które ostatecznie osiągnęły szczyt w powszechnie uznanym porządku.

Negocjacje i konflikty wokół dowodów opartych na skamielinach, występują także w opracowaniu przez A.J. Desmonda dziewiętnastowiecznych kontrowersji na temat] morfologii i fizjologii dinozaurów. W latach 1830. powszechnie przyjmowano pogląd, że mezozoiczne gady były "potwornymi jaszczurkami" i uznawano ich podobieństwo do żyjących jaszczurek. Anatom angielski Richard Owen rozpoczął ożywioną kampanię przeciwko temu poglądowi. Zrekonstruował fragmentaryczne skamieniałe kości jako dowody istnienia gadów tak dalece rozwiniętych, że posiadały cechy wiążące je z gruboskórnymi ssakami. Na tej podstawie Owen nadal dinozaurom status jednostki klasyfikacyjnej, przyznając im taksonomiczną odrębność, której brakowało im w istniejących teoriach. Desmond pokazuje, że była to strategia przyjęta przez Owena dla wykazania faktu degeneracji, aby rozstrzygająco wystąpić przeciwko materialistycznemu transmutacjonizmowi Lamarcka, który głosił stały wzrost złożoności form kopalnych wraz z upływem czasu. Owen i lamarckista Robert Edmond Grant nie zgadzali się w odczytywaniu kopalnych dowodów, ponieważ różnili się w poglądach na bardziej podstawową sprawę zmian gatunkowych. Owen, dosłownie "projektując" lub "wymyślając" dinozaury, miał nadzieję na przeciwstawienie się zarówno materialistycznym tendencjom umysłowym w kulturze jako całości, jak również transmutacjonizmowi w biologii. Negocjacje na temat prawidłowej klasyfikacji i interpretacji świadectw wizualnych występują także w dokładnym studium Winsora dziewiętnastowiecznych prac o larwach pąkli i w znakomitym artykule Burkhardta o zjawisku "telegonii".

Zanim przejdzie się od dyskusji o faktach do pełnokrwistej socjologii wiedzy naukowej, trzeba przezwyciężyć poważną przeszkodę. Przyjmijmy, że można sformułować zarzut, iż podczas gdy naukowcy nie zgadzają się na temat obserwacji i interpretacji dowodów obserwacyjnych, to mogą oni łatwo zgodzić się na bezosobowe kryteria dokonywania obserwacji i wykonywania kompetentnych eksperymentów: w końcu te "niespołeczne" kryteria rozstrzygnęłyby spory tego rodzaju. Niedawne empiryczne analizy współczesnych naukowych kontrowersji na temat realności pewnych zjawisk nie potwierdzają tej drogi obejścia socjologii wiedza. H.M. Collins badał spory z lat 1970 dotyczące istnienia silnych strumieni promieniowania grawitacyjnego. Początkowe twierdzenie jednego z uczonych o zbudowaniu "anteny", która wykrywała takie promieniowanie, spotkało się z mnóstwem krytyk. Obmyślono i zastosowano inne "anteny", które nie przyniosły żadnych empirycznych dowodów potwierdzających realność zjawiska, rzekomo wykrytego przez oryginał. Eksperymentatorzy przekonani o realności tego zjawiska twierdzili, że "kompetentne" były te eksperymenty, które bez wątpienia stwierdziły promieniowanie, podczas gdy te, którym się to nie udało, były ocenione jako wykonane "niekompetentnie". Na odwrót, naukowcy wyznający pogląd przeciwny oceniali, że eksperymenty, które wykazały silne strumienie promieniowania grawitacyjnego nie były kompetentne. Różne poglądy społeczności dotyczące tego, co zawiera świat przyrody, były, by tak rzec, użyte dla wyskalowania eksperymentów. Ponieważ "projektowanie eksperymentalne" nie może być oddzielone od przekonań społeczności, które kształtują i oceniają eksperymenty, nie ma możliwości uniknięcia socjologicznego opisu wytwarzania faktów, poprzez odwołanie się do bezosobowych reguł procedury eksperymentalnej. Tak się zdarzyło, że Collins rozpoczął swoje badania, gdy wynik tej kontrowersji nie był jeszcze znany. Od tego czasu "fakt" nieistnienia silnych strumieni fal grawitacyjnych został ustalony i Collins śledził spór aż do jego rozwiązania: "Istnienie fal grawitacyjnych jest obecnie [w lutym 1981 roku] dosłownie niewiarygodne... Ich wykluczenie było procesem społecznym (i politycznym)". (W chwili tłumaczenia tej pracy, w roku 1993 sytuacja się nie zmieniła. Fal grawitacyjnych nie odkryto - przyp. tlum.) Gdzie indziej Collins i Pinch doszli do podobnego wniosku na temat kompetentnych eksperymentów i społecznej konstrukcji faktów naukowych, analizując badania parapsychologiczne.

Jeszcze bardziej szczegółowym opisem przypadkowości odkryć eksperymentalnych jest studium Pickeringa niedawnej historii eksperymentów zaplanowanych w celu odkrycia, czy istnieją, czy też nie swobodne "kwarki" w materii. Zakładano powszechnie, że wyniki eksperymentów mogą uzyskać uznanie ze strony naukowców, gdy przyjmie się, że eksperymenty te były kompetentnie przeprowadzone. Lecz Pickering dostarcza uderzającego przykładu tezy Dubema-Quine'a: że wszystkie eksperymenty są w zasadzie otwarte na krytykę. W przypadku prac nad kwarkami, seria eksperymentów wykonanych we Włoszech nie dostarczyła dowodów na istnienie swobodnych kwarków, podczas gdy inne eksperymenty zrobione w Stanfordzie były uznane za dowodzące ich istnienia. Fizycy włoscy skalowali swoje procedury eksperymentalne dzięki wytwarzaniu godnych zaufania rezultatów - w ich przypadku było to nieistnienie niezerowego ładunku w wersji eksperymentów Millikana z kroplami oleju. Eksperyment był uznany za przeprowadzony kompetentnie z powodu wiarygodnego braku ułamkowo naładowanych obiektów. Ponieważ istnienie ułamkowo naładowanych obiektów byłoby bardzo nienaturalnym dodatkiem do przyrodniczego świata fizyków, eksperymenty włoskie nie były systematycznie krytykowane, a ich rezultaty były zaakceptowane. Nie było tak w przypadku pracy ze Stanfordu, chociaż była ona wykonana z maksymalną dokładnością. Odkrycie w Stanfordzie ładunków 1/3e było poddane intensywnym analizom, chociaż działo się to głównie poza sferą prac drukowanych. Włosi bardzo się starali, aby znaleźć jak najwięcej takich cech stanfordzkiego układu eksperymentalnego, które czyniły te wyniki mało przekonującymi. Pickering dochodzi do wniosków podobnych do wniosków Collinsa: "...nie można oddzielić oceny, czy system eksperymentalny jest wystarczająco zamknięty, od oceny zjawisk, które ma obserwować: jeżeli wierzy się w swobodne kwarki, to eksperyment stanfordzki jest wystarczająco zamknięty; jeżeli nie - to nie jest". (Obecnie, w 1993 r. nikt poważnie nie poszukuje swobodnych kwarków. Sprawę tę uważa się za rozstrzygniętą -przyp. tłum.) Rozstrzyga uznana wiedza społeczności; rzeczywistość jest przefiltrowana przez tę wiedzę i nie ma ona żadnej bezpośredniej mocy przymuszającej. Podobne podejście do związku pomiędzy rezultatami eksperymentalnymi a akceptowanymi alternatywami dostępnymi grupie praktyków, można znaleźć w pracy Pickeringa o monopolach magnetycznych, jak również w pracach Wynne'a o detekcji promieni J, Nyea o promieniach N, Pincha o neutrinach słonecznych, Travisa o eksperymentach z przenoszeniem pamięci i Harveya o eksperymentalnej mechanice kwantowej. (Pewne z tych artykułów dotyczą zjawisk, które z pewnością współczesna społeczność naukowa uważa ze "patologiczne", lecz niektóre mówią o powszechnie akceptowanych faktach przyrodniczych. W każdym przypadku nie jest to socjologia błędu lub pseudonauki, lecz socjologiczna ocena procesów, dzięki którym stwierdzenia faktów są przyjmowane lub odrzucane.). Być może najbardziej szczegółowym opisem społecznego tworzenia faktów naukowych są badania Latoura i Woolgara współczesnego laboratorium neuroendokrynologicznego; podkreślają one rolę aparatury naukowej i "literackich" procesów, za pomocą których fakty są utrwalane, chociaż autorzy ci nie kładą nacisku, tak jat Collins, na metodologiczny priorytet kontrowersji.

Studia takie służą pokazaniu, że ani rzeczywistość, ani logika, ani bezosobowe kryteria "metody eksperymentalnej" nie dyktują opisów, które tworzą naukowcy ani ocen, których dokonują: otwierają one drogę socjologii wiedzy naukowej i z tego powodu są nieocenione. Jednak one same nie tworzą takiej socjologii. Empiryczna socjologia wiedzy musi dokonać więcej niż tylko wykazać niedookreślenie wyjaśnień i ocen naukowych; musi ona pójść dalej i pokazać, dlaczego stworzono poszczególne wyjaśnienia i dlaczego dokonano poszczególnych ocen. Musi ona dokonać tego poprzez odsłonięcie historycznie uwarunkowanych związków pomiędzy wiedzą a zainteresowaniami różnych grup społecznych w ich układach intelektualnych i społecznych. W związku z tym prace empiryczne omawiane do tego miejsca, chociaż dotyczące historii mają zasadniczo filozoficzny charakter. Praca filozoficzna życzliwa dla socjologii wiedzy kończy się na pokazaniu przypadkowej i pozbawionej zakończenia natury wiedzy naukowej; w pełni rozwinięta socjologia wiedzy zaczyna się o rozpoznania czynników historycznie uwarunkowanych, a następnie przystępuje do ustalenia i podkreślenia ich różnych ról w działaniach naukowych. Gdy już to powiedzieliśmy, możemy lepiej ocenić socjologiczne znaczenie zespołu studiów empirycznych, które wiążą różne składniki wiedzy z zainteresowaniami społecznych grup wewnątrz kultury naukowej.

II. Przekazywane interesy profesjonalne a wyjaśnianie socjologii

Wewnątrz społeczności naukowej oraz wewnątrz jakiejkolwiek danej specjalności lub dyscypliny, istnieje zwykle rozkład różnych umiejętności i kompetencji technicznych. Na przykład, pewni uczeni będą bardziej od innych uzdolnieni w dowodzeniu matematycznym; pewni biolodzy będą bardziej biegli w badaniach morfologicznych zwierząt, a inni - bardziej uzdolnieni w analizie biochemicznej; wewnątrz kultury naukowej może także często istnieć podział na teoretyków i doświadczalników. Te techniczne umiejętności i kompetencję będą zdobywane poprzez proces socjalizacji; są one poważną inwestycją ulokowaną w uczonym i będzie on w naturalny sposób dążył do rozwijania ich, do wykazania ich wartości w pracy naukowej i do rozszerzenia możliwego zakresu ich stosowania. Takie umiejętności i techniczne kompetencje są zatem zbiorem interesów społecznych przekazywanych wewnątrz społeczności naukowej. Jest to głównym powodem tego, dlaczego naukowiec powinien chcieć rozwijać wartość i zakres tego, co umie robić, dochodząc nawet do krytyki wartości, umiejętności i kompetencji zdobytych przez innych. W procesie obrony tych zawodowo przekazywanych interesów, mogą wewnątrz społeczności naukowej powstawać konflikty dotyczące istoty zjawisk. Jeżeli przyroda jest zbudowana w jeden sposób, to jej badania mogą najlepiej rozwijać się poprzez zastosowanie jednego zespołu kompetencji; jeżeli jest ona ukonstytuowana odmiennie, to być może potrzebny jest inny zbiór umiejętności. W ten sposób przekazywane interesy zawodowe mogą tworzyć połączenie wiążące, z jednej strony, dyskusje na temat natury zjawisk, a z drugiej, konflikty dotyczące dostępności środków lub zdobywania wiarygodności dla pracy uczonego. Analiza za pomocą społecznie zdobywanych umiejętności technicznych, może nawet być poszerzona tak, aby obejmowała to, co naukowcy zainwestowali w praktyczną lub interpretacyjną stronę ich dotychczasowej pracy. Jeżeli grupa naukowców wykonała pewien zespół publicznie dostępnych badań, w których naukowcy ci argumentują na rzecz pewnego punktu widzenia, teorii lub interpretacji, to mogą oni także chcieć bronić tego stanowiska przed atakiem i dowodzić, że przewyższa on wartością i zakresem inne stanowiska - nawet gdy są oni technicznie zdolni do pracy z innym nastawieniem poznawczym lub praktycznym. Nie ma oczywiście żadnego przymusu i uczeni mogą łatwo zmieniać swoje stanowiska, starać się zdobyć inne umiejętności lub dostrzegać celowość położenia kresu kontrowersjom na bazie szerszych wspólnych interesów. Chodzi tutaj o strategię obrony i popierania interesów, opartą na złożonych kalkulacjach, dotyczących konsekwencji różnych dróg działania.

Istnieją istotne pozycje z historii nauki, ukazujące wyjaśniającą wartość zajmowania się przekazywanymi interesami zawodowymi. Znaczenie tego punktu widzenia można najlepiej pokazać poprzez przechodzenie od mniejszej do większej skali tych interesów. W listopadzie 1974 roku grupa fizyków wysokich energii odkryła dwie niezwykłe cząstki elementarne (nazwane "J-psi" i "psi-prime"). Teoretycy tej społeczności stanęli przed problemem wyjaśnienia własności tych nowych cząstek i umieszczenia ich w spójnym schemacie, obejmującym także istniejące cząstki. Studium Andrew Pickeringa kontrowersji pomiędzy zwolennikami modeli "wdzięku" (charm), i "koloru" (colour), oraz szybkiego zakończenia tej kontrowersji, jest oparte na czułości na wpływy istniejącego wcześniej rozkładu interesów pomiędzy grupami specjalistów w fizyce wysokich energii. Bez wnikania w techniczne szczegóły każdego modelu powiemy, że zwolennicy wdzięku odnieśli tak wielkie zwycięstwo nad rywalami z modelu koloru, że w ciągu ośmiu lub dziewięciu miesięcy powstała trwała jednomyślność na korzyść wdzięku; w ciągu dwóch lat rzeczników koloru skutecznie wyizolowano, a model wdzięku został solidnie utrwalony. Jaka była podstawa sukcesu wdzięku, a klęski koloru? Pickering pokazuje, że model wdzięku krzyżował się i mógł być z łatwością zintegrowany z zakresem większości istniejących teoretycznych modeli fizyki wysokich energii. Na przykład wdzięk był powodem trudności, związanej z regułami interpretowania długowieczności pewnych cząstek wytwarzanych w zderzeniach hadronów i dał rozwiązanie tej trudności, które dostarczyło programu dla prac eksperymentatorów i teoretyków porządkujących hadrony. Popierało to i z kolei samo generowało poparcie ze strony grupy ważnych "teoretyków pól cechowania", którzy dostrzegli, w jaki sposób sukces modelu wdzięku mógł powiększyć wiarygodność "rewolucji pól cechowania" w mechanice kwantowej. Ponadto, model wdzięku korzystał z pojęciowych środków, które były szeroko rozpowszechnione w fizyce; jak mówi Pickering "gdziekolwiek model napotykał na niedopasowanie do rzeczywistości, to istniały środki dostępne w zasadzie dla każdego, kto próbował poprawić go i dla innych, którzy oceniali tę pracę". W przeciwieństwie do tego, nieliczne elementy praktyki fizyki teoretycznej przyswoiły sobie środki związane z modelem koloru. Wdzięk wygrywał tak dalece, jak był skutecznie wprowadzany w zasięg stosowanych praktyk; im większy i ważniejszy zasięg tej integracji z praktyką, tym bardziej wdzięk jawił się jako fakt przyrodniczy, a nie ludzki wynalazek.

W tym szczególnym przypadku teoretycy od wdzięku mogli teoretyzować za pomocą koloru i na odwrót; każda z grup dzięki socjalizacji w subkulturze fizyki wysokich energii, zdobyła umiejętność teoretyzowania zarówno w modelu wdzięku, jak i koloru. Nie była to sprawa nieumiejętności uprawiania lub dostrzegania istoty sposobu teoretyzowania innych. Mimo tego, przy zadanym istniejącym wcześniej rozkładzie praktyk teoretycznych, każda dokonała oceny dającej największe szansę uprawomocnienia i rozszerzenia zakresu stosowalności swej metody. Znowu nie było oczywiście żadnego przymusu.

Przejdźmy teraz do analizy umiejętności wewnątrz społeczności naukowej, które nie są tak łatwo zdobywane lub odrzucane. Jednym z przykładów jest dokonana przez Johna Deansa analiza ciągu dyskusji pomiędzy dwudziestowiecznymi botanikami na temat prawidłowej klasyfikacji roślin. Jedna grupa praktyków utrzymywała, że gatunki powinny być opisywane na podstawie swej morfologii, podczas gdy inna twierdziła, że dla otrzymania prawidłowej klasyfikacji potrzebne są eksperymentalne techniki różnych typów (badania transplantacji, prace cytologiczne i biochemiczne oraz pomiary wymiany genetycznej). Dyskusje te ciągnęły się od co najmniej lat 1920. i do dziś nie są rozstrzygnięte. Każda grupa jest zdolna do wytworzenia swej własnej taksonomii, korzystającej z wyróżnionych technik. Jak można się spodziewać, czasami taksonomie te odmiennie przedstawiają dane fragmenty botanicznej rzeczywistości. W przypadku Gilia inconspicua klasyfikatorzy korzystający ze złożonych metod, na podstawie rezultatów cytologicznych wyróżniają pięć gatunków, podczas gdy taksonomiści morfologiczni - jeden. W innym kompleksie z rodzaju Gilia (tenuifiora-latiflord), sytuacja ulega odwróceniu; kryteria morfologiczne wyodrębniają cztery różne gatunki, gdy informacja na temat wymiany genów wskazuje na tylko jeden. Każdy zbiór kryteriów gatunkowych, można powiedzieć, pracuje i każdy może być użyty jako pomoc w praktycznych zainteresowaniach klasyfikujących społeczności. Tak więc każda grupa naukowców odmiennie konstruuje rzeczywistość botaniczną. Każda z grup wyróżnia się także dzięki zdobytym technicznym umiejętnościom swych członków, oraz w znacznym stopniu, dzięki instytucjom, w których pracuje. Bardziej tradycyjni taksonomiści byli szkoleni w morfologicznych technikach, rozwijających istniejący system Linneusza nazewnictwa i identyfikacji. Wielu z nich pracuje w zielarniach wytwarzających monografie o roślinach, które starają się dostarczyć jasnych metod odróżniania grup taksonomicznych na podstawie ich całkowitego wyglądu. Botanicy, którzy z energią krytykowali zielnikowych klasyfikatorów (eksperymentatorzy lub "biosystematycy"), byli zwykle szkoleni w genetyce, cytologii, ekologii oraz dyscyplinach pokrewnych i pracują w badawczych jednostkach uniwersytetów. Tak więc kryteria, które każda z grup rozwija jako podstawę właściwych klasyfikacji, służą obronie i popieraniu tego, co zainwestowano w społecznie zdobywane umiejętności techniczne, Grupy te czasami walczyły ze sobą o środki, lecz w ogólności wypracowały modus vivendi, w wyniku którego alternatywne techniki klasyfikacji współistnieją także trwale w społeczności botaników. Czasem różniące się oceny stwierdzeń faktów wynikają z odmiennego zainwestowania przez uczonych w praktykę eksperymentalną i w teorię, czego szczególnie wyraźnym przykładem jest Roberta Kohlera studium reakcji na odkrycie enzymuzymazy. Wyjaśniająca wartość zajmowania się rozkładem technicznych kompetencji i pojęciowych umiejętności wewnątrz społeczności naukowej, jest być może najlepiej pokazana na przykładzie bardzo dobrze zbadanych dyskusji "biometrycy-mendliści" i "darwiniści-mendliści" w końcu dziewiętnastego i na początku dwudziestego stulecia. Tak więc Garland Allen zauważa, że na początku dwudziestego wieku każdemu rozłamowi pomiędzy darwinistami i mendlistami odpowiadała równoległa dychotomia w społeczności biologów pomiędzy naturalistami i eksperymentalistami. Ogólnie mówiąc, ci biolodzy, którzy woleli darwinowskie wyjaśnienie ewolucji jako naturalnej selekcji małych, ciągle zmieniających się jednostek, byli szkoleni w metodach opisowych i jakościowych; ich działalność badawcza koncentrowała się na środowisku naturalnym i na muzeum. Mendliści, przeciwnie, mieli trening eksperymentalny, woleli metody ilościowe i pracowali w laboratorium oraz w eksperymentalnym ogrodzie. W ich opinii, ewolucja postępowała poprzez nieciągłe zmiany w wielkiej skali. Krytykując stanowisko Darwina, mendliści twierdzili, między innymi, że ulubione drobne zmiany ich przeciwników nie są dziedziczone i że selekcja ma wątpliwą skuteczność. Lecz nie wszyscy biolodzy o ilościowych metodologicznych preferencjach musieli znajdować się w obozie mendlistów. Szkoła "biometryczna", kierowana przez Karla Pearsona i W.F.R. Weldona, pożeniła statystyczne metody badania dziedziczności z silnie darwinowskim przekonaniem o roli małych dróbnych zmian. MacKenzie i Barnes podkreślają wyjaśniającą rolę społecznie zdobytych środków w swej analizie dyskusji biometryków z mendlistami z lat 1890-1906. Pearson był z wykształcenia matematykiem; jego kolega Weldon był biologiem, chociaż także studiował matematykę przez dwa lata na Uniwersytecie Londyńskim. Ich wspólnym celem była matematyzacja biologii ewolucyjnej; jak powiedział Weldon "... problem ewolucji zwierząt jest w istocie problemem statystycznym". Główny krytyk biometryków, morfolog William Bateson, był zwolennikiem mendlizmu, jako silnie popierającego jego pogląd, że nieciągłe wariacje dostarczają tworzywa dla zmian ewolucyjnych. Kwestionował wyjaśniającą wartość metod swoich rywali: "prostacka metoda statystyczna jest mylącym narzędziem". Tradycyjnie szkolonym biologom wydawało się, że nowe metody statystyczne zmierzają do obniżenia wartości ich umiejętności, w szczególności morfologicznego oszacowania jednostkowych przypadków. Jeżeli, jak zakładał Pearson, przyszłość należy do wyszkolonych matematycznie, to z pewnością nie należy ona do tradycyjnie szkolonych biologów. Jednak MacKenzie i Barnes nie wysuwają rozkładu zawodowych umiejętności jako koniecznego i wystarczającego wyjaśnienia kontrowersji w nauce. Uczenie nie determinuje przyszłego wybory kariery ani sądów: Pearson posiadał umiejętność zastosowania mendlowskiego schematu; z matematycznym wyszkoleniem Weldona nie można było zbyt wiele zdziałać ; Bateson odłożył na bok pewne ważne aspekty swego wyszkolenia technicznego. Jak zobaczymy później, dyskusje pomiędzy biometrykami ą mendlistami dostarczają okazji dla zastosowania innych rodzajów wyjaśniania socjologicznego, obok tych związanych z czynnikami wewnętrznymi dla społeczności naukowej.

Można powiedzieć, że ewolucyjne dyskusje pomiędzy biometrykami i mendlistami (lub pomiędzy darwinistami i mendlistami) toczyły się w ramach jednej naukowej dyscypliny biologicznej; można alternatywnie z uzasadnieniem określić te grupy jako rodzące się subdyscypliny. Od początków dwudziestego wieku, zróżnicowanie specjalności naukowych przebyło długą drogę aż do obecnego stanu. Gdy jednak cofamy się w czasie, dochodzimy do sytuacji, gdy rozgraniczenia pomiędzy tym, co przywykliśmy nazywać "dyscyplinami" naukowymi, były słabo wytyczone. Możemy obserwować dyskusje pomiędzy "dyscyplinami", ponieważ ich uczestnikom może się wydawać, że nie ma miejsca ani poparcia dla więcej niż jednego podejścia do danej dziedziny problemowej. Coś w tym rodzaju jest widoczne w znakomitym studium Dova Ospovata sposobów podejścia brytyjskich naukowców do zagadnienia adaptacji i celowości w okresie od lat 1830 do 1850. Ospovat pokazuje, że poważna grupa brytyjskich uczonych odrzuciła wyjaśniającą rolę teleologii i "przyczyn celowych" przed ogłoszeniem O pochodzeniu gatunków. Grupa ta, do której należeli biolodzy Richard Owen, P.M. Roget, William Carpenter, Martin Barry i Louis Agassiz, uznawała powszechnie akceptowany pogląd, że organizmy (zarówno obecnie, jak i w geologicznej przeszłości) były "doskonale dostosowane" do swych warunków życia, lecz przystosowanie rozumieli oni w sposób zasadniczo odmienny od innych uczonych. Dla tych biologów dostosowanie struktury do funkcji było rezultatem specyficznie biologicznych praw lub wzorców; nie było ono wynikiem zdeterminowania przez środowisko; nie było ono skutkiem specjalnego stworzenia przez Boga i nie było ono uważane za wyjaśnienie samo w sobie. Zarówno adaptacja istniejących organizmów i ich porządek w zapisach geologicznych musiały być wyjaśnione bez odwoływania się do teleologii. Według interpretacji Ospovata, teleologia zapewniała zależność wyjaśniania biologicznego od faktów geologicznych; odrzucenie teleologii "gwarantowało niezależność teorii biologicznej od geologii". Ci autorzy, którzy kładli nacisk na wyjaśniającą rolę teleologii w biologii mieli skłonność do geologii (należeli do nich teoretycy stanu stacjonarnego, tacy jak Lyell, jak również progresywiści, jak Adam Sedgwick i William Buckland). Dla nich zmieniające się warunki w świecie nieorganicznym determinowały zmienne formy roślin i zwierząt. Argumentując w ten sposób, geolodzy traktowali warunki zewnętrzne jako wytwór specyficznie geologicznych sił i praw; zmiana geologiczna była uważana za pierwotną, a zmiana organiczna za zależną od niej. Tak więc, stwierdzając relację zależności pomiędzy obiektami badań, geolodzy wymagali podobnej relacji zależności w naukowej społeczności tego okresu; biolodzy odrzucając tę relację zależności w przyrodzie, wykonywali krok w kierunku równości statusu kulturowego.

III. Interesy i granice społeczności naukowej

Studium Dova Ospovata różniących się ocen wyjaśniania teleologicznego w dziewiętnastowiecznej nauce brytyjskiej, wskazuje, jak widzieliśmy, na hierarchiczne związki pomiędzy specjalnościami naukowymi. Lecz jego materiały rozgałęziają się również w relacje pomiędzy społecznością naukową w Wielkiej Brytanii a teologicznymi zainteresowaniami wśród duchownych i ogólnie w szerszej kulturze. Teorie struktury i funkcjonowania form organicznych i ich następstwa w geologicznej przeszłości silnie wiązały się z religijnymi dowodami, jak również z porządkiem moralnym, który religia podbudowuje. Jeżeli cel był uważany za konieczne i wystarczające wyjaśnienie akceptowanego faktu doskonałej adaptacji, to Bóstwo (jako ostateczne źródło i cel świata), było ukryte w wyjaśnianiu naukowym. Co działo się, gdy odrzucano teleologię jako zadowalające wyjaśnienie naturalnych procesów i obiektów? Cóż było, gdy twierdzono, że świat przyrody postępuje zgodnie ze swoimi własnymi samowystarczającymi prawami natury, a wyjaśnianie naukowe jest poszukiwaniem tych samowystarczalnych praw i wzorców? Skutkiem takich postępków było podkopanie historycznie ustalonych kulturowych powiązań pomiędzy wiedzą przyrodniczą i teologią. Od połowy siedemnastego wieku dowody na istnienie i atrybuty Boga wskazywały na przyrodę jako twór boski. Gdy stworzono te kulturowe związki, to jednym z akceptowanych zadań wiedzy przyrodniczej stało się dostarczanie dowodów istotnych dla zagadnień teologicznych. Ten składnik kultury, który szczególnie wypełniał te zadania, był nazywany teologią naturalną i działał on jako pomost pomiędzy teologią i naukami przyrodniczymi. Teologia naturalna ustaliła także hierarchiczną relację pomiędzy tymi, którzy badali świat natury, a tymi, których rolą było interpretowanie stosunku Boga do człowieka. Wiedza przyrodnicza była szeroko uważana za wartościową i dokładną na tyle, na ile pokazywała ludzkości ukryte w przyrodzie dowody na istnienie, celowość, potęgę, mądrość i opatrzność Bożą. Gdy uprawiający wiedzę przyrodniczą spełniali tę funkcję, to zdobywali oparcie w społeczeństwie ze strony potężnych instytucji religijnych. Gdy jednak związki zależności wiążące świat przyrody odłączali od zewnętrznego źródła celowości i potęgi, to wówczas odcinali się od ochrony i aprobaty duchowieństwa.

W ostatnich latach pewne z najwybitniejszych prac ze społecznej historii nauki dotyczyły aspektów zmieniających się relacji pomiędzy społecznością naukową a kościołem w Anglii w dziewiętnastym wieku, oraz towarzyszących temu zmian pojęć przyrody i wiedzy przyrodniczej. Jak widzieliśmy, geolodzy omawiani w eseju Ospovata, byli na ogół zadowoleni z zachowania w naukach przyrodniczych wyjaśnienia teleologicznego. Teleologia pełniła dla nich wiele funkcji: utrzymywała celowość w świecie przyrody i wymagała relacji zależności, podporządowującej tych, którzy badali świat organiczny, tym, których dziedziną był świat nieorganiczny. Lecz błędem byłoby analizowanie stosunku do teleologii jedynie wewnątrz struktury nauki. Wiele z głównych osób uwikłanych w tę sprawę było duchownymi lub miało silne przekonania religijne, których należało bronić lub rozwijać. J.H.Brooke zbadał rolę teologii naturalnej, zwłaszcza argumentu o celowości, wśród brytyjskich geologów w latach 1830. i 1840. Dla wielebnego Adama Segwicka i wielebnego Williama Bucklanda (między innymi), argument oparty na celowości był centralnym punktem wyjaśniania powiązania pomiędzy faktami geologicznymi a, na przykład, skamieniałościami. Ignorowanie jasnych dowodów na planowość i celowość w świecie przyrody byłoby, ich zdaniem, nienaukowe.

Jednak, jak jasno pokazuje Brooke, argumenty z celowości służyły także wewnętrznie religijnym celom. Odwołanie się do dowodów na celowość i boskość w przyrodzie pełniło funkcję jednoczącą odłamy chrześcijaństwa, którym bardziej sporne religijne dogmaty groziły poważnie rozbiciem. Anglikańscy teolodzy ze szkoły Broad Church, podobnie jak wielu chrześcijańskich geologów wczesnowiktoriańskiej Anglii, czuli, że najpoważniejszym niebezpieczeństwem dla porządku moralnego są podziały pomiędzy wierzącymi, takie jak pomiędzy Church i Chapel, ponieważ takie rozłamy otwierają drogę dla tendencji świeckich. Dlatego chrześcijańscy geolodzy chętnie akceptowali dwuznaczności swej teologii naturalnej, ponieważ sama doktrynalna niedokładność teologii naturalnej była bazą jej działania prowadzącego do sporów. Nacisk na jedność chrześcijan był szczególnie silny w latach 1830 i 1840. Do lat 1870. nacisk ten znacznie osłabł, częściowo dzięki zniesieniu ograniczeń swobód obywatelskich dysydentów, a częściowo poprzez ogólne otwarcie religii na poglądy liberalne. Odpowiednio do tego, wiele z funkcji społecznych, do których pełnienia używano argumentów o celowości, nie było już potrzebnych, a same te argumenty zaczęły znikać z literatury naukowej.

Tak więc akceptacja i szerzenie się w kulturze naukowej argumentacji opartej na celowości jest, jak pokazano, cechą społeczeństwa, w którym rola teologa i rola uczonego nie są odrębne. W takim społeczeństwie uprawiający wiedzę przyrodniczą był zadowolony z tego, że jedną z jego funkcji było dostarczanie dowodów popierających religię; zgadzał się na podstawowy stosunek zależności pomiędzy sobą a duchownym; w rzeczywistości nie było wyraźnego rozróżnienia pomiędzy rolą duchownego a rolą człowieka nauki. To uporządkowanie nie przeżyło, jak wiemy, dziewiętnastego wieku. Z pewnością w połowie wieku odłamy brytyjskiej społeczności naukowej pokusiły się o kulturowe i społeczne uwolnienie się od spraw duszpasterskich i spod kontroli duchownych. Strategią przyjętą dla osiągnięcia tych celów był naukowy naturalizm. F.M. Turner i L.S. Jacyna szczegółowo dowodzili, że naukowy naturalizm powinien być uważany za strategię profesjonalizacji nauki w wiktoriańskiej Anglii. Strategia naturalistów pociągała odrzucenie istniejącej kosmologii, która łączyła sprawy teologiczne z wiedzą przyrodniczą, a rolę duchownego z rolą uprawiającego naukę. W tej kosmologii materia i duch były rozłącznymi kategoriami ontologicznymi; byty duchowe były ostatecznym źródłem potęgi, planowości i aktywności przyrody, czyniąc w ten sposób świat materialny podległym czynnikom niematerialnym. W to miejsce naturalizm naukowy wstawił monistyczny mechanizm: istniała w świecie tylko materia i jej stany ruchy. Zgodnie z prawami termodynamiki, maszyna świata zawierała ustaloną ilość energii, która była zachowana we wszystkich przemianach fizycznych; nie było potrzebne żadne zewnętrzne źródło siły. Naturalistyczna doktryna paralelizmu psychofizycznego głosiła, że niewłaściwe było traktowanie stanów psychicznych jako przyczyn działań, jako posiadających w sobie energię. Ewolucja poprzez naturalną selekcję była mechanistyczna; nie potrzeba było żadnego odwoływania się do celu lub planu, aby zrozumieć zmianę organiczną.

Tak zbudowany świat przyrody określał istotę badań naukowych, ponieważ tworzył on podstawę dla autonomicznej roli uczonego. Jeżeli przyroda jest właśnie taka, to stara relacja zależności pomiędzy człowiekiem nauki a człowiekiem w sutannie nie mogła już być zachowana. Lecz uwolnienie się od klerykalnej kontroli było jedynie pierwszym krokiem w zdobywaniu przez uczonego zawodowego statusu. Aby uzyskać pożądane poparcie społeczne i kontrolę nad środkami, trzeba było rozpoznać i podkreślać stosowalność procedur naukowych do szerokiego zakresu spraw społecznych. Stąd naturaliści naukowi często przyjmowali postawę bardziej agresywną niż kulturowi imperialiści: człowiek, społeczeństwo i umysł mogły być razem umieszczone w schemacie naturalistycznym. Rozwój społecznej roli psychiatry i planisty społecznego, a także społeczny darwinizm i eugenika, były punktami zwrotnymi w rozszerzaniu podejścia naukowego na nowe dziedziny, kultury. W końcu rezultat ten spowodował konflikt społecznych źródeł ekspertyzy i wiarygodności, oraz kontroli nad środkami, która wynika z uznanej pozycji interpretacyjnego autorytetu. Studia kosmologii naturalistycznej umieszczają więc prawidłowo jej sprzeczne oceny w ramach sporu o profesjonalizację i zakres nauki. Jest także możliwe wyjście daleko poza poziom kosmologiczny i pokazanie strategicznej natury stanowiska naukowców na przykład w sprawie subtelnej struktury ośrodków mózgowo-rdzeniowych, szczegółowych procesów embriologicznych oraz istoty przyczyny i energii w fizyce.

Współczesne naukowe przedstawienia świata przyrody rozwinęły się w trakcie dyskusji demarkacyjnych z tradycyjnymi źródłami autorytetu i ekspertyzy intelektualnej, takimi jak religia. Jednak problemy demarkacji stawały przed praktykami nauki na wielu frontach. Aby zapewnić sobie w społeczeństwie wiarygodność w roli interpretatorów zjawisk przyrody, trzeba było często uczynić publicznie dostrzegalną różnicę pomiędzy poznawczymi wypowiedziami "autentycznych'' naukowców a ogółu laików. Czasami przybierało to postać potwierdzania lub zaprzeczania istnieniu pewnych rodzajów obiektów w świecie przyrody. Szczególnie pouczający przykład tego jest zawarty w Rona Westruma analizie stosunku do meteorytów w osiemnastowiecznej Francji. Gdy uczeni z Royal Society dopuszczali istnienie meteorytów (lub promieniujących i szybko poruszających się ciał niebieskich), to nie wierzyli oni w twierdzenia, że ziemskie ciała spadają z nieba lub, że rzekome "kamienie piorunowe" są związane z pojawianiem się meteorów. Zgodnie z oficjalnymi ustaleniami nauki, meteoryty nie były naturalnymi obiektami ani faktami przyrodniczymi. W społecznym układzie osiemnastowiecznej Francji, jednym z problemów związanych z twierdzeniem, że meteoryty rzeczywiście spadły z nieba po obserwacji meteorów było to, że takie sprawozdania pochodziły zwykle od świadków, których wiarygodność jako obserwatorów przyrody była odrzucana przez oficjalną społeczność naukową. Nie należy do istoty meteorytów spadanie z dużą częstotliwością w obrębie ustalonych instytucji naukowych; wiele częściej spadają one na obszarach wiejskich, gdzie są obserwowane przez wieśniaków i potwierdzane przez miejscowych księży i różnych szacownych ludzi. Lecz to właśnie wiarygodność laików była przedmiotem dyskusji francuskich uczonych akademickich. Interesujące, że oficjalne uznanie faktycznego statusu meteorytów było skutkiem Rewolucji i popartego przez Rewolucję zmienionego podejścia do kompetentnego uczestnictwa laików w działalności kulturowej. W innych studiach Westrum tropił związek pomiędzy wiarygodnością społeczną a niezawodnością sprawozdań o wyjątkowo przekonujących rezultatach. Podejście, które stosuje w pracy z materiałami z osiemnastowiecznej Francji, nie potrzebuje wielkich zmian, aby być zastosowane do współczesnych dyskusji o istnieniu niezidentyfikowanych obiektów latających, węży morskich i tym podobnych: doniesienia o istnieniu zjawisk są często oceniane na podstawie ich społecznego źródła.

W końcu dziewiętnastego i na początku dwudziestego wieku granice pomiędzy zawodową społecznością naukową, a jedynie amatorami, były bardzo dobrze określone w większości dziedzin nauki. Były jednak specjalności, w których rozgraniczenie amator-zawodowiec nie było jeszcze tak sztywne, jak to stało się gdzie indziej. Jednym z takich przypadków była astronomia obserwacyjna. John Lankford dostarczył doskonałego opisu kontrowersji pomiędzy różnymi sektorami społeczności astronomów w latach 1880 i 1890. Był to okres, w którym amatorzy (to znaczy osoby nie zatrudnione w badaniach astronomicznych) wciąż wnosili istotny wkład do astronomii gwiezdnej, a szczególnie do astronomii planetarnej. Amatorzy stosowali z konieczności teleskopy o średnicach stosunkowo małych w porównaniu z dużymi teleskopami używanymi przez zawodowców, zwłaszcza w nowych obserwatoriach amerykańskich. Wybuchła dyskusja, gdy czołowy brytyjski astronom amator stwierdził, że instrumenty o małych średnicach są dla obserwacji planet w rzeczywistości lepsze od dużych teleskopów. Mówiąc konkretnie, twierdził on, że dają one lepszą ostrość, chociaż mają mniejszą zdolność zbierania światła. Wielkie teleskopy refrakcyjne, twierdził, oślepiają z powodu zbierania zbyt wiele światła. Jednym ze skutków tego było to, że pewne planetarne szczegóły są ostrzej widziane za pomocą małych teleskopów niż za pomocą wielkich teleskopów profesjonalnych, na przykład Wielka Czerwona Plama na Jowiszu, kanały na Marsie i pewne plamy na Saturnie. Amerykańscy zawodowcy, którzy używali wielkich teleskopów refrakcyjnych, zbudowanych przez amerykańskie firm ostatecznie odpowiedzieli na krytykę brytyjskich amatorów. Jak powiedział pewien amerykański zawodowiec, ostre granice struktur planetarnych nie są autentycznymi cechami tych struktur, lecz są artefaktami, wytworzonymi przez małe instrumenty z powodu niemożności rozłożenia rozciągniętych szczegółów. Dlatego zamglone granice, pokazywane przez wielkie teleskopy refrakcyjne są naturalnym wyglądem tych obiektów, a nie zniekształceniem spowodowanym wadliwymi własnościami optycznymi. Jak podsumowuje Lankford, grupy te "reprezentowały przeciwne interesy, a wiedza naukowa, którą wytwarzały, opierała się na uderzająco odmiennym postrzeganiu świata przyrody". Jest to interesujące dopełnienie wniosku Collinsa, wiążącego oceny kompetencji wykonywania eksperymentów z istniejącymi uprzednio poglądami na realność zjawisk, które mają być odkryte przez te eksperymenty. W materiale Lankforda grupy pozostające w konflikcie nie zainwestowały w pojawienie się plam planetarnych; zamiast tego zainwestowały one w wiarygodność używanych przez siebie instrumentów. W tym przypadku rodzaj instrumentu służył do wyodrębnienia dwóch członów społeczności astronomów: zawodowców i amatorów. Tak więc dyskusje o wyglądzie Wielkiej Czerwonej Plamy były epizodem w profesjonalizacji nauki. W obszernym studium dyskusji w nowoczesnej radioastronomii, Edge i Mulkay podobnie podkreślają znaczenie inwestowania w instrumenty.

W krótkim, zawierającym śmiałe przypuszczenia artykule, napisanym prawie trzydzieści lat temu, Pannekoek splata ze sobą epizod z astronomii planetarnej i aspekty strategii profesjonalizacji. Po odkryciu przez Williama Herschela Urana w roku 1781, stało się szeroko znane, że planeta ta zbacza z przewidzianej orbity. Do lat 1830. uważano, że odchylenia te mogą być spowodowane przez jeszcze nieznaną planetę, leżącą poza orbitą Urana i twierdzono nawet, że można by znaleźć tę planetę na podstawie zaburzeń ruchu Urana. W środku lat 1840-ch dokonali tego Adams w Anglii i Leverrier we Francji. Naukowcy francuscy wykorzystali okazję dla publicznego rozgłaszania odkrycia Neptuna jako wyjątkowego dowodu mocy przewidywania i pewności nauki: zamanifestowania narodowi jej wartości. Fakt ten i stosunkowy brak takiej propagandy w Anglii, Pannekoek podaje jako wskazanie na szczególne problemy napotykane przez uczonych francuskich w pokonywaniu resztek autorytetu Kościoła. Lecz w opisie Pannekoeka rzeczywiście interesująca jest dyskusja dalszych wydarzeń. Krótko po odkryciu Adamsa i Leverriera, Amerykanin Walker obliczył dokładną orbitę Neptuna, która radykalnie różniła się od orbity skonstruowanej przez Anglika i Francuza. Ziomek Walkera, Peirce, posunął się do stwierdzenia, że ten "Neptun" jest w rzeczywistości inną planetą niż planeta, której orbitę wyliczyli Adams i Leverrier. Tak więc odpowiedni naukowcy stanęli przed decyzją: czy "Neptuny" te są tym samym, czy też są różne? Amerykanie popierali pogląd, że są one różne; Francuzi upierali się, że mimo wszystko są one takie same, wskazując na szerokie granice błędu zawarte w tych obliczeniach. Dlaczego? Pannekoek przypuszcza, że francuski pogląd o jedności był ukształtowany przez ich interes w ratowaniu tego publicznego pokazu wyjaśniającej mocy nauki, podczas gdy w Ameryce nie dokonano takiej publiczni inwestycji, a oceny naukowców powstawały na podstawie innych kryteriów. Jeżeli Pannekoek ma rację (a wydaje się, że aby to stwierdzić potrzeba wielu dalszych badań), jeden z najbardziej podstawowych aktów oceny poznawczej (czy obiekty przyrody są te same, czy nie?), był w tym przypadku ukształtowany przez interesy zawodowego statusu i społecznej pozycji społeczności naukowej.

IV. Wiedza naukowa a szersze społeczeństwo

Profesjonalizacja zasadniczo zmieniła sposoby powiązania spraw wewnątrz społeczności naukowej ze sprawami szerszego społeczeństwa. To historyczne przesunięcie ma naturalne konsekwencje historiograficzne. Historycy nauki przed profesjonalizacją będą często wskazywać na rodzaje czynników społecznych inne od wysuwanych przez historyków nauki profesjonalnej. Jednak dla wielu historyków nauki jest rzeczą dziwną mówienie o społecznej historii nowoczesnej wiedzy naukowej; dla nich podwyższony stopień autonomii, którym cieszy się profesjonalna nauka, ostatecznie sprowadza się do wyjaśniającej roli "czynników społecznych". Omawiałem już literaturę, która zdaje się dostarczać rozwiązania tej zagadki: rozwiązanie to rozsadza zbyt ograniczającą wrażliwość na to, czym są "czynniki społeczne" i jak działają one w wyjaśnianiu. (Jest to temat, do którego powrócę później.) Pomimo to, wielu uczonych uważa społeczną historię wiedzy naukowej za składającą się jedynie ze studiów, które naukowe przekonania i praktyki wiążą ze społecznymi i politycznymi zagadnieniami szerszego społeczeństwa. Kilka przykładów prac tego rodzaju jest bardzo dobrze znanych (lub głośnych) pośród historyków i filozofów nauki i jest to jednym z powodów, dla których poświęcę im mniej szczegółowej uwagi niż pracom już dyskutowanym. Tym niemniej, badania te posiadają cechy, które mogłyby być z korzyścią bardziej znane.

Jest kilka głównych powodów tego, że socjologiczne znaczenie badań empirycznych tego typu było szeroko niedoceniane lub niewystarczająco znane. Niewątpliwie jednym z powodów jest niecierpliwość wielu teoretyków, również tych mających zrozumienie dla socjologii wiedzy, stających przed szczegółowymi badaniami jakiegokolwiek rodzaju: "historycznymi" lub współczesnymi. Gdy niecierpliwość ta jest sprzymierzona z programem, takim jak program Lakatosa i jego zwolenników, który uzależnia empiryczną historię od ocen filozoficznych, to dodaje się powód, dlaczego nie powinno się wierzyć rezultatom socjologicznym. Nie można jednak całą winą obarczać nieprzychylnych teoretyków. Historycy nauki, tak jak wszyscy historycy, mają skłonność do sprzyjania podejściom partykularystycznym. Ogólnie określają swoją pracę nie za pomocą tradycji wyjaśniającej, lecz za pomocą zdobytych materiałów empirycznych lub koncentrując się na biografiach. Często za krytykę uważa się stwierdzenie, że historyk posiada nadrzędne przekonania teoretyczne: takie przekonania uważa się za zejście z drogi odpowiednio niezaangażowanego zajmowania się faktami. Lub sądzi się, że jedno, dobrze określone interpretacyjne podejście do materiału faktycznego, powoduje utratę bogato ustrukturalizowanej narracji, bardzo cenionej przez historyków. Ponadto, wiele spraw teoretycznie interesujących wymaga perspektywy porównawczej: umiejętności i chęci opanowania materiałów nieporównywalnych lub pochodzących z odmiennych warunków społecznych. Lecz specjalizacja i partykularyzm współczesnego treningu historycznego czynią trudnym nabywanie takich umiejętności, a niepewność współczesnego życia akademickiego czyni ryzykownym ich użycie. Pogrążenie się w szczegółowych materiałach empirycznych ma oczywiste zalety (jak może się o tym przekonać każdy, kto zna swobodne gatunki teoretyzowania socjologicznego i filozoficznego); lecz jest cena, którą trzeba za to zapłacić. Ceną tą jest "ubóstwo teorii" u wielu historyków nauki. Często trudno jest wyróżnić, co może być "tezą" lub "istotą" pewnych studiów empirycznych; w innych podane wnioski mają mały związek z empirycznym materiałem pracy; a ogólnie mało robi się w celu powiązania poszczególnych badań z interpretacyjnie pokrewnymi im badaniami w innych dziedzinach empirycznych. Na koniec, istnieje wyraźny brak ścisłości w większości społecznej historii nauki; często uważa się pracę za zakończoną, gdy można dojść do wniosku, że "nauka nie jest autonomiczna" lub "nauka jest integralną częścią kultury", lub nawet, że istnieją interesujące analogie lub pokrewieństwa pomiędzy myślą naukową a strukturami społecznymi. Lecz nie są to wnioski; są to punkty wyjścia dla dalej idących analiz wiedzy naukowej jako produktu społecznego. Wszystko to można sprowadzić do stwierdzenia, że historia nauki jest dyscypliną głównie empiryczną i że są w niej pewne problemy towarzyszące orientacjom empirycznym. Badania empiryczne, wiążące szersze czynniki społeczne z wiedzą naukową, mogą być istotnym wkładem do rozwoju ogólnej socjologii wiedzy. Gdy patrzy się na nie zbiorowo, a czyni się to rzadko, to pokazują one interesujące i wartościowe podobieństwa swych, przeważnie ukrytych, socjologicznych założeń. A jeżeli założenia te mogą stać się bardziej widoczne niż zwykle, to będą widoczne dalsze podobieństwa prac już omawianych.

(a) Użycie zasobów kulturalnych. Jedno z najprostszych podejść do powiązań pomiędzy wiedzą naukową a szerszym społeczeństwem, znajduje się w badaniach, które ukazują naukowców przyswajających intelektualne środki związane z innymi formami kultury. Zanim przystąpimy do krótkiego omawiania pewnych prac utrzymanych w tym duchu, sformułujemy ostrzeżenie. Istnieją dwie główne techniki zajmowania się granicami pomiędzy "nauką" a "innymi formami kultury". Jedna, związana z pewnymi filozofami nauki i nielicznymi "internalistycznymi" historykami zawiera aprioryczny sąd, co uważa się za naukę, ą co nie. Sąd ten jest zwykle ukształtowany przez współczesne warunki naukowe i jest zawarty w ciągu ocen dotyczących tego, co powinno prawidłowo należeć do nauki, a co powinno być z niej wykluczone. Niezależnie od tego, jakie apologetyczne funkcje mógłby pełnić taki zabieg, jest to, ściśle mówiąc, historyczny nonsens. Drugie podejście zawiera próby upewnienia się, jak sami historyczni aktorzy określali, co należy do nauki (lub "filozofii naturalnej", czy też innego pojęcia lub wskazanej dziedziny), a co nie należy. To z pewnością jest historycznie znaczącym przedsięwzięciem, ponieważ historyczni aktorzy mogli różnie traktować składniki kultury, zależnie od tego, po której stronie granicy je umieszczali. Tak więc sprawa tak zwanych "wpływów zewnętrznych" na naukę jest ciekawa na tyle, na ile omawiana granica jest granicą uczonych, a nie granicą chcąc nie chcąc narzuconą na przeszłość.

Istnieje bogactwo różnorodnych badań historycznych, przekonująco pokazujących, że kulturowe związki nauki były w przeszłości poważnie odmienne od tego, czym są teraz. Na przykład, brzemienne w skutki prace uczonych, takich jak Alexandre Koyre, Frances Yates i Walter Pagel, razem z P.M. Rattansim, J.E. McGuire, E.M. Klaarenem i innymi, wykazały ścisłe więzi pomiędzy prądami religijnymi i ogólnie filozoficznymi a zmianami wewnątrz filozofii naturalnej. "Magiczne", "neoplatońskie", "hermetyczne" i teistyczne formy kultury, które teraz wprowadzone do kultury naukowej byłyby uznane za nieprawne, były ważnymi składnikami kultury naukowej w szesnastym i siedemnastym stuleciu. Chociaż prace tego typu są interesujące, nie są one bezpośrednio istotne dla centralnych zagadnień socjologii wiedzy. Jak daleko możemy pójść od rozpoznania zasadniczo odmiennych powiązań nauki w kierunku zrozumienia związków pomiędzy wiedzą naukową a aspektami struktury społecznej?

Przy tworzeniu wiedzy naukowej, każdy spostrzegany wzorzec lub zorganizowany system w przyrodzie, kulturze lub w społeczeństwie, może być zmuszony do służby. Wzorce te służą jako środki do zrozumienia badanych zjawisk przyrodniczych. Pewne z tych zastosowań są dobrze znane historykom nauki, a ich wykazanie nie było źródłem specjalnych sporów. Istnieje na przykład kilka analiz użycia przez Williama Harveya współczesnej mu techniki pomp mechanicznych dla zobrazowania pracy serca. I istnieje wyjątkowo dobrze opracowany przypadek naukowego użycia schematów technicznych w idealizacji Sadi Carnota maszyny cieplnej, przy konstruowaniu przez niego teorii termodynamicznej. Wśród historyków istnieje zgodność co do tego, że technika nie jest częścią właściwej nauki, dlatego są to przykłady naukowego użycia środków pozanaukowych.

Przypadki naukowego wykorzystania środków z kultury technicznej historycy traktują stosunkowo tak jak fakty. Ten sam punkt widzenia można strukturalnie zastosować w odniesieniu do środków pochodzących z myśli społecznej lub doświadczenia społecznego. Na przykład, Martin Rudwick napisał o użyciu przez geologa Pouletta Scrope'a pojęć z ekonomii politycznej dla zrozumienia czasu geologicznego, a także o użyciu przez Charlesa Lyella środków z historii człowieka, demografii i ekonomii politycznej. Jednak to podejście, tak do tych spraw jak do faktów jest zagrożone, gdy domniemane użycie środków społecznych dotyczy szczególnie szanowanej produkcji naukowej, zwłaszcza gdy zasoby społeczne są postrzegane jako podejrzane ideologicznie. W takich wypadkach widoczne są dwie historiograficzne tendencje: pierwsza to potraktowanie wykorzystania takich środków jako zdemaskowania lub oszczerstwa w stosunku do omawianej pracy; druga to interpretacja zagadnienia za pomocą jednostkowych motywacji uczonego lub stanu jego umysłu, w czasie używania tych środków. Nigdzie tendencje te nie są bardziej oczywiste, niż w analizach użycia przez Darwina schematów dostępnych dzięki społecznej myśli Malthusa. Dla wielu autorów "wpływ" Malthusa (lub Paleya) nie był czymś, co należało opisać i wyjaśnić, lecz tym, co trzeba było "usprawiedliwić", ponieważ z obecnej perspektywy byłoby to potraktowane jako nieusprawiedliwiony wtręt w odpowiednio obiektywną myśl naukową. Takie indywidualistyczne i istotnie oceniające podejście nie jest jedyną możliwością, a R.M. Young pokazał to w serii przykładowych artykułów. Udowodnił on, że idee powiązane z toczonymi na początku dziewiętnastego wieku debatami Malthusa na temat prawidłowego rozdziału bogactwa i siły w społeczeństwie, podjęli także autorzy zainteresowani naukowym zrozumieniem rozkładu i następstwa form organicznych. Zamiast określenia tego jako przypadku "wpływów pozanaukowych" na kulturę nauki, Young wskazuje na istnienie w tym układzie "wspólnego kontekstu", w którym wątki kulturowe zwyczajowo używane w argumentami moralnej i politycznej, były również powszechnie przytaczane po to, aby dźwigać problemy nauk przyrodniczych. Sami uczestnicy nie uważali takich zastosowań za nieuprawnione, chociaż dyskusje na temat ewolucji doprowadziły później do poważnych kontrowersji o to, co liczy się, a co się nie liczy jako prawidłowa rozprawa naukowa.

Prace te są wartościowe, lecz dla naszych celów nie są one niczym więcej, niż dodatkowym przypomnieniem, że wyobrażenia historycznych uczonych o tym, co uważa się za "wewnętrzne" względem kultury naukowej mogą zmieniać się od jednego układu do drugiego; nie ma powodów, aby spodziewać się, że obecne granice (i oceny, które mogą wyrażać) będą adekwatnie opisywać jakąkolwiek sytuację w przeszłości. Również wzorce wykorzystania zasobów w nauce, nie są koniecznie powiązane z motywacjami jednostek, zwłaszcza z przypuszczalnymi zamiarami politycznymi, nawet, gdy zasoby te pochodzą z myśli społecznej. Ani sposób pojmowania przez Scrope'a metafor bankowych, ani użycie przez Darwina koncepcji Malthusa, nie ujawniają niczego szczególnego o społecznych celach tych uczonych. Z drugiej strony dostępność i zrozumiałość danych składników kultury, zmienia się dla grup odmiennie usytuowanych w strukturze społecznej oraz w różnym czasie i miejscu. Możemy powtórzyć pogląd Charlesa Gillipsie, który zauważył, że użycie przez Darwina modeli indywidualistycznych i zapaśniczych czyni "nieprawdopodobnym, aby [0 pochodzeniu gatunków] mogło być napisane przez Francuza, Niemca lub Anglika należącego do jakiegoś innego pokolenia".

Prace Younga i Rudwicka pokazują więc, że przyrodnicy mogą przeredagowywać materiały dostarczane przez myśl społeczną; lecz badania ich nie ujawniają, że były inne powody, dla których Scrope, Lyell i Darwin użyli tych środków, prócz tego, że byli zaznajomieni z nimi i uważali je za wartościowe pomoce w pracy naukowej, Znaczy to, że nie było żadnego oczywistego celu w szerszym społeczeństwie i w odwoływaniu się do niego, który kształtował sposób użycia przez Darwina i Lyella środków pochodzących z myśli społecznej. Istnieje jednak wyjątkowo dobrze znane studium, które wiąże naukowe użycie takich materiałów z ważnym celem w szerszym społeczeństwie. Paul Forman napisał o okolicznościach, w jakich społeczności fizyków i matematyków w weimarskich Niemczech doszły do użycia akauzalnych sposobów wyjaśniania naukowego. Trudno jest podsumować argumentację tego szczegółowego i złożonego artykułu, lecz główny argument jest taki, że weimarscy fizycy i matematycy zastosowali w stosunku do determinizmu podejścia, które dominowały w szerszym społeczeństwie od czasu klęski Niemiec w I wojnie światowej. Stworzenie mechaniki kwantowej przez Heisenberga, Schrödingera i innych było częściowo konsekwencją dostosowania się społeczności naukowej do potężnych prądów w ogólnym środowisku społecznym i kulturowym. Po wojnie modne stało się przekonanie, że materializm naukowy i determinizm zostały rozgromione, a na przyrodników wywierano ogromny nacisk, aby wyrzekli się tych tendencji. Jednym z najważniejszych nośników tego ogólnego odrzucenia determinizmu był Upadek Zachodu filozofa społecznego Oswalda Spenglera, pracy, której historyczni aktorzy nie uważali za "naukową" (chociaż zawierała ona zarysy socjologii wiedzy przyrodniczej i matematycznej). Lecz, jak dowodzi Forman, to właśnie wprowadzenie do fizyki i matematyki stanowisk wobec przyczynowości wyrażonych w pismach Spenglera i rozpowszechnionych w szerszym społeczeństwie, stworzyło warunki dla przeprowadzenia rewolucji kwantowo-mechanicznej. Zastosowanie i wykazanie zastosowania tych podejść oznaczało włączenie nauki weimarskiej i jej twórców do rosnących sił społecznych środowiska, chroniąc ją w ten sposób przed wysoce prawdopodobnymi szkodliwymi atakami. Podobne procesy dostosowawcze i ich skutki dla teoretyzowania naukowego ujawniono w różnorodnych strukturach. Na przykład, Brown pokazał, że przychylna reakcja angielskiej społeczności medycznej na mechaniczne modele funkcjonowania ciała i choroby w końcu siedemnastego wieku, była ukształtowana przez zrozumienie wysokiej wartości przypisywanej w tym systemie newtonizmowi, częściowo wynikającej z zastosowania go jako filozofii społecznej, w dyskusjach politycznych lekarzy z innymi odłamami praktyków medycznych, na temat zawodowych praw i przywilejów. Tak się stało, że mechanicyzm został porzucony, gdy te szczególne polityczne rozważania zanikły.

(b) Społeczne użycie przyrody w szerszym społeczeństwie. Prace omawiane w poprzednim paragrafie dotyczą zastosowania w naukach przyrodniczych modeli, teorii i podejść obecnych w myśleniu społecznym i politycznym. Zwróćmy się teraz w stronę prac historycznych, które traktują o zastosowaniu w społeczeństwie koncepcji przyrody.

Gdy od profesjonalnej, wysoce zróżnicowanej nauki dzisiejszej idziemy w kierunku wiedzy przyrodniczej siedemnastego stulecia, to zdążamy od świeckiego porządku natury do porządku, który był naładowany znaczeniem moralnym, społecznym i politycznym. Przyroda miała, można powiedzieć, istotny wymiar normatywny. Uważano ogólnie, że normatywny charakter przyrody pochodzi zadziałania Boskości, która stworzyła zarówno porządek przyrodniczy, jak i społeczny. Bóstwo to mogło używać normalnego i niezwykłego działania przyrody, aby sygnalizować ludzkości swoją ogólną wolę, zadowolenie lub niezadowolenie z poszczególnych wydarzeń. Rozwiązłość, królobójstwo lub nieposłuszeństwo mogły być karane plagami; dobra pogoda mogła błogosławić posłuszeństwo. Porządek natury był więc magazynem znaczeń moralnych, które mogły być wydobywane w razić potrzeby, dla skomentowania poszczególnych wydarzeń politycznych lub właściwego porządku społecznego. W siedemnastym i osiemnastym stuleciu zastosowania takie były rozpowszechnione, a naukowej kultury tych okresów nie można zrozumieć bez rozpatrzenia instytucjonalnych zastosowań moralnych i społecznych, do których używano wyobrażeń porządku przyrody. Mówienie o takich praktykach przy użyciu nowoczesnego słownika jako o "społecznym użyciu nauki" prowadzi do ryzyka nieporozumienia. Siedemnasto- i osiemnastowieczne moralne zastosowania przyrody nie były "scjentystyczną" ekstrapolacją ezoterycznych odkryć nauk przyrodniczych na problemy społeczne; moralne i społeczne zastosowania przyrody były istotnymi rozważaniami w dokonywanych przez historycznych myślicieli ocenach teorii, modeli, metafizyk i stwierdzeń faktów.

Krytyczny przegląd pewnych najbardziej znaczących ostatnich prac naukowych, dotyczących społecznego użycia filozofii przyrody w siedemnastym i osiemnastym wieku, jest dostępny gdzie indziej, a jego rezultaty muszą być tutaj tylko krótko podsumowane. Na przykład, J.R. Jacoba badania filozofii przyrody Roberta Boyle'a naświetlają warunki religijne i polityczne, w jakich była tworzona i oceniana angielska filozofia korpuskularna. Jacob stwierdza, że uczeni w Anglii drugiej połowy siedemnastego wieku uważali teorię materii za wysoce odpowiednią dla spraw społecznych i moralnych. Tak więc prawidłowe fizyczne wyjaśnienie zachowania się cieczy w klasycznym eksperymencie Torricellego i w eksperymentach z pompami powietrznymi w Oksfordzie i w Greshman College było traktowane przez uczonych jako sprawa nadawania moralnego znaczenia. Boyle zawzięcie argumentował na korzyść wyjaśniania za pomocą "prężności powietrza" lub, jak powiedzielibyśmy teraz, różniczkowego ciśnienia kolumn powietrza. Czyniąc tak, określał jako błędne alternatywne wyjaśnienia za pomocą "przyrody nienawidzącej próżni" i, co ciekawe, jako moralnie zgubne i wywrotowe dla prawdziwej religii chrześcijańskiej. Jakie możliwe znaczenie dla spraw moralnych ma fizyka cieczy w częściowo opróżnionej rurze szklanej?

Odpowiedź wynika z rozpowszechnionego w siedemnastym stuleciu użycia przedstawień przyrody do komentowania porządku społecznego i moralnego. Zastosowania te stały się szczególnie intensywne i problematyczne w latach czterdziestych i pięćdziesiątych siedemnastego wieku, gdy rozpad tradycyjnej królewskiej i kościelnej władzy w Anglii rozpętał zacięty spór na temat istoty moralnego i politycznego autorytety w państwie. Szczególnie interesujące było rozmnożenie się sekt, z których wiele odrzucało koncepcje pośrednictwa duchownych pomiędzy Bogiem a jednostką i nienawidziło hierarchiczny porządek społeczny. Na przykład Kopacz Gerrard Winstanley rozwinął energiczny i spójny program polityczny, który zagrażał zniszczeniem panującego kościoła, uniwersytetów, korporacji prawników i lekarzy oraz prywatnej własności. Jego argumenty były oparte na wizji boskiego stosunku do wszechświata, w którym boskość była obecna w materialnej przyrodzie tak, jak jest obecna w każdym wierzącym. Boska moc była zatem dostępna dla wszystkich; objawienie było zdemokratyzowane, a hierarchiczny porządek, który czynił przyrodę zależną od zewnętrznej duchowej Boskości, wierzącego zależnym od zewnętrznego duchowego pośrednictwa, a społeczeństwo obywatelskie zależnym od nadzoru wybranego przez Boga monarchy, runął i został odrzucony. W grupach społecznych, do których Boyle mówił, trzeba było przeciwstawić się zagrożeniu przez radykalne sekty, a jednym ze sposobów stawiania oporu było stworzenie i szerzenie filozofii przyrody i Boga, która twierdziła, że byty materialne są "ślepi i głupie", że Bóg nie jest zawarty w przyrodzie i dlatego przyrodą, podobnie jak parafia i społeczeństwo obywatelskie w całości, wymaga dla swego działania nadzoru zewnętrznych pośredników porządkujących i pobudzających. Pogląd, że "przyroda nienawidzi próżni", był moralnie zgubny, ponieważ prowadził do hylozoizmu, w którym aktywność była istotą materii. Był on wywrotowy dla instytucjonalnej religii, ponieważ zagrażał koncepcji nieśmiertelnej duszy: jeżeli nie byłoby nieśmiertelnej duszy, która żyje poza ciałem, to nie byłoby ostatecznych kar za ludzkie zachowanie. A gdyby oprócz ludzkiej cielesnej natury nie było duszy obdarzonej wolą, to można byłoby popierać determinizm, to ostateczne uwolnienie człowieka od odpowiedzialności przed zewnętrznym autorytetem moralnym.

Najważniejszym zadaniem pisarzy politycznych i religijnych w czasie bezkrólewia było odtworzenie trwałych podstaw obowiązków względem państwa. Po Restauracji praca nad zabezpieczeniem i ochroną tych podstaw była kontynuowana. Filozofię przyrody Boyle'a i początków Royal Society tworzono z uwzględnieniem tych zastosowań społecznych i moralnych; była ona częściowo oceniana na podstawie tego, jak dobrze można jej użyć w tych sytuacjach. Umiarkowany i racjonalny porządek duchowy i ograniczony monarchiczny porządek Restauracjii znowu szybko znalazły się w stanie zagrożenia. W czasie Exclusion Crisis, Glorious Revolution i później w związku z silną niepewnością protestanckiej sukcesji, podstawy moralnego i politycznego autorytetu w państwie znowu kwestionowano w okresie od lat osiemdziesiątych siedemnastego wieku do lat dziesiątych osiemnastego wieku. A w dyskusjach politycznych i teologicznych, pobudzanych przez ten długotrwały kryzys autorytetów, społeczne zastosowanie porzadku naturalnego było powszechne i ważne. Margaret Jacob badała moralne i społeczne wykorzystanie filozofii przyrody Newtona, rozpowszechnianej od lat 1690 przez wykłady im. Boyle'a. I znowu odkryła, że upieranie się przy bezwładnym charakterze materii i jej zależności od zewnętrznych przyczyn sprawczych, pełniło ważne funkcje apologetyczne. W szczególności takie wyobrażenia naturalnego porządku służyły zabezpieczeniu moralnego autorytetu kościoła, który był coraz bardziej atakowany przez libertynów, zwolenników Hobbesa i wolnomyślicielskie kręgi deistów w końcu siedemnastego i na początku osiemnastego wieku. Simon Schaffer, w bardziej wyrafinowanym opisie, ujawnił poszczególne frakcje polityczne i kościelne, którym posłuszni byli liczni newtoniści i pokazał społeczne i moralne zastosowania, które kształtowały wytwarzanie i ocenę szczegółowych aspektów współczesnej chemii, fizyki i astronomii. Jako dworscy wigowie i członkowie Low Church (Low Church Court Whigs) , zwolennicy Newtona starali się jednocześnie sławić prerogatywy potęgi monarchy i pokazywać jej właściwe naturalne ograniczenia. Robili to częściowo pokazując porządek naturalny, którego zjawiska ukazywały wyraźne oznaki najwyższej i nieograniczonej woli Bożej, jednocześnie dając świadectwo doskonałej mądrości Boga w komponowaniu praw przyrody, zgodnie z którymi działa kosmos. Newtoniści, zależnie od tego, do jakiego spostrzeganego źródła zagrożeń się odnosili, mieli wybór w podkreślaniu Bożej woli lub mądrości w stosunku do świata natury i "polityki światowej". Newtonowscy autorzy, tak jak Samuel Ciarke w szerokich dyskusjach z Leibnizem, kładli wyjątkowo silny nacisk na suwerenną moc woli Bożej w przyrodzie, wyraźnie łącząc to z Bożą Opatrznością w społeczeństwie i nadrzędnością woli monarchy. W tym kontekście zastosowań, ich wybór woluntarystycznej filozofii przyrody wynikał z odczucia, że filozofie intelektualistów wiązały Leibniza, jako filozofa przyszłego królewskiego dworu w Hanowerze, z deistycznymi frakcjami w Anglii, które zawzięcie występowały zarówno przeciw mocy króla i dworu, jak i prawom kościoła państwowego. W innym miejscu Schaffer twierdził, że dramatyczny charakter filozofii przyrody tego okresu był jednym z kluczy do jej moralnych zastosowań. Na przykład, publiczne demonstracje gwałtownych zjawisk elektrycznych wytwarzanych przez butelkę lejdejską, służyły pokazaniu każdemu mocy utajonej w przyrodzie i dostępnej dla Boga. Większość wartościowej pracy Schaffera o siedemnasto- i osiemnastowiecznej filozofii przyrody, dotyczy zagadnienia dostępu: jak moc Boża może stać się widoczna dla każdego? Dopóki Boża opatrzność i potęga nie mogły być widoczne dla wszystkich, to powszechnie odczuwano, że podstawy porządku moralnego są niepewne. Tak więc częścią "zawodowej charakterystyki" filozofów przyrody osiemnastego wieku było czynienie Bożej mocy widoczną.

W układzie, w którym przedstawienia przyrody są używane i oceniane jako narzędzia zaspokajania szerszych interesów społecznych, jest prawdopodobne ustalenie się siatki obliczeń: staną się znane przypadkowe skojarzenia pomiędzy poszczególnymi obrazami przyrody, a szczególnymi konstelacjami interesów społecznych i będą one podstawą obliczeń i ocen dla innych grup interesów. W celu przeciwstawienia się społecznym interesom jakiejś grupy, może być celowym dyskredytowanie i zwalczanie obrazu przyrody, którego grupa ta używa w swej strategii społecznej. Taka złożona sieć obliczeń, zawierających szersze interesy społeczne i wykorzystanie filozofii przyrody, jest jasno widoczna w osiemnastowiecznej Anglii. Poczucie, że newtonowska filozofia przyrody jest apologetycznym narzędziem pojedynczej partii w jej sprawach kościelnych i świeckich, stało się podstawą serii ataków na adekwatność tej filozofii, pochodzących od grup, których interesy społeczne były sprzeczne z interesami newtonistów będących dworskimi wigami i należącymi do Low Church. I tak, Christopher Wilde opisał filozofię przyrody Hutchinsona, do której przyłączyło się wielu duchownych z High Church, jako do narzędzia zwalczania autorytetu i wyznaniowej dominacji newtonistów. Margaret Jacob zbadała antynewtonizm "Commonwealthmen", do których przemawiał John Toland; a John McEvoy studiował antynewtonowskie racjonalne poglądy wyrażane przez unitariańskiego filozofa przyrody Josepha Priestleya. Wszystkie te grupy reprezentowały interesy społeczne, które były w konflikcie z dominującym newtonizmem i wszystkie one tworzyła filozofie przyrody, które starały się osłabiać kluczowe aspekty newtonowskiego obrazu świata. Dzięki tym procesom przeciwstawiania się, porządki naturalne skonstruowane przez zwolenników Hutchinsona, przez radykalnych Commonwealthmen i przez "racjonalnych dysydentów" wspólnie kładły nacisk na samowystarczalność przyrody, lecz działo się to za przyczyną różnych interesów. Zwolennicy Hutchinsona orędowali za wszechświatem mechanicznym i samowystarczalnym, ponieważ poniżej godności Boga High Church było wtrącanie się w to, co materialne i ziemskie; Commonwealthmen odrzucali woluntaryzm z politycznych powodów starych wigów (taki Bóg sankcjonował frakcję dworską), a Priestley czynił tak w przeświadczeniu, że ten Bóg był używany dla stłumienia herezji racjonalistów. Tak więc, wspólne przedstawienia kosmologiczne nie wynikały ze wspólnego "społecznego tła", ani nawet ze wspólnych interesów społecznych, lecz z powodu atakowania stanowisk związanych ze wspólnym przeciwnikiem.

Znaczenie społecznego użycia natury staje się jeszcze. bardziej widoczne, gdy chodzi o naturę ludzką. Jak elastyczna lub sztywna jest konstrukcja człowieka? Czy istnieje część natury ludzkiej (jak duża?), z którą nie można nic zrobić i czy istnieje taka część, którą kontrolujemy za pomocą woli, lub która jest przedmiotem zmian powodowanych przez siły środowiska? Dyskusje te mają, oczywiście, długą historię i nie muszą one przybierać specyficznie "biologicznej" formy. Tak więc ogólny kształt dalszego konfliktu na temat moralnego znaczenia ludzkiej konieczności i wolności jest zawarty w głośnych dyskusjach siedemnastowiecznych Hobbesa z Bramhallem i w sprzeczkach Priestleya ze szkockimi filozofami zdrowego rozsądku (Common Sense); żaden z tych przypadków nie zawierał niczego w rodzaju "genetycznej" teorii ograniczeń człowieka. Jednak na początku dziewiętnastego wieku pojawiła się w postaci frenologii teoria biologiczna, która zdawała się narzucać granice na sferę ludzkiej odpowiedzialności. Początkowo rozwijana w Wiedniu i w napoleońskim Paryżu, jako reakcja na optymizm Oświecenia frenologia została przekształcona w Anglii i w Stanach Zjednoczonych w wyjątkowo ważny ruch naturalistyczny - w "zwiastuna", jeżeli ktoś chce użyć tego pojęcia, późnowiktoriańskiego naturalizmu naukowego. Kariera frenologii w Edynburgu była przedmiotem bardzo wyraźnie socjologicznych badań. W tych analizach frenologia ukazuje się jako strategia niezadowolonych grup kupieckich w społeczności Edynburga pierwszej połowy dziewiętnastego wieku. Część tej strategii polegała na przeciwstawianiu się akademickim elitom intelektualnym, które, ich zdaniem, zmonopolizowały dostęp do uniwersytetów i mistyfikowały właściwą filozofię umysłu poprzez swoją "metodę" introspekcji. Do środowiskowej, akademickiej filozofii Oświecenia, frenologowie z Edynburga dodali symbolicznie "dziedziczność" frenologicznego systemu natury ludzkiej. Lecz niezmienione założenie, że charakter ludzki jest ustanowiony przez przyrodę, z trudnością mogło pomóc szerszym interesom grupy, która czuła się bardzo wykorzystana przez aktualny rozdział praw i środków w społeczeństwie brytyjskim. Dlatego frenologia w Anglii miała inne oblicze. Frenolodzy twierdzili, że solidny, oparty na obserwacji (i dlatego "naukowy') system diagnostyki charakterów jest wstępnym warunkiem przesuwania ludzkiej natury w pożądanym kierunku, ponieważ rozmiary trzydziestu pięciu organów mózgu, każdy podporządkowany określonej zdolności umysłowej, wskazywały te cechy, które jednostka mogła rozwijać, przy jednakowych pozostałych warunkach. Można było pewne sprawy czynić "niejednakowymi" poprzez cały szereg interwencyjnych technik środowiskowych: wykształcenie, opiekę lekarską, nawet poprzez rodzenie, co było później nazwane małżeństwami "eugenicznymi'. Frenologia brytyjska (i amerykańska) rozwinęła się więc w jeden z najważniejszych naturalistycznych środków, używanych przez społecznych reformatorów burżuazyjnych. Zobaczymy później, jak wybór za lub przeciw takim zmianom w szerszym społeczeństwie kształtował w szczegółach oceny faktów anatomicznych w kontekście anatomicznych badań mózgu.

Nie tylko frenologia pokazywała interesujący plastyczny i dynamiczny obraz ludzkiej dziedziczności w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku. Teorie ludzkiej dziedziczności, podzielane przez praktyków medycznych i laików, twierdziły, że dziedziczenie to proces, rozciągający się od chwili zapłodnienia, przez ciążę, a nawet dzieciństwo. Wierzono także, że to, co dziedziczne nie jest cechą, lecz tendencją, na przykład tendencją do rozwoju pewnych chronicznych chorób. W rezultacie powstała teoria choroby jako oddziaływania, w której praktycy mogli wskazać na przyrodę jako przyczynę niepowodzenia pewnych z ich interwencji i która rozszerzała zasięg ich wpływów na jednostkowe wzorce zachowania. Ponieważ w tej koncepcji "pożądane charakterystyki" mogą być dziedziczone, to co ktoś zrobił ze swoim życiem miało związek z konstytucją przyszłych pokoleń i dlatego było uzasadnionym obszarem zainteresowań społeczeństwa i jego medycznych ekspertów. Na przykład, ta dynamiczna teoria dziedziczenia występowała w argumentacji za i przeciw emancypacji kobiet. Ponadto, tak jak system frenologii, ten dynamiczny obraz dziedziczenia dostarczał naturalistycznych podstaw dla optymistycznych reform społecznych: naturę ludzką można zmienić na lepsze w ramach naturalnych granic. Jednak pod koniec stulecia, jak pokazał Rosenberg, zarówno lekarze, jak i burżuazyjni myśliciele społeczni, zaczęli preferować wiele twardszy i sztywniejszy obraz ludzkiego dziedziczenia: przyroda stała się bardziej zawzięta, gdy postawa reform społecznych zaczęła być strategią mniej atrakcyjną w obliczu klas pracujących. Doktryna twardej dziedziczności objawiała się pod maską eugeniki.

Jak pokazuje MacKenzie, na eugenikę należy patrzeć jako na strategię brytyjskich średnich klas pracowniczych. Zakładając, że z pewnymi rozbieżnościami porządek społeczny jest porządkiem naturalnym opartym na zdolnościach jednostek, eugenicy, tacy jak Francis Galton, znaleźli naturalistyczne uzasadnienie dla społecznych twierdzeń "pracowników umysłowych" o ich wyższości nad dziedziczną arystokracją, bogaczami i pracownikami fizycznymi. Lecz może najważniejsze było to, że eugenika w naturalny sposób pasowała do ogólnej strategii naturalizmu naukowego, dostarczając teorii społeczeństwa, jak i programu działań praktycznych, który maksymalnie korzystał z umiejętności i kompetencji świeckich intelektualistów, takich jak lekarze naukowcy i zawody pokrewne. Poglądy i programy eugeniczne, podobnie jak inne koncepcje natury ludzkiej, które krótko omawialiśmy, najlepiej jest postrzegać jako strategię określonych grup społecznych, używających koncepcji natury ludzkiej jako środka perswazji. Użyteczność tego sposobu analizy dla zrozumienia współczesnych dyskusji na temat różnic rasowych w IQ, była pokazana w kilku spostrzegawczych artykułach Harwooda. Także Provine poczynił podobne uwagi przy badaniu dokonywanych przez genetyków zmiennych ocen skutków krzyżowania ras. Zarówno w przypadku natury człowieka, jak i przykładów z filozofii przyrody siedemnastego i osiemnastego wieku, wykorzystanie przedstawień przyrody w szerszym kontekście społecznym stanowiło podstawę ocen naukowych.

V. Pełne koło: Przypadkowość a szersze interesy społeczne

Z czysto konwencjonalnych powodów, artykuł ten rozpatrywał dotychczas rolę różnorodnych interesów społecznych tak, jakby były odrębne i objawiały się w oddzielnych częściach wiedzy. Nadszedł czas, aby poprawić to wrażenie i postarać się zebrać razem pewną ilość podejść historiograficznych, które są często uważane za niemożliwe do pogodzenia. Jednym z tradycyjnych źródeł trudności w stosowaniu socjologicznego podejścia do wiedzy naukowej jest pogląd, że potęga i prawdziwość przypisywane nauce, są zagwarantowane przez jej niezależność od "wpływów społecznych". W tym podejściu rozważania socjologiczne mogą jedynie działać niszcząco na prawidłową naukę; uczeni przekonani o wartości nauki i zainteresowani jej obroną przed atakiem, muszą zatem bardzo uważać, aby w działalności naukowej nie ujawnić obecności interesów społecznych. Autorzy naukowi tej tradycji mają skłonność do czytania socjologicznych wyjaśnień wiedzy naukowej jako kalumnii, niezależnie od tego, jak bardzo autorzy socjologiczni starają się stwierdzać co innego. Do dzisiaj tę szczególną bitwę toczono tak wiele razy, że nie ma sensu robić nic więcej, niż wielokrotnie powtarzać: opisy socjologiczne nie mają żadnego związku z ocenami, które ktoś może chcieć przypisać nauce; w rzeczywistości głównym powodem tego, że opisy takie są określane jako "naturalistyczne" jest po prostu to, że nie są one zainteresowane ocenami.

Powiązane z tym źródło kłopotów zdaje się pochodzić z pewnych nurtów myślenia socjologicznego, mianowicie z tendencji do traktowania dziedzin wiedzy jako wyrazów pojedynczych typów interesów społecznych. Na przykład, wiedza używana dla uprawomocnienia struktur szerszego społeczeństwa jest uważana za odrębną od wiedzy używanej do "przewidywania i kontrolowania" zjawisk. Ponieważ interesy te są uważane za niemożliwe do połączenia, dlatego tak samo rozłączne muszą być rodzaje kultury, które wytwarzają. W historii nauki wrażenie to może być wzmocnione przez czysto konwencjonalny fakt, że empiryczne studia poszczególnych fragmentów nauki należą zwykle do rozłącznych rodzajów: istnieją studia, które newtonowską filozofię przyrody uważają za ukształtowaną przez interesy techniki w przewidywaniu i kontroli i które sytuują ją w tradycji kulturowej, a są studia, które tę samą część wiedzy oceniają jako usprawiedliwienie środków używanych w szerszym społeczeństwie. Historyk może się czuć tak, jakby wyraźnie pytano go o wybór pomiędzy niezgodnymi podejściami. "Wybór" nie jest oczywiście konieczny i istnieje już kilka prac empirycznych, które wyraźnie to stwierdzają.

Wyjątkowo treściwym przykładem tego są badania Lawrence'a koncepcji ludzkiego układu nerwowego w osiemnastowiecznej Szkocji. Głównym empirycznym zadaniem tego artykułu jest wykazanie, że teorie nerwowej "wrażliwości" i "sympatii" były w tym układzie oceniane zgodnie z ich wykorzystaniem dla uzasadnienia kulturowego i społecznego przywództwa inteligencji z nizin i jej sojuszników. Lecz Lawrence posuwa się do twierdzenia, że koncepcje te funkcjonowały zarówno w kontekstach "naukowych" i apologetycznych; były one, jak powiada "wielofunkcyjne" i chociaż sam nie pokazuje ich szczegółowego zastosowania w sytuacjach medycznych i fizjologicznych, wskazuje historyczne prace, które opisują te role. Podobnie opis Wynne'a eterycznych i energetycznych koncepcji materii w późnowiktoriańskim Cambridge, dowodzi znaczenia ich wykorzystania jako strategii antynaturalistycznej i antyprofesjonalnej, silnie związanej z badaniami psychiki, bez dowodzenia w żaden sposób, że idee te nie wpłynęły na wiele technicznych prac dotyczących promieniowania. Lecz aby uwagę o multifunkcjonalności uczynić całkowicie przekonującą i aby poszerzyć nasze zrozumienie interesów i wiedzy naukowej w ogólności, najlepiej będzie powrócić do badań empirycznych, które same dowodzą roli rozmaitości interesów w rozwoju wiedzy.

Powróćmy do grona subkultur, które otaczały badania mechanizmów ewolucyjnych(biometria i mendlizm), biologiczne zrozumienie i manipulowanie strukturą społeczną (eugenika) i myśl techniczną konieczną dla teorii eugeniki i dla programów praktycznych. Rozważając krótko pewną empiryczną literaturę dotyczącą biometrii i mendlizmu, wskazałem na możliwą wyjaśniającą rolę rozkładu naukowych kompetencji i umiejętności (patrz paragraf II). Jednak pewni autorzy piszący o tych zdarzeniach wyraźnie stwierdzali, że takie rozważania są niewystarczające dla wyjaśnienia kontrowersji: Pearson wyraźnie miał możliwości rozwijania teorii Mendla, gdyby dokonał takiego wyboru; powiązanie Batesona z mendlizmem nie może być zadowalająco wyjaśnione przez jego szczególne umiejętności eksperymentalne, a propozycje pogodzenia tych dwóch punktów widzenia były systematycznie odrzucane lub ignorowane przez dłuższy czas. MacKenzie i Barnes zwrócili się wobec tego w stronę czynników działających w ogólnym środowisku społecznym i politycznym Anglii końca dziewiętnastego i początku dwudziestego wieku, to znaczy do czynników ogólnie określanych jako "zewnętrzne" wobec przyrodniczej kultury naukowej tego systemu. Gdy postępuje się w tradycyjny historyczny sposób i koncentruje się uwagę na kluczowych pojedynczych osobach, to można odkryć interesujące różnice w ich poglądach społecznych i politycznych. Karl Pearson, wielki brytyjski biometra, pochodził z dysydenckiego tła warstwy średniej i wyrażał antyklerykalne i anty-laissez-faire imperialistyczne poglądy społeczne, bliskie poglądom wielu zwolenników Fabiana. Jego wierze w biologiczną stopniowalność towarzyszyło silnie przywiązanie do postępowych i stopniowych zmian społecznych; wierzył on nawet w stosowalność do problemów społecznych wyników badań przyrodniczych. Dowody postępowej ciągłości w przyrodzie gwarantowały słuszność zaangażowania w postępowe i stałe zmiany społeczne. Przekonanie o ciągłości przebiegało więc przez ewolucyjne poglądy Pearsona i przez jego wysoce rozwiniętą filozofię społeczną. W przeciwieństwie do tego, jego przeciwnik William Bateson był związany z tradycyjnymi elitami akademickimi i głęboko nieufny wobec skutków uprzemysłowienia i ideologii utylitaryzmu oraz ewolucyjnego postępu społecznego. Jak pokazał Coleman, Bateson był, w rozumieniu Mannheima, myślicielem istotnie konserwatywnym. Uważał, że nauka, jak i społeczeństwo, powinny "strzec wyjątków"; ponieważ tak jak ewolucja, zgodnie z poglądami Batesona, zależy od wyjątkowej nieciągłości, tak samo postęp społeczny zależy od niekontrolowanego pojawienia się rzadkich jednostkowych geniuszy.

Preferencja w wyborze pomiędzy wyjaśnieniem biometrycznym lub mendlowskim wynika więc z różnych społecznych punktów widzenia; wybory pomiędzy teoriami głoszącymi ciągłość i teoriami nieciągłości w naukach przyrodniczych były częściowo kształtowane przez sprzeczne interesy w szerszym społeczeństwie. Różnice te ujawniały się także w podejściu do potencjalnego przebiegu praktycznych działań społecznych, zwłaszcza w stosunku do eugeniki. Pearson, podobnie jak wielu biometryków, był zwolennikiem eugeniki, podczas gdy Bateson, tak jak inni przeciwnicy biometrii był głęboko nieufny wobec eugeniki. Jest to powiązanie, które staje się bardziej zrozumiałe, gdy uświadomić sobie, jak bardzo biometria była rozwijana po to, aby radzić sobie z problemami stawianymi przez eugeniczny obraz społeczeństwa i przez praktyczne eugeniczne programy działania. Tak dalece, jak eugenika była strategią określonej grupy interesów w społeczeństwie brytyjskim, polemika biometryczno-mendlowska była podtrzymywana przez sprzeczne interesy w rozdziale nagród, praw i przywilejów w szerszym społeczeństwie. Oczywiście uświadomienie sobie tych cech polemiki uzupełnia, a nie zmniejsza, znaczenie zawodowych kompetencji i umiejętności. Aby zadowalająco wyjaśnić ten szczególny przypadek, trzeba uwzględnić szereg interesów społecznych, włączając w to interesy zwykle uważane za "wewnętrzne" i "zewnętrzne" dla kultury naukowej.

Ta metodologiczna uwaga staje się szczególnie ważna, gdy rozważa się pewne z narzędzi matematycznych rozwijanych w tej wiązce subkultur. Na przykład, Ruth Cowan pokazała przed laty, że statystyczna teoria Francisa Galtona była kształtowana przez jego wiarę w eugenikę. Przyjęła ona pogląd, że znaczenie eugeniki polegało na tym, że dostarczała ona motywacji, które skierowały Galtona w stronę określonych zagadnień statystycznych, których treść nie zależała przypuszczalnie od eugenicznych celów Galtona. Jednak ostatnio MacKenzie podkreślał, że "potrzeby eugeniki w znacznym stopniu zdeterminowały treść statystycznej teorii Galtona" i szczegółowo dowodził tego opisując różnice pomiędzy pracami Galtona a pracami z teorii błędów, oraz analizując prace Galtona na temat regresji, korelacji i dwuzmiennowego rozkładu normalnego. Jednak, przy naszym obecnym zainteresowaniu zakresem interesów społecznych uwikłanych w podtrzymywanie wiedzy naukowej, lepszego materiału ilustracyjnego dostarcza studium MacKenziego dyskusji na temat statystyki pomiędzy Pearsonem a G.U. Yule'm. Był to wysoce ezoteryczny spór pomiędzy statystykami brytyjskimi z początków dwudziestego wieku, dotyczący prawidłowego sposobu mierzenia asocjacji danych ułożonych w tablice przypadkowe. Dyskusja ta pokrywała się z najbardziej ożywioną fazą konfliktu biometryczno-mendlowskiego i niektórzy z głównych jej uczestników byli ci sami. Do roku 1900 zapanowała zgoda, jak mierzyć korelacje zmiennych interwałowych o rozkładzie normalnym, lecz nie było pewne, jak najlepiej obchodzić się ze zmiennymi nominalnymi, tzn. takimi, dla których nie ma jednostki pomiarowej, takimi jak "żywy" lub "martwy", "szczepiony" lub "nieszczepiony'. Od 1900 roku podejście Pearsona polegało na traktowaniu zmiennych nominalnych w tablicach przypadkowych tak, jakby były one wytworzone przez leżący u ich podłoża dwuzmiennowy rozkład normalny.

Pearson był świadomy, że jest to często założenie niesprawdzalne, lecz mimo to uważał tę miarę korelacji za prawidłową; możliwe były inne miary, lecz były one traktowane jako aproksymacje korelacji tetrachorycznej. Yule przeciwnie, nie czynił założenia o stanowiącym podstawę rozkładzie normalnym i do roku 1905 otwarcie atakował prace Pearsona, zwłaszcza założenia leżące u podstaw korelacji tetrachorycznej. Dyskusja ciągnęła się dziesięć lat, wciągając znaczną część małej brytyjskiej społeczności statystyków.

MacKenzie podkreśla, że Pearson (i jego zwolennicy) oraz Yule (i jego zwolennicy) mieli odmienne cele teorii statystycznej: pierwszy chciał zmaksymalizować analogię pomiędzy sposobem potraktowania zmiennych interwałowych i nominalnych, podczas gdy drugi chciał dane nominalne traktować sui generis. Te różniące się cele MacKenzie określa jako rozbieżne "interesy poznawcze". Oba stanowiska były niewspółmierne z powodu różniących się celów Pearsona i Yule'a w teorii statystycznej. Lecz MacKenzie idzie dalej i stara się wyjaśnić, dlaczego różne cele poznawcze były tak rozłożone. Analiza MacKenziego jest zbyt subtelna, aby ją streszczać, jednak wiąże on sprzeczne poglądy obu stron z ich różnymi stanowiskami w sprawie eugeniki. MacKenzie pokazuje, że Pearson rozwijał teorię statystyczną na swój sposób z powodu wymagań programu eugenicznego, w który był zaangażowany. Z drugiej strony Yule nie miał związku z eugeniką i odmiennie rozwijał swoją statystykę w tej dziedzinie. A, jak pokazał już MacKenzie, zaangażowanie w eugenikę samo powinno być odnoszone do szerszych interesów społecznych, takich jak te, które wpływały na pracującą klasę średnią z jednej strony, a na tradycyjne grupy elitarne z drugiej.

Tak więc ezoteryczne prace ze statystyki matematycznej zostały wyjaśnione przez odwołanie się do różnych celów wewnątrz społeczności statystyków, a także do różnych celów w szerszym społeczeństwie. Prace historyczne tego typu ilustrują więc tutaj dwa istotne punkty: po pierwsze, pokazują one ponad wszelką wątpliwość, że przy wyjaśnieniu nawet najbardziej technicznych i ezoterycznych działań naukowych może być konieczne odwołanie się do szerszych interesów społecznych. Pod tym względem długo wydawało się, że historia matematyki jest dla socjologii wiedzy wyjątkowo trudnym orzechem do zgryzienia, lecz rozgryzione orzechy zaczęły się ostatnio pokazywać. Po drugie, praca MacKenziego i inne prace, które krótko omówimy, niszczy skłonność do myślenia o szerszych interesach społecznych jako wpływających na "zewnętrzną część" wiedzy naukowej (modele, metafizyka i metafory), podczas gdy ezoteryczne jądro jest wytwarzane jedynie poprzez bezinteresowną kontemplację rzeczywistości. Żaden taki "dwukondygnacyjny" model socjologii wiedzy nie znajduje tutaj poparcia. A na koniec, praca ta wzmacnia wniosek wynikający z badań omawianych powyżej: instytucjonalne całości wiedzy naukowej mogą być podtrzymywane przez różnorodność interesów społecznych, a te mogą iść w poprzek używanych przez historyków konwencjonalnych kategorii "wewnętrznych" i "zewnętrznych".

Łącząc interesy szerszego społeczeństwa z ocenami odpowiedniości i słuszności ezoterycznych sformułowań matematycznych, staliśmy się bliscy zakończenia cyklu metodologicznego. Zaczęliśmy od rozważania studiów historycznych, które pokazywały przypadkowość ocen naukowych dotyczących odkryć eksperymentalnych i faktów, a obecnie osiągnęliśmy punkt, w którym zaczynamy dostrzegać, że oceny takie mogą być kształtowane przez szersze interesy społeczne. Rozszerzymy i udoskonalimy ten punkt analizując krótko dwa końcowe studia historyczne: jedno dotyczące pojęcia "kompetentnego eksperymentu", a drugie - sprawozdań obserwacyjnych. Farley i Geison badali dziewiętnastowieczne dyskusje Francuzów na temat spontanicznego powstawania życia. W końcu lat 1850. przyrodnik z Rouen, Felix Pouchet oświadczył, że jest przekonany o realności spontanicznego powstawania życia i opublikował to, co uważał za eksperymentalny dowód występowania tego zjawiska: mikroorganizmy pojawiły się w naparze siana i rtęci, po tym, jak wystawiono go na działanie sztucznie wytworzonego powietrza lub tlenu. Eksperymenty te wywołały natychmiastowy krytyczny komentarz Ludwika Pasteura: sugerował on Pouchetowi, że jego eksperymenty były niewłaściwie wykonane; prawie na pewno do kolb dostało się zanieczyszczone powietrze i ten błąd w procedurze, a nie spontaniczne generowanie życia, był odpowiedzialny za pojawienie się życia w kolbach. Natychmiast po tym Pasteur wykonał własną serię eksperymentów. Wziął zbiór kolb na lodowiec w Alpach Francuskich, wystawił je na działanie rozrzedzonego (i przypuszczalnie nieskażonego) powietrza i pokazał, że tylko w jednej rozwinęły się oznaki życia. Tę jedną Pasteur uznał za wynik anomalny, a całą serię za stanowczy dowód tego, że kompetentnie przeprowadzone eksperymenty obalają tezę o spontanicznym powstawaniu życia. Pouchet czuł się zobowiązany do powtórzenia eksperymentów Pasteura (chociaż powtórzenie to nie było dokładne) i ze swoimi kolbami pojechał w Pireneje, gdzie wszystkie kolby wykazały oznaki życia po krótkim działaniu powietrza. To Pouchet uznał za dowód, że prawidłowo wykonane eksperymenty potwierdzają fakt spontanicznego powstawania życia - tlen był jedyną rzeczą potrzebną do pojawienia się życia w organicznym roztworze. Ponieważ Pasteur i Pouchet nie mogli zgodzić się między sobą co do kryteriów "kompetentnie przeprowadzonego eksperymentu", Pouchet podjął wyzwanie, co doprowadziło do powołania przez Paryską Akademię Nauk rozstrzygającej komisji; W tym przypadku komisja ta była poważnie zdominowana przez tych, którzy już nie wierzyli w możliwość spontanicznego powstawania życia; niektórzy z jej członków wystąpili przeciw Pouchetowi jeszcze zanim jego eksperymenty były zbadane, dlatego Pouchet wycofał się, pozostawiając nagrodę Pasteurowi.

Farley i Geison opisują więc sytuację znaną nam już z prac socjologicznych autorów takich, jak Collins i Pickering. Nie ma transcendentalnych kryteriów, dzięki którym można by oceniać kompetencję procedur eksperymentalnych; uprzednie przekonanie o istnieniu lub nieistnieniu badanego zjawiska koniecznie wchodzi do oceny tego, czy odpowiednie eksperymenty były lub nie były fachowo przeprowadzone. Lecz Farley i Geison nie poprzestają na ustaleniu przypadkowości ocen procedury eksperymentalnej; starają się oni określić poszczególne przypadkowe względy społeczne, które uformowały różniące się oceny. Gdy się to udaje, rozważania te wiążą oceny naukowe z powiązaniami z szerszym układem politycznym i duchowym Francji drugiej połowy dziewiętnastego wieku. W tym kontekście chodziło o materializm, dla którego spór miał poważne konsekwencje. Wiara w samorzutne powstawanie życia zdawała się implikować zdolność materii do samoorganizacji i (powtarzając siedemnastowieczne dyskusje hylozoistów) zagrażać w ten sposób istnieniu i roli duchowych pośredników, na których wspierał się autorytet Kościoła. Podczas gdy Pouchet żądął uznania za ortodoksję religijną swej szczególnej wersji spontanicznego tworzenia życia, siły związane z Pasteurem domagały się uznania poglądów przeciwników za heretyckie i niebezpieczne dla moralności publicznej. Farley i Geison dochodzą do wniosku, że "członkowie francuskiej społeczności naukowej mogli wybierać Pasteura przeciw Pouchetowi"(i w ten sposób oceniać fachowość odpowiednich eksperymentów) "chociaż w części z powodów społeczno-politycznych".

W przykładzie Farleya i Geisona widzimy, jak szersze interesy społeczne wiązały się z ocenami eksperymentalnej kompetencji, a przez to prawdziwości faktów odkrywanych eksperymentalnie. Mikrosocjologiczne zainteresowania autorów, takich jak Collins i Pickering są uzupełnione przez analizę makrosocjologiczną: istotne czynniki społeczne zawierały w tym przypadku cechy wewnętrzne dla podkultury nauki francuskiej, jak i sprawy łączące naukę z dyskursem religijnym, moralnym i na koniec z politycznym. Jest to związek przypadkowy: nie ma powodów, aby oczekiwać, że powiązanie takie działa we wszystkich dyskusjach dotyczących kompetencji eksperymentalnej. Można być zdziwionym, gdy odkryje się, że poglądy popierające lub przeciwne autorytetowi instytucji religijnych występują w sporach dotyczących promieniowania grawitacyjnego (lecz zaskoczenie będzie pewni mniejsze, gdy okaże się, że podobne sprawy mogą być ważne dla analizy obecnych dyskusji na temat zmian gatunków). Właściwe podejście metodologiczne wynika z warunków historycznych, a nie z poziomu kultury, którą historyk stara się wyjaśnić. Można to najlepiej pokazać wykonując pełny cykl naszej wyprawy metodologicznej. Zbadajmy przypadek, w którym uczestnicy nie zgadzali się w sprawie obserwacji wzrokowych.

Jest to sytuacja, o której była już mowa: dyskusję na temat słuszności frenologii w Edynburgu na początku dziewiętnastego wieku. Widzieliśmy, że frenologia była strategią przekonywania dla grup tego społeczeństwa zainteresowanych osłabieniem autorytetu istniejących elit akademickich i duchowych i zastąpieniem go przez protonaturalistyczną, wymagającą uczestnictwa naukę o człowieku jako obiekcie przyrodniczym. Lokalne dyskusje zmierzały więc do przeciwstawienia niezadowolonych i obrazoburczych grup burżuazji tradycyjnym elitom i ich intelektualnym rzecznikom; nie jest zatem przesadą patrzenie na dyskusje frenologiczne w Edynburgu za pomocą makrosocjologicznej kategorii klasy społecznej. Pomimo to, dyskusje te zawierały także wiele ezoterycznych tematów z anatomii mózgu i układu nerwowego; były tam dyskusje na temat dokładnego kształtu kości czaszki, wzorców zwojów mózgowych, dokładnej włóknistej struktury półkul mózgowych i szczegółowej struktury móżdżku oraz włókien łączących go z innymi częściami mózgu i z rdzeniem kręgowym. Uczestnicy tych dyskusji gwałtownie nie zgadzali się w sprawie tego, co można zobaczyć, gdy patrzy się na te struktury. Może istnieć pokusa rozdzielenia tych dyskusji z jednej strony na składniki kosmologiczne i metodologiczne, a z drugiej - na sprawy ezoteryczne, techniczne i "naukowe". Można uważać, że te pierwsze należy odsyłać do rozważań makrosocjologicznych, podczas gdy te drugie muszą wchodzić w zakres spraw należących do podkultury anatomii. Po zbadaniu okazuje się jednak, że tak nie jest. Twierdzenie antyfrenologów, że kości czaszki w obszarze zatok czołowych nie są równoległe, było wyraźnie powiązane z ich tezą, że niemożliwa jest diagnoza frenologiczna charakteru; założenie frenologów, że zwoje mózgowe mogą wykazywać standardowe zróżnicowanie strukturalne i morfologiczne było jawnie związane z poglądem, że zdolności umysłowe są wspomagane przez odrębne obszary mózgu. Podobnie dyskusje na temat włóknistej natury tkanki mózgu były ściśle związane ze sprzecznymi poglądami na zróżnicowanie organów mózgu i funkcji umysłowych. Gdy dyskusje anatomiczne wnikały głębiej w mózg i w ezoteryczne tematy anatomiczne, to ich uczestnicy wydawali się mniej zdolni do przekonującego przypisania interesów społecznych twierdzeniom swych przeciwników. Wiarygodność wysuwanych twierdzeń opierała się rzeczywiście, w tym przypadku, jak i w wielu innych, na publicznie okazywanej bezinteresowności. Jednak, dokładna obserwacja dyskutowanych zjawisk nie prowadziła do zbieżności tez, ponieważ obserwacja była procesem z gruntu politycznym, a polityczne cele uwikłanych w nią partii różniły się. W tym przypadku, jak i w badaniach mikrosocjologicznych omawianych w pierwszym paragrafie, rzeczywistość przyrodnicza nie posiada tej zniewalającej mocy, w którą wyposażają ją często dyskutanci. Rzeczywistość jest chyba zdolna do popierania więcej niż jednego jej opisu, zależnie od celów tych, którzy się tym zajmują; a w tym wypadku cele te zawierają co najmniej takie zagadnienia całego społeczeństwa, jak rozdzielenie pomiędzy klasy społeczne praw i środków.

Wnioski

Jeśli empiryczne osiągnięcia socjologii wiedzy są rzeczywiście tak imponujące, jak pokazano tutaj, to dlaczego zdobyły one tak mało uznania? I dlaczego wciąż przytacza się empiryczną jałowość socjologii wiedzy jako główny powód odrzucania tego podejścia? Sugerowałem już, że część wyjaśnienia musi tkwić w interpretacyjnej powściągliwości historyków; czasami można przegapić socjologiczną wymowę pewnych opracowań i samym autorom zdarza się przylepić radykalnie antysocjologiczną etykietkę na pracę, która mogłaby mocno popierać odmienne wnioski. Także możliwe jest to, że obecny rozdział nagród w akademickiej historii nauki bardziej wpływa na to, co pewni autorzy mówią o swojej pracy, niż na to, co robią. Nie należy jednak przywiązywać zbyt wielkiej wagi do tych rozważań, pod koniec dnia robi się to, co ważne.

Pozornie znacznie ważniejszy problem wynika z nieformalnego modelu socjologii wiedzy, który, jak się wydaje, przeważa wśród wielu filozofów i historyków nauki. Dla ułatwienia można go nazwać "modelem zniewalającym": jego główne cechy można krótko opisać następująco: (i) twierdzi on, że wyjaśnienia socjologiczne polegają na twierdzeniach w rodzaju : "wszystkie (lub większość) jednostki znajdujące się w określonej sytuacji społecznej, będą wierzyć w określone stanowisko intelektualne"; (ii) traktuje on to co społeczne tak, jakby można było uzyskać to poprzez skupianie jednostek; (iii) związek pomiędzy sytuacją społeczną a przekonaniami uważa za związek "determinowania", chociaż wyraźnie mało mówi o naturze determinizmu; (iv) stawia znak równości pomiędzy tym co społeczne a tym co "irracjonalne"; (v) wyjaśnianie społeczne utożsamia z odwołaniem się do "zewnętrznych" czynników makrosocjologicznych; (vi) socjologiczne wyjaśnienie przeciwstawia stwierdzeniu, że wiedza naukowa jest empirycznie oparta na zmysłowym odbiorze rzeczywistości przyrodniczej. Jak wyglądałby, przy tych założeniach, praktyczny fragment wyjaśnienia socjologicznego? W pierwszym rzędzie byłoby ono personifikujące: poszukiwałoby się korelacji statystycznych pomiędzy warunkami społecznymi grup a ich przekonaniami naukowymi; martwiono by się "wyjątkami" i "poziomem istotności" korelacji; jednostki byłyby ogólnie uznawane za kłopotliwe, ponieważ często nie "pasowałyby" do sprawdzanych powiązań przyczynowych. Z drugiej strony, powiązanie pomiędzy tym co społeczne i poznawcze byłoby ogólnie badane poprzez badanie indywidualnych nastawień, zwłaszcza poprzez kategorię "motywacji". Wówczas wolicjonalne działania jednostek byłyby przeciwstawiane roli tego, co społeczne; te sposoby działania, które wydawałyby się celowe (lub "racjonalne") byłyby wykluczane z zakresu socjologii i traktowane jako samotłumaczące się. Narzędzi wyjaśniania można by poszukiwać jedynie wśród kategorii makrosocjologicznych; czynniki wewnętrzne dla społeczności naukowej byłyby uważane za niespołeczne. I na tej podstawie można by twierdzić, że istnieją asymetrie interpretacyjne i metodologiczne pomiędzy socjologią i historią nauki, lub pomiędzy badaniem nowoczesnej profesjonalnej nauki i struktur przeszłości. Na koniec, mówiłoby się tak mało, jak to możliwe, o tym, że naukowcy przeprowadzają eksperymenty, patrzą przez mikroskopy, chodzą na wyprawy przyrodnicze i tym podobne, ponieważ tam, gdzie wkracza "rzeczywistość", wyjaśnianie socjologiczne musi się zatrzymać.

Powinno być oczywiście jasne, że "model zniewalający" ma, z pewnego punktu widzenia, dwie wspaniałe zalety. Po pierwsze, jest to model socjologii wiedzy, który maksymalizuje szansę tego, że żaden udany przykład jej zastosowania nie napotka na sprzeciw. Po drugie, przedstawia rolę tego, co społeczne i wyjaśniania socjologicznego w niemiłym normatywnym świetle: tak jakby mówiło się, że "żaden racjonalny człowiek nie pozwoli sobie nigdy na społeczne zdeterminowanie!" Jednak "model zniewalający" napotyka na poważny problem: mianowicie na to, że nie jest to dokładny obraz praktyki socjologicznej. Można stwierdzić to pragmatycznie, lub kontynuować w stylu obecnego opracowania, patrząc co rzeczywiście robi się w pracach empirycznych i próbując wydobyć z różnych reprezentowanych w nich podejść pewne wspólne uwrażliwienia i taktyki eksplanacyjne. Naturalnie, w pracach tych dostrzec można różnorodność socjologicznych punktów widzenia i tylko nieliczni historycy robią coś tak wulgarnego, jak proponowanie wyraźnego modelu wyjaśniania. Nie popełnimy jednak poważnego błędu, gdy z interpretacyjnej warstwy większości z tych praca wyodrębnimy coś, co można nazwać "instrumentalnym modelem" wyjaśniania socjologicznego. Jakie są jego główne cechy?

Dla wielu autorów podejście socjologiczne zazębia się z pewnymi rutynowymi praktykami historii idei; na przykład stan wiedzy w danej chwili jest traktowany jak fakt stanowiący podstawę do zmiany kulturowej. Dziedzictwo kulturowe jest przekazywane społecznie; nikt nie wymyśla swego własnego języka i tak jak mówienie po angielsku w siedemnastowiecznej Anglii było przekazywane społecznie, tak samo dziedzictwo, powiedzmy, idei i praktyk filozofii przyrody, było społecznie przekazywane pojedynczym ludziom nauki, niezależnie od tego, jakie nowe pomysły opracowali na jego uzasadnienie. Ta zmienność idei i praktyk w różniących się układach i pomiędzy różnymi grupami jest często odnoszona do wzorców zawartych w społecznych pośrednikach przekazujących wiedzę: szkołach, uniwersytetach, kościołach itp. Oczywiście, środki dostępne dla rozwiązywania problemów naukowych nie muszą być zmonopolizowane przez formalne instytucje kształcące i kulturalne. Ludzie mogą stosować środki zdobyte dzięki doświadczeniom życia i działania w społeczeństwie, chociaż, jak widzieliśmy, jest sprawą całkowicie przypadkową, czy naukowcy robią to, czy nie. Większość tego jest uważane za bezsporne, chociaż wielu historyków idei wciąż traktuje tworzenie kultury tak, jakby było ono dokonywane in vacuo przez atomistyczne jednostki, a niektórzy z nich dalej patrzą na źródła kulturowych materiałów użytych w nauce jako na sprawę dotyczącą moralności.

W socjologicznym podejściu do tworzenia wiedzy, ludzie wytwarzają wiedzę na tle swej kulturowo dziedziczonej wiedzy, swych zbiorowych celów i informacji, którą uzyskują od. rzeczywistości przyrodniczej. Być może najbardziej zadziwiającym zarzutem, wysuwanym przeciw relatywistycznej socjologii wiedzy jest to, że zaniedbuje ona rolę, którą pełnią doświadczenia zmysłowe. Wprost przeciwnie, literatura empiryczna, stosująca ten punkt widzenia, pokazuje naukowców, tworzących wiedzę "z oczami szeroko otwartymi na świat". Zarzut ten odnosi się bardziej do "tradycyjnych" historyków i filozofów, ze strony których często się pojawia, niż do autorów, takich jak Collins, Farley i Geison, Kohler i Pickering, którzy bardzo intensywnie interesowali się tym, jak naukowcy przeprowadzają eksperymenty, skupiają się na rzeczywistości i dochodzą do porozumienia w sprawie informacji zmysłowej dostarczanej przez eksperymenty. Zarówno w literaturze empirycznej, jak i w zbiorze teoretycznych prac z socjologii wiedzy, nie ma problemu odrzucania przyczynowej roli niezwerbalizowanej rzeczywistości, wokół której koncentrują się dane przekonania naukowe. Chodzi zapewne o to, czy w wyjaśnianiu socjologicznym i historycznym powinno być uprzywilejowane jakieś specyficzne werbalne sformułowanie rzeczywistości. Historyk nie ma rzeczywiście innego wybory jak "założyć się", że istnieje rzeczywistość fizyczna, z którą zetknęli się uczeni, a "zakładając się" może równie dobrze wybierać współczesny opis podręcznikowy. Musi jednak pilnować, aby nie używać tego opisu jako wystarczającego wyjaśniania poglądów , które są z nim zgodne. Jeżeli historyk ulegnie tej pokusie, to będzie faktycznie mówił o "rzeczywistości przyrodniczej" jako o "ograniczeniu" tego, co się o niej mówi. Niezależnie od tego, jak pociągające może być takie postępowanie dla autorów racjonalistycznych i realistycznych, historyk powinien być świadom, o co chodzi: może to być nie więcej niż whiggizm i "prezentyzm", do którego historycy tak powszechnie czują obrzydzenie. Odrzucenie uprzywilejowanego szczególnego werbalnego sformułowania rzeczywistości nie jest odrzuceniem roli doświadczenia zmysłowego: to napisanie bardziej zmysłowej historii. To właśnie przeciwnik relatywizującej socjologii wiedzy zrobiłby z uczonego "osądzającego naiwniaka". W tym przypadku to o "rzeczywistości" mówi się, że zniewala naukowca.

Doprowadza to nas do tego, co może być najbardziej centralnym aspektem "modelu instrumentalnego", w znacznej mierze niejawnego: wytwarzanie i ocena wiedzy są traktowane jako celowe, W literaturze tej wiedza nie jest uważana za kontemplacyjnie stworzoną przez wyizolowane jednostki; jest ona tworzona i oceniana ze względu na szczególne zbiorowo podzielane cele. W tej perspektywie wiedza jest zawsze przykrawana do praktycznych zadań. To właśnie w procesie tworzenia rzeczy za pomocą wiedzy powstaje jej znaczenie; tak więc pojęcia użytku i znaczenia są ze sobą splecione. Ten instrumentalny punkt widzenia obserwowaliśmy w działaniu zarówno w analizie minionej nauki i jej szerszych powiązań społecznych, jak i w wyjaśnianiu sporów naukowych w nauce obecnej. Cele, dla których wiedza jest wytwarzana i zgodnie z którymi jest oceniana, mogą różnić się znacznie: mogą one obejmować uzasadnienie lub krytykę tendencji pojawiających się w całym społeczeństwie, lub też mogą zawierać cele generowane jedynie wewnątrz technicznej kultury nauki. I, jak widzieliśmy, jest wiele przykładów, w których oba rodzaje instrumentalnych celów wpływają na tworzenie i ocenianie kultury. Zwykle użytkowanie i znaczenie będą zanurzone w złożonej społecznej sieci obliczeń, tak że zawsze istnieją możliwe powiązania pomiędzy rozważaniami prowadzonymi we wszystkich częściach tej sieci. MacKenzie i Barnes, na podstawie interpretacyjnej analizy sporów biometryków z mendlistami, dochodzą do wniosku następującego: "Nie chodzi tu o to, że celowy charakter ocen naukowych pociąga za sobą ich związek z jakimś szczególnym rodzajem przypadkowości, czynnikami zewnętrznymi lub interesami politycznymi; chodzi o to, że taka przypadkowość musi mieć wpływ na ocenę i że przypadkowe czynniki społeczne pewnego typu muszą mieć taki wpływ".

Na koniec, to krótkie przedstawienie działania modelu instrumentalnego w historii nauki pozwala na spojrzenie wstecz na pewne aspekty "modelu zniewalania", które przeszkadzały w uchwyceniu rzeczywistej roli tego co społeczne. W modelu tym społeczne było zwykle przeciwstawiane "racjonalnemu". Jednak w literaturze empirycznej nie widzimy takiego przeciwstawienia. Uczeni są zawsze traktowani tak, jakby ich "poznawcza instalacja" działała we właściwy sposób: można powiedzieć, że wszyscy oni posiadają "naturalną racjonalność". Racjonalność ta wyraża się poprzez instrumentalny charakter ich działań. Ich obliczenia mogą, rzeczywiście, brać pod uwagę cele należące do ogólnego społeczeństwa lub mogą ich nie uwzględniać. Oceny, które są ukształtowane przez ogólniejsze interesy społeczne nie robią wrażenia mniej zrozumiałych i kompetentnych od ocen, które nie są tak uzależnione. Jeżeli tak jest, to jedynym możliwym do wyobrażenia celem utożsamiania tego co społeczne z "irracjonalnym" jest żądanie, jakie rodzaje powiązań powinien brać pod uwagę idealny typ nowoczesnego naukowca. Niewielu historyków zobaczy w tym istotną i ważną część swojej działalności. To właśnie to osobliwie normatywne podejście do "racjonalności" zdaje się kształtować zawarty w "modelu zniewalającym" pogląd na determinację i na to, co społeczne. Zaprasza się nas do wyobrażania sobie "zdeterminowania społecznego" tak, jakby to był rodzaj naiwniactwa. Lecz który z modeli rzeczywiście robi z naukowców "oceniających naiwniaków"? W perspektywie instrumentalnej patrzy się na uczonych jako na tworzących i oceniających wiedzę na tle społecznie przekazywanej wiedzy i zgodnie z ich celami. W tym poglądzie rolą tego, co społeczne jest nadawanie wyborowi struktury, a nie wykluczenie go.

Próbowałem pokazać, że socjologia wiedzy jest czymś więcej niż zbiorem teoretycznych i pragmatycznych refleksji nad tym, co można by zrobić; jest to również zespół praktycznych dokonań. Chociaż istnieją powody do zadowolenia ze stanu literatury empirycznej, nie ma usprawiedliwienia dla samozadowolenia. Pracom empirycznym towarzyszą zarówno problemy, jak i osiągnięcia, a jest wysoce pożądane, aby praktycznie nastawieni historycy stali się bardziej świadomi interpretacyjnego znaczenia swych osiągnięć: zarówno dla własnej pracy z konkretnymi materiałami, jak i dla rozjaśnienia bardziej ogólnych wątków teorii wiedzy. Gdy uświadomimy sobie tę pracę w sposób właściwy, to nie będzie już więcej mogło być mowy o "szeroko znanym niepowodzeniu socjologii poznania w wyjaśnieniu jakichkolwiek ciekawych przypadków naukowych".

strona główna