strona główna

Imre LAKATOS

HISTORIA NAUKI A JEJ RACJONALNE REKONSTRUKCJE

History of Science and Its Rational Reconstructions, w: Boston Studies in the Philosophy of Science 8, 1971, 91-135.
przełożył Wojciech Sady (tekst pozbawiony przypisów stanowiących ok. 1/3 oryginału)

Wstęp

"Filozofia nauki bez historii nauki jest pusta, historia nauki bez filozofii nauki jest ślepa". Kierując się tą parafrazą słynnego powiedzenia Kanta, chcę w tym artykule wyjaśnić, czego historiografia nauki powinna się nauczyć od filozofii nauki i vice versa. Przytoczę argumenty, że (a) filozofia nauki dostarcza normatywnych metodologii, w których kategoriach historyk rekonstruuje "historię wewnętrzną" i w ten sposób dostarcza racjonalnego wyjaśnienia rozwoju wiedzy obiektywnej; (b) dwie współzawodniczące metodologie można oceniać na podstawie (normatywnie zinterpretowanej) historii; (c) każdą racjonalną rekonstrukcję historii trzeba uzupełnić empiryczną (socjo-psychologiczną) "historią zewnętrzną".

Podstawowe rozróżnienie między tym, co normatywno-wewnętrzne, a tym, co empiryczno-zewnętrzne, w każdej metodologii przebiega inaczej. Łącznie, wewnętrzne i zewnętrzne teorie historiograficzne w wielkiej mierze decydują o tym, jakie problemy historyk wybierze. Ale niektóre z najistotniejszych problemów historii zewnętrznej można sformułować jedynie w kategoriach przyjętej metodologii; a zatem tak określona historia wewnętrzna jest pierwotna, a historia zewnętrzna jedynie wtórna. Co więcej, ze względu na autonomię historii wewnętrznej (ale nie zewnętrznej), historia zewnętrzna jest nieistotna dla zrozumienia nauki.

1. Konkurencyjne metodologie nauki;
racjonalne rekonstrukcje jako przewodniczki po historii

We współczesnej filozofii nauki są w obiegu różne metodologie; żadna z nich jednak wcale nie przypomina tego, co przez "metodologię" rozumiano w siedemnastym, a nawet w osiemnastym wieku. Wtedy żywiono nadzieję, że metodologia dostarczy naukowcom mechanicznej księgi reguł rozwiązywania problemów. Tę nadzieję teraz porzucono: na współczesne metodologie lub "logiki odkrycia" składają się po prostu zbiory (chyba nawet ściśle nie wiążących, a tym bardziej nie mechanicznych) reguł oceniania gotowych, wyartykułowanych teorii. Często te reguły, lub systemy oceniania, służą również jako "teorie racjonalności naukowej", "kryteria demarkacji" lub "definicje nauki". Poza legislatywną dziedziną tych reguł normatywnych istnieje, oczywiście, empiryczna psychologia i socjologia odkrycia.

Naszkicuję teraz cztery różne "logiki odkrycia". Każda scharakteryzowana zostanie za pomocą reguł rządzących (naukową) akceptacją i odrzucaniem teorii lub programów badawczych. Reguły te pełnią podwójną funkcję. Funkcjonują, po pierwsze, jako kodeks uczciwości naukowej, którego łamanie jest nietolerowalne; po drugie zaś, jako twarde rdzenie (normatywnych) historiograficznych programów badawczych. Skoncentruję się na tej drugiej funkcji.

(a) Indukcjonizm

Jedną z najbardziej wpływowych metodologii nauki był indukcjonizm. Według indukcjonizmu tylko te twierdzenia włączyć można do korpusu nauki, które bądź opisują twarde fakty, bądź stanowią ich niezawodne, indukcyjne uogólnienia. Gdy indukcjonista akceptuje twierdzenie naukowe, akceptuje je jako dowiedzione, odrzuca je, jeśli dowiedzione nie jest. Jego zasady naukowe są ścisłe: twierdzenie musi być albo dowiedzione na podstawie faktów, albo - dedukcyjnie bądź indukcyjnie - wyprowadzone z innych twierdzeń, już dowiedzionych.

Każda metodologia stoi wobec specyficznych, epistemologicznych i logicznych, problemów. Na przykład, indukcjonizm musi ponad wszelką wątpliwość ustalić prawdziwość zdań "faktualnych" ("bazowych") i prawomocność indukcyjnych wnioskowań. Niektórzy filozofowie tyle uwagi poświęcili swym problemom epistemologicznym i logicznym, że nigdy nie zainteresowali się faktyczną historią; jeśli faktyczna historia nie pasuje do ich norm, to mogą nawet wystąpić z propozycją, byśmy zaczęli cały naukowy interes od nowa. Inni przyjmują po prostu pewne niedojrzałe rozwiązanie tych logicznych i epistemologicznych problemów i poświęcają się racjonalnej rekonstrukcji historii, nie uświadamiając sobie logiczno-epistemologicznej słabości swej metodologii, a nawet tego, że jest ona nie do utrzymania.

Krytyka indukcjonistyczna ma przede wszystkim charakter sceptyczny: polega raczej na wykazywaniu, że pewne twierdzenie nie zostało dowiedzione, a zatem jest pseudonaukowe, niż na wykazywaniu, że jest fałszywe. Kiedy indukcjonistyczny historyk spisuje prehistorię pewnej dyscypliny naukowej, może szeroko taką krytyką się posługiwać. I często wyjaśnia wczesne wieki ciemne - gdy ludzie zaabsorbowani byli "ideami nie udowodnionymi" - przy pomocy pewnego wyjaśnienia "zewnętrznego", w rodzaju socjopsychologicznej teorii hamującego wpływu Kościoła katolickiego.

Indukcjonistyczny historyk uznaje jedynie dwa rodzaje autentycznych odkryć naukowych: twarde zdania faktualne i indukcyjne uogólnienia. One i tylko one stanowią ostoję jego historii wewnętrznej. Poszukuje ich pisząc historię - a znajdowanie ich stanowi niemały problem. Dopiero gdy je znajduje, zaczyna wznosić swe piękne piramidy. Rewolucje polegają na demaskowaniu (irracjonalnych) błędów, które usunięte zostają z historii nauki i odesłane do historii pseudonauki, do historii zwykłych przekonań: autentyczny postęp naukowy zaczyna się w każdej dziedzinie od ostatniej rewolucji naukowej.

Każda wewnętrzna historiografia ma swe charakterystyczne, zwycięskie wzorcowe przykłady. Głównym wzorcowym przykładem indukcjonistycznej historiografii były uogólnienia starannych obserwacji Tychona Brahe, dokonane przez Keplera; odkrycie prawa grawitacji przez Newtona w wyniku, z kolei, indukcyjnego uogólnienia Keplerowskich "zjawisk" ruchów planetarnych; i odkrycie przez Ampere'a jego prawa elektrodynamicznego przez indukcyjne uogólnienie dokonanych przezeń obserwacji prądów elektrycznych. Niektórzy indukcjoniści uważają również, że współczesna chemia naprawdę zaczyna się od eksperymentów Lavoisiera i podanych przez niego ich "prawdziwych wyjaśnień".

Indukcjonistyczny historyk nie może jednak w racjonalny, "wewnętrzny" sposób wyjaśnić, dlaczego te raczej a nie inne fakty zostały wybrane jako punkt wyjścia. Dla niego jest to problem nieracjonalny, empiryczny, zewnętrzny. Indukcjonizm jako "wewnętrzna" teoria racjonalności da się pogodzić z wieloma różnymi, uzupełniającymi, empirycznymi lub zewnętrznymi teoriami wyboru problemu. Jest, na przykład, do pogodzenia z poglądem wulgarnego marksizmu, iż wybór problemu jest określony przez potrzeby społeczne; faktycznie, niektórzy wulgarni marksiści utożsamiają główne fazy w historii nauki z głównymi fazami rozwoju ekonomicznego. Ale wyboru faktów nie muszą determinować czynniki społeczne; mogą go determinować pozanaukowe wpływy intelektualne. A indukcjonizm da się równie dobrze pogodzić z "zewnętrzną" teorią, iż wybór problemów jest zdeterminowany przede wszystkim przez czynniki wrodzone lub przez arbitralnie wybrane (lub tradycyjne) teoretyczne (lub "metafizyczne") schematy pojęciowe.

Istnieje radykalna odmiana indukcjonizmu, potępiająca wszelkie wpływy zewnętrzne, intelektualne, psychologiczne czy socjologiczne, jako przyczyny niedopuszczalnej stronniczości: radykalni indukcjoniści dopuszczają jedynie [przypadkowy] wybór dokonywany przez pusty umysł. Radykalny indukcjonizm stanowi z kolei szczególną odmianę radykalnego internalizmu. Zgodnie z tym ostatnim, gdy ustalimy, że na akceptację teorii naukowej (lub zdania faktualnego) miały wpływ pewne czynniki zewnętrzne, to należy akceptację tę wycofać: wykazanie wpływu z zewnątrz oznacza unieważnienie; ale ponieważ wpływy zewnętrzne zawsze istnieją, radykalny internalizm jest utopijny i, jako teoria racjonalności, samodestrukcyjny.

Kiedy radykalnie indukcjonistyczny historyk stanie wobec problemu, dlaczego niektórzy wielcy naukowcy byli dobrego zdania o metafizyce i, co więcej, dlaczego sądzili, że ich odkrycia były wielkie z powodów, które w świetle indukcjonizmu wyglądają bardzo dziwacznie, uzna te problemy "fałszywej świadomości" za przedmiot badań psychopatologii, czyli historii zewnętrznej.

(b) Konwencjonalizm

Konwencjonalizm zezwala na budowanie dowolnego systemu przegródek, który zespala fakty w koherentną całość. Konwencjonalista podejmuje decyzję, by, póki to możliwe, centrum takiego systemu zachować nietknięte: gdy na skutek napływu anomalii pojawiają się trudności, zmienia on i komplikuje jedynie układy peryferyjne. Ale konwencjonalista nie uważa żadnego systemu przegródek za prawdę, której można dowieść, a jedynie za "prawdę na mocy konwencji" (a może nawet ani za prawdę, ani za fałsz). W rewolucyjnej odmianie konwencjonalizmu nie musimy bez końca trzymać się danego systemu przegródek: możemy go porzucić, jeśli staje się nieznośnie niekształtny i jeśli na jego miejsce zaproponowano system prostszy. Ta wersja konwencjonalizmu jest epistemologicznie, a zwłaszcza logicznie, o wiele prostsza od indukcjonizmu: nie potrzebuje prawomocnych wnioskowań indukcyjnych. Autentyczny postęp w nauce jest kumulatywny i zachodzi na podstawowym poziomie "dowiedzionych" faktów; zmiany na poziomie teoretycznym mają charakter jedynie instrumentalny. "Postęp" teoretyczny dokonuje się wyłącznie pod względem wygody ("prostoty"), a nie pod względem zawartości prawdy. Można, oczywiście, rozszerzyć konwencjonalizm rewolucyjny również na poziom zdań "faktualnych", a wtedy akceptowałoby się zdania "faktualne" raczej na mocy decyzji niż eksperymentalnych "dowodów". Wtedy jednak, jeśli konwencjonalista chce zachować pogląd, iż rozwój nauki "o faktach" ma cokolwiek wspólnego z obiektywną, faktualną prawdziwością, to musi wynaleźć jakąś zasadę metafizyczną, którą narzuci na reguły gry w naukę. Jeśli jej nie wynajdzie, nie zdoła uniknąć sceptycyzmu, a przynajmniej pewnej radykalnej postaci instrumentalizmu.

(Trzeba wyjaśnić relację między konwencjonalizmem a instrumentalizmem. Konwencjonalizm opiera się na stwierdzeniu, że z fałszywych założeń mogą wynikać prawdziwe wnioski, a zatem fałszywe teorie mogą mieć wielką moc przewidywania. Konwencjonaliści stają wobec problemu porównywania fałszywych, konkurencyjnych teorii. Większość z nich łączyła prawdziwość z jej oznakami, po czym uświadamiała sobie, że wyznaje pewną wersję pragmatycznej teorii prawdy. To właśnie Popperowska teoria zawartości prawdy, podobieństwa do prawdy i potwierdzania ustanowiła wreszcie podstawy filozoficznie nieskazitelnej wersji konwencjonalizmu. Z drugiej strony, niektórym konwencjonalistom nie starczyło wykształcenia logicznego, by pojąć, że pewne zdania mogą być prawdziwe, choć nie są dowiedzione; a inne fałszywe, choć mają prawdziwe konsekwencje, a także takie, które są zarówno fałszywe jak w przybliżeniu prawdziwe. Ci ludzie opowiedzieli się za "instrumentalizmem": zaczęli głosić, że teorie nie są ani prawdziwe, ani fałszywe, a po prostu są "instrumentami" służącymi przewidywaniu. Zdefiniowany tu konwencjonalizm jest stanowiskiem filozoficznie rozsądnym; instrumentalizm jest jego zdegenerowaną wersją, opartą na zwykłym filozoficznym pomieszaniu, wywołanym brakiem elementarnej kompetencji logicznej.)

Rewolucyjny konwencjonalizm narodził się jako filozofia nauki Bergsona: hasłami wywoławczymi stały się wolna wola i twórczość. Naukowy kodeks honorowy konwencjonalisty jest mniej rygorystyczny niż kodeks indukcjonisty: nie zakazuje niedowiedzionych spekulacji i zezwala na wznoszenie systemu przegródek wokół dowolnie wymyślnej idei. Co więcej, konwencjonalizm nie określa zarzuconych systemów mianem nienaukowych: z punktu widzenia konwencjonalisty o wiele większa część faktycznej historii nauki jest racjonalna ("wewnętrzna") niż z punktu widzenia indukcjonisty.

Zdaniem konwencjonalistycznego historyka, wielkie odkrycia polegają przede wszystkim na wynajdowaniu nowych i prostszych systemów przegródek. Dlatego też stale dokonuje on porównań pod względem prostoty: komplikowanie się systemów przegródek i rewolucyjne zastępowanie ich przez systemy prostsze stanowi ostoję jego historii wewnętrznej.

Wzorcowy przypadek rewolucji naukowej stanowi dla konwencjonalisty rewolucja kopernikańska. Usiłowano wykazać, że rewolucje Einsteina i Lavoisiera również polegały na zastąpieniu niekształtnych teorii teoriami prostszymi.

Konwencjonalistyczna historiografia nie jest w stanie w racjonalny sposób wyjaśnić, dlaczego pewne fakty wybrano na początek lub dlaczego wypróbowywano pewne szczególne systemy przegródek, raczej te a nie inne, w czasie, gdy ich względne zalety nie były jeszcze jasne. Tak więc konwencjonalizm, podobnie jak indukcjonizm, da się pogodzić z różnymi uzupełniającymi, "empiryczno-zewnętrznymi" programami.

A wreszcie konwencjonalistyczny historyk, podobnie jak jego indukcjonistyczny kolega, często staje wobec problemu "fałszywej świadomości". Na przykład, zdaniem konwencjonalisty "jest faktem", że najwięksi naukowcy dochodzą do swych teorii w wyniku rozbłysku wyobraźni. Dlaczego więc często twierdzą, że wyprowadzili swe teorie z faktów? Dokonana przez konwencjonalistę racjonalna rekonstrukcja różni się często od rekonstrukcji samych wielkich naukowców - konwencjonalistyczny historyk przekazuje te problemy fałszywej świadomości badaczowi historii zewnętrznej.

(c) Falsyfikacjonizm metodologiczny

Współczesny falsyfikacjonizm powstał jako logiczno-epistemologiczna krytyka indukcjonizmu i konwencjonalizmu Duhema. Indukcjonizm skrytykowany został na tej podstawie, iż jego dwa podstawowe założenia, a mianowicie, że zdania faktualne można "wyprowadzać" z faktów i że mogą istnieć prawomocne wnioskowania indukcyjne (powiększające treść), same nie są dowiedzione, a nawet, iż można wykazać ich fałszywość. Duhem został skrytykowany na tej podstawie, że porównanie intuicyjnej prostoty pozostać musi jedynie kwestią subiektywnego smaku i że jest tak niejednoznaczne, iż nie można na nim oprzeć żadnej zdecydowanej krytyki. Popper zaproponował w swej Logik der Forschung nową, "falsyfikacjonistyczną" metodologię. Ta metodologia stanowi inną odmianę rewolucyjnego konwencjonalizmu: główna różnica jest taka, iż zezwala ona na akceptację, na mocy konwencji, raczej czasoprzestrzennie jednostkowych "zdań bazowych" niż czasoprzestrzennie ogólnych teorii. Według honorowego kodeksu falsyfikacjonisty teoria jest naukowa jedynie wtedy, gdy można ją doprowadzić do kolizji z pewnym zdaniem bazowym, a musi zostać wyeliminowana, jeśli koliduje z zaakceptowanym zdaniem bazowym. Popper określił też kolejny warunek, jaki teoria musi spełniać, aby uchodzić za naukową: musi przewidywać fakty, które są nowe, to znaczy nieoczekiwane w świetle wcześniejszej wiedzy. A zatem, niezgodne z Popperowskim kodeksem naukowego honoru jest proponowanie teorii niefalsyfikowalnych lub hipotez "ad hoc" (z których nie wynikają żadne nowe przewidywania empiryczne) - tak jak niezgodne z (klasycznym) indukcjonistycznym kodeksem naukowego honoru jest proponowanie teorii nie dowiedzionych.

Wielki urok metodologii Poppera tkwi w jej jasności i sile. Jego dedukcyjny model krytyki naukowej zawiera empirycznie falsyfikowalne zdania czasoprzestrzennie ogólne, warunki początkowe i ich konsekwencje. Broń krytyki stanowi modus tollens: ani logika indukcyjna ani intuicyjna prostota nie komplikują obrazu.

(Falsyfikacjonizm, choć logicznie jest bez zarzutu, stoi wobec własnych trudności epistemologicznych. W jego "dogmatycznej" wersji pierwotnej zakłada się, że zdania mogą być dowiedzione przez fakty, a zatem, że teorie mogą być obalane - co jest założeniem fałszywym. W jego popperowskiej, "konwencjonalistycznej" wersji, potrzebuje on pewnej (pozametodologicznej) "zasady indukcyjnej", by nadać epistemologiczną rangę jego decyzjom akceptowania zdań "bazowych", a, ogólnie rzecz biorąc, by połączyć jego reguły gry naukowej z podobieństwem do prawdy.)

Popperowski historyk poszukuje wielkich, "śmiałych", falsyfikowalnych teorii i wielkich, negatywnych eksperymentów rozstrzygających. One tworzą szkielet jego racjonalnej rekonstrukcji. Jego ulubionymi przykładami wielkich, falsyfikowalnych teorii są teorie Newtona i Maxwella, wzory na promieniowanie Rayleigha, Jeansa i Wiena, oraz rewolucja einsteinowska; jego ulubionymi przykładami eksperymentów rozstrzygających są eksperyment Michelsona-Morleya, eksperyment Eddingtona podczas zaćmienia Słońca i eksperymenty Lummera i Pringsheima. Agassi próbował przekształcić ten naiwny falsyfikacjonizm w systematyczny, historiograficzny program badawczy. W szczególności przewidział on (lub, jeśli wolicie, "przewidział po fakcie"), że za każdym wielkim odkryciem eksperymentalnym kryje się teoria, której to odkrycie zaprzeczyło; miarą znaczenia odkrycia faktualnego ma być znaczenie teorii przez nie obalonej. Agassi bierze chyba za dobrą monetę sądy wartościujące wspólnoty naukowej dotyczące znaczenia faktualnych odkryć w rodzaju odkryć Galvaniego, Oersteda, Priestleya, Roentgena i Hertza; ale zaprzecza "mitowi", jakoby były one odkryciami przypadkowymi (za jakie uchodziły cztery pierwsze) lub przypadkami potwierdzającymi (za jakie Hertz uważał zrazu swoje odkrycie). W ten sposób Agassi dochodzi do śmiałego przewidywania: każdy z tych pięciu eksperymentów stanowił udane obalenie - a w pewnych przypadkach nawet planowane obalenie teorii, które proponuje on ujawnić, a w większości przypadków twierdzi wręcz, że je ujawnił.

Popperowską historię wewnętrzną łatwo z kolei uzupełnić zewnętrznymi teoriami historycznymi. Tak więc sam Popper wyjaśniał, że (w sensie pozytywnym) (1) zasadniczych zewnętrznych bodźców dostarcza teoriom naukowym nienaukowa "metafizyka", a nawet mity (to zostało później pięknie zilustrowane, zwłaszcza przez Koyrégo); zaś (w sensie negatywnym) (2) fakty nie stanowią takich zewnętrznych bodźców - odkrycia faktualne należą bez reszty do historii wewnętrznej, pojawiając się jako obalenia pewnej teorii naukowej, tak że fakty zauważa się jedynie wtedy, gdy kolidują z pewnym wcześniejszym oczekiwaniem. Obie tezy stanowią kamień węgielny Popperowskiej psychologii odkrycia. Feyerabend rozwinął inną interesującą psychologiczną tezę Poppera, a mianowicie, że mnożenie konkurencyjnych teorii może - zewnętrznie - przyspieszyć wewnętrzną Popperowską falsyfikację.

Ale zewnętrznych teorii uzupełniających falsyfikacjonizmu nie musimy ograniczać do wpływów czysto intelektualnych. Trzeba podkreślić (wbrew Agassiemu), że falsyfikacjonizm da się pogodzić z poglądem wulgarnego marksisty na przyczyny postępu naukowego w nie mniejszym stopniu niż indukcjonizm. Jedyna różnica jest taka, że ten drugi mógłby się odwołać do marksizmu, by wyjaśnić odkrycia faktów, pierwszy mógłby się do niego odwołać, by wyjaśnić wymyślanie teorii naukowych; natomiast wybór faktów (co oznacza dla falsyfikacjonisty wybór "potencjalnych falsyfikatorów") jest przede wszystkim zdeterminowany wewnętrznie przez teorie.

"Fałszywa świadomość" - "fałszywa" z punktu widzenia jego teorii racjonalności - stwarza problem dla falsyfikacjonistycznego historyka. Na przykład, dlaczego niektórzy naukowcy wierzą, iż eksperymenty rozstrzygające są raczej pozytywne i weryfikujące niż negatywne i falsyfikujące? To falsyfikacjonista Popper, aby rozwiązać te problemy, lepiej niż ktokolwiek przed nim opisał rozłam, jaki zachodzi między wiedzą obiektywną (w jego "trzecim świecie") a jej zniekształconymi odbiciami w umysłach jednostek. W ten sposób utorował drogę mojemu rozróżnieniu historii wewnętrznej i zewnętrznej.

(d) Metodologia naukowych programów badawczych

Według mojej metodologii wielkie osiągnięcia naukowe są programami badawczymi, które można oceniać w kategoriach postępowych i degenerujących się przesunięć problemowych; a rewolucje naukowe polegają na tym, że jeden program badawczy wypiera inny (jest bardziej od niego postępowy). Ta metodologia oferuje nową racjonalną rekonstrukcję nauki. Najlepszym sposobem jej prezentacji jest przeciwstawienie jej falsyfikacjonizmowi i konwencjonalizmowi, z których czerpie ona istotne elementy.

Z konwencjonalizmu metodologia ta czerpie zezwolenie, by w racjonalny sposób, na mocy konwencji, akceptować nie tylko czasoprzestrzennie jednostkowe "zdania faktualne", ale również czasoprzestrzennie ogólne teorie: to właśnie stanowi najważniejszy klucz do rozwiązania zagadki ciągłości rozwoju nauki. Podstawową jednostką oceny musi być nie izolowana teoria lub koniunkcja teorii, a raczej "program badawczy", z konwencjonalnie zaakceptowanym (a zatem na mocy prowizorycznej decyzji "nieobalalnym") "twardym rdzeniem" i z "heurystyką pozytywną", określającą problemy, przedstawiającą w zarysie budowę pasa hipotez pomocniczych, przewidującą anomalie i zwycięsko przekształcającą je w przykłady, a wszystko to zgodnie ze z góry obmyślonym planem. Naukowiec odnotowuje anomalie, ale dopóki jego program badawczy zachowuje swój pęd, dopóty wolno mu odkładać je na bok. To przede wszystkim pozytywna heurystyka jego programu, a nie anomalie, dyktuje mu wybór problemów. Dopiero gdy siła napędowa pozytywnej heurystyki słabnie, więcej uwagi poświęcić można anomaliom. Metodologia programów badawczych może wyjaśnić w ten sposób wysoki stopień autonomii nauki teoretycznej; nie powiązane łańcuchy przypuszczeń i obaleń naiwnego falsyfikacjonisty wyjaśnić jej nie mogą. To, co dla Poppera, Watkinsa i Agassiego stanowi zewnętrzną, wpływową metafizykę, tutaj przekształca się w wewnętrzny "twardy rdzeń" programu.

Metodologia programów badawczych kreśli zupełnie inny obraz gry w naukę niż obraz metodologicznego falsyfikacjonisty. Najlepszym otwierającym ruchem nie jest falsyfikowalna (a zatem niesprzeczna) hipoteza, ale program badawczy. Zwykła "falsyfikacja" (w sensie Poppera) nie może pociągać za sobą odrzucenia. Zwykłe "falsyfikacje" (czyli anomalie) mają być odnotowywane, ale nie musimy niczego z nimi robić. Wielkie negatywne eksperymenty rozstrzygające Poppera nikną; "eksperyment rozstrzygający" to honorowy tytuł, który możemy, oczywiście, nadać pewnym anomaliom, ale dopiero długo po fakcie, dopiero gdy jeden program został pokonany przez inny. Według Poppera, eksperyment rozstrzygający opisuje zaakceptowane zdanie bazowe, które jest sprzeczne z teorią - według metodologii naukowych programów badawczych, żadne zaakceptowane zdanie bazowe samo nie uprawnia naukowca do odrzucenia teorii. Takie zderzenie może stanowić problem (poważny lub błahy), ale w żadnym wypadku "zwycięstwo". Przyroda może krzyczeć nie, ale ludzka pomysłowość - na przekór opinii Weyla i Poppera - zawsze jest w stanie krzyczeć głośniej. Jeśli starczy nam pomysłowości i szczęścia, to każdej teorii można w "postępowy" sposób bronić przez długi czas, nawet gdy jest fałszywa. Popperowski schemat "przypuszczeń i obaleń", czyli schemat stawiania na próbę hipotez, a potem wykazywania błędów za pomocą doświadczeń, należy porzucić: żaden eksperyment nie jest rozstrzygający w czasie - a tym bardziej przed czasem - gdy został przeprowadzony (chyba że w sensie psychologicznym).

Wskazać jednak należy na fakt, że metodologia naukowych programów badawczych jest silniej uzbrojona niż konwencjonalizm Duhema: zamiast zdawać się na orzeczenia jego niewyartykułowanego zdrowego rozsądku, kiedy należy porzucić "schemat pojęciowy", wprowadzam pewne twarde Popperowskie elementy do oceny, czy program jest postępowy czy degeneruje się, lub czy jeden program wyprzedza drugi. Tak więc określam kryteria postępu i stagnacji wewnątrz programu, a także reguły "eliminowania" całych programów badawczych. Mówimy, że program badawczy jest postępowy, póki jego rozwój teoretyczny antycypuje jego rozwój empiryczny, czyli póki przewiduje on, po części trafnie, nowe fakty ("postępowe przesunięcie problemowe"); jest w stanie stagnacji, jeśli rozwój teoretyczny wlecze się za rozwojem empirycznym, czyli póki jedynie po fakcie wyjaśnia on bądź to odkrycia przypadkowe, bądź fakty antycypowane przez konkurencyjny program badawczy i odkryte w jego ramach ("degenerujące się przesunięcie problemowe"). Jeśli program badawczy w postępowy sposób wyjaśnia więcej niż jego konkurent, to "wypiera" go, a konkurent może zostać wyeliminowany (lub, jeśli wolicie, "odłożony na półkę").

(W ramach programu badawczego teoria może zostać wyeliminowana jedynie przez lepszą teorię, to znaczy taką, która w stosunku do swej poprzedniczki wykazuje się przyrostem treści empirycznej, a część z tego przyrostu została następnie potwierdzona. I aby pewna teoria została zastąpiona przez teorię lepszą, pierwsza z nich nie musi zostać "sfalsyfikowana" w popperowskim tego słowa znaczeniu. A zatem, postęp znaczony jest raczej przez przypadki weryfikujące przyrost treści niż przez przypadki falsyfikujące; empiryczne "falsyfikacje" i faktyczne "odrzucenia" stają się niezależne. Zanim teoria nie zostanie zmodyfikowana, nie wiemy, w jaki sposób została "obalona", a niektóre z najbardziej interesujących modyfikacji dokonywane są pod wpływem raczej "pozytywnej heurystyki" programu badawczego niż anomalii. Sama ta różnica ma ważne konsekwencje i wiedzie do racjonalnej rekonstrukcji zmiany naukowej bardzo odmiennej od rekonstrukcji Poppera.)

Bardzo trudno jest rozstrzygnąć, zwłaszcza skoro nie wolno nam wymagać postępu na każdym kroku, kiedy program badawczy zdegenerował się w sposób beznadziejny i kiedy jeden z dwóch konkurencyjnych programów osiągnął decydującą przewagę nad drugim. W tej metodologii, podobnie jak w konwencjonalizmie Duhema, nie istnieje natychmiastowa - a tym bardziej mechaniczna - racjonalność. Ani przeprowadzony przez logika dowód sprzeczności, ani wydany przez eksperymentatora werdykt o istnieniu anomalii, nie mogą pokonać programu badawczego za jednym zamachem. Można być "mądrym" dopiero po fakcie.

W tym kodeksie honoru naukowego umiar odgrywa większą rolę niż w innych kodeksach. Musimy zdawać sobie sprawę z tego, że nasz oponent, nawet jeśli wlecze się daleko z tyłu, może jednak powrócić na scenę. Żadnej przewagi jednej ze stron nie można uważać za absolutnie decydującą. Zwycięstwo programu nigdy nie jest nieuniknione. A również nigdy nie jest nieunikniona jego klęska. Tak więc upór, podobnie jak umiar, ma większy "racjonalny" zasięg działania. A jednak wyniki rywalizujących stron muszą być odnotowywane i publicznie przez cały czas ogłaszane.

(Powinniśmy tu przynajmniej wspomnieć o głównym epistemologicznym problemie metodologii naukowych programów badawczych. Jako taka, podobnie jak metodologiczny falsyfikacjonizm Poppera, stanowi ona bardzo radykalną wersję konwencjonalizmu. Musimy przyjąć pewną pozametodologiczną zasadę indukcyjną by - choćby słabo - powiązać naukowe akty pragmatycznych akceptacji i odrzuceń z podobieństwem do prawdy. Jedynie taka "zasada indukcyjna" może przekształcić naukę ze zwykłej gry w epistemologicznie racjonalne przedsięwzięcie; ze zbioru niefrasobliwych sceptycznych posunięć wykonywanych dla intelektualnej zabawy, w - poważniejszą - fallibilistyczną próbę zbliżenia się do Prawdy o Wszechświecie.)

Metodologia naukowych programów badawczych ustanawia, jak każda inna metodologia, historiograficzny program badawczy. Historyk przyjmujący tę metodologię za przewodniczkę poszukiwał będzie w historii konkurencyjnych programów badawczych, postępowych i degenerujących się przesunięć problemowych. Tam, gdzie duhemowski historyk widzi rewolucję pod względem prostoty (taką jak rewolucja Kopernika), on będzie poszukiwał postępowego programu o szerokim zasięgu, wyprzedzającego program ulegający degeneracji. Gdy falsyfikacjonista dostrzega negatywny eksperyment rozstrzygający, on "przewidzi", że takiego nie było, że za każdym rzekomym eksperymentem rozstrzygającym, za każdą rzekomą bitwą jedynie między teorią a doświadczeniem, kryje się wojna na wyczerpanie między dwoma programami badawczymi. Dopiero później wynik tej wojny łączony jest, w rekonstrukcji falsyfikacjonisty, z pewnym rzekomym, jednostkowym "eksperymentem rozstrzygającym".

Metodologia programów badawczych - jak każda inna teoria racjonalności naukowej - uzupełniona być musi przez historię empiryczno-zewnętrzną. Żadna teoria racjonalności nie rozwiąże problemów w rodzaju, dlaczego genetyka Mendla znikła w Związku Radzieckim w latach pięćdziesiątych, lub dlaczego pewne szkoły badań nad genetycznymi różnicami rasowymi czy nad ekonomią pomocy zagranicznej popadły w anglosaskich krajach w latach sześćdziesiątych w niełaskę. Co więcej, by wyjaśnić odmienne tempa rozwoju różnych programów badawczych, będziemy może musieli odwołać się do historii zewnętrznej. Racjonalne rekonstrukcje nauki (w sensie, w jakim tego terminu używam) nie mogą ogarnąć całości, bowiem istoty ludzkie nie są zwierzętami w pełni racjonalnymi; a nawet gdy działają racjonalnie, mogą mieć fałszywą teorię swych własnych racjonalnych działań.

Ale metodologia programów badawczych kreśli granicę między historią wewnętrzną a zewnętrzną wyraźnie odmienną od tej kreślonej przez inne teorie racjonalności. Na przykład to, co falsyfikacjoniście wydaje się (częstym niestety) zjawiskiem irracjonalnego obstawania przy teoriach "obalonych" lub sprzecznych, a co w związku z tym zalicza on do historii zewnętrznej, można w ramach mojej metodologii wyjaśnić w sposób wewnętrzny jako racjonalną obronę obiecującego programu badawczego. Natomiast udane przewidywania nowych faktów, które stanowią poważne świadectwo na rzecz programu badawczego, a zatem istotną część historii wewnętrznej, są nieistotne zarówno dla indukcjonisty jak i falsyfikacjonisty. Dla indukcjonisty i dla falsyfikacjonisty nie jest ważne, czy odkrycie faktu poprzedzało teorię czy następowało po niej: decyduje jedynie logiczna relacja między nimi. "Irracjonalny" wpływ historycznego zbiegu okoliczności, który sprawił, że teoria antycypowała odkrycie faktu, nie ma wewnętrznego znaczenia. Takie antycypacje nie są "dowodem, lecz argumentem propagandowym". Albo rozważmy niezadowolenie, jakie wzbudził w Plancku jego własny wzór na promieniowanie, który uważał za "arbitralny". Zdaniem falsyfikacjonisty wzór ten był śmiałą, falsyfikowalną hipotezą, a niechęć Plancka w stosunku do niego była przejawem nieracjonalnego nastroju, wyjaśnialnego jedynie w kategoriach psychologicznych. Jednak, moim zdaniem, niezadowolenie Plancka można wyjaśnić w sposób wewnętrzny: było to racjonalne potępienie teorii "ad hoc3". Albo jeszcze jeden przykład: zdaniem falsyfikacjonisty nieobalalna "metafizyka" stanowi zewnętrzny wpływ intelektualny, w moim podejściu jest ona istotną częścią racjonalnej rekonstrukcji nauki.

Większość historyków skłaniała się, jak dotąd, do poglądu, że rozwiązanie pewnych problemów stanowi monopol eksternalistów. Jeden z nich to problem bardzo częstego pojawiania się odkryć równoczesnych. Wulgarni marksiści oferują proste jego rozwiązanie: odkrycie dokonywane jest przez wielu ludzi w tym samym czasie, skoro powstaje społeczne na nie zapotrzebowanie. Ale to, co stanowi "odkrycie", a zwłaszcza ważne odkrycie, zależy od wyznawanej metodologii. Zdaniem indukcjonisty, najważniejsze są odkrycia faktów, i rzeczywiście takie odkrycia często dokonywane są równocześnie. Zdaniem falsyfikacjonisty ważne odkrycie polega raczej na odkryciu teorii niż faktu. Gdy już teoria została odkryta (a raczej wynaleziona), staje się ona własnością publiczną; i oczywiste jest, że różni ludzie będą ją równocześnie sprawdzać i dokonają, równocześnie, (pomniejszych) odkryć faktualnych. Opublikowana teoria stanowi również wyzwanie, by obmyślać niezależnie sprawdzalne wyjaśnienia wyższego poziomu. Na przykład, gdy dysponowano elipsami Keplera i szczątkową dynamiką Galileusza, to równoczesne "odkrycie" prawa odwrotnych kwadratów nie było zbyt zaskakujące: gdy sytuacja problemowa jest własnością publiczną, odkrycia równoczesne wyjaśnione być mogą w sposób czysto wewnętrzny. Jednak odkrycie nowego problemu może nie być tak łatwo wyjaśnialne. Jeśli myślimy o historii nauki jako o zbiorze konkurencyjnych programów badawczych, to większość odkryć równoczesnych, teoretycznych lub faktualnych, wyjaśnia fakt, że programy badawcze są własnością publiczną i wielu ludzi pracuje nad nimi w różnych zakątkach świata, nie wiedząc może o sobie wzajem. Jednak rzeczywiście nowe, ważne, rewolucyjne koncepcje rzadko są wynajdowane równocześnie. Niektóre rzekomo równoczesne odkrycia nowych programów jawią się jako takie jedynie w fałszywym świetle retrospekcji: faktycznie są to różne odkrycia, dopiero później złączone w jedno.

Ulubionym terenem polowań eksternalistów jest związany z tym problem, dlaczego tak wielkie znaczenie przywiązuje się do sporów o pierwszeństwo i dlaczego tak wiele poświęca się im energii. Indukcjonista, naiwny falsyfikacjonista czy konwencjonalista wyjaśnić to mogą jedynie w sposób zewnętrzny; ale w świetle metodologii programów badawczych niektóre spory o pierwszeństwo stanowią istotne problemy wewnętrzne, w tej metodologii bowiem niesłychanie ważne dla racjonalnej oceny staje się to, który program jako pierwszy antycypował nowy fakt, a który dopasowany został do starego już faktu dopiero później. Niektóre ze sporów o pierwszeństwo można wyjaśnić odwołując się do zainteresowań racjonalnych, a nie po prostu do próżności czy żądzy sławy. Wtedy wagi nabiera fakt, że, na przykład, teoria Tychona zdołała wyjaśnić obserwowane fazy i odległości Wenus jedynie post hoc, a były one pierwotnie dokładnie antycypowane przez zwolenników Kopernika; lub że kartezjanie zdołali wyjaśnić wszystko to, co Newton przewidział - ale jedynie post hoc. Optyczna teoria Newtona wyjaśniała post hoc wiele zjawisk, które antycypowane były i po raz pierwszy obserwowane przez zwolenników Huygensa.

Wszystkie te przykłady pokazują, w jaki sposób metodologia naukowych programów badawczych przekształca wiele problemów, które w innych historiografiach były problemami zewnętrznymi, w problemy wewnętrzne. Ale czasami linia graniczna przesuwana jest w odwrotną stronę. Na przykład, mógł istnieć eksperyment, który natychmiast został zaakceptowany - przy braku lepszej teorii - jako negatywny eksperyment rozstrzygający. Dla falsyfikacjonisty taka akceptacja stanowi część historii wewnętrznej; moim zdaniem, nie jest ona racjonalna i należy ją wyjaśnić w kategoriach historii zewnętrznej.

Uwaga. Metodologia naukowych programów badawczych została skrytykowana zarówno przez Feyerabenda, jak przez Kuhna. Zdaniem Kuhna: "[Lakatos] musi określić kryteria, których można użyć w danym czasie, by rozróżnić degenerujące się i postępowe programy badawcze. W przeciwnym razie niczego nam w ogóle nie powiedział". Faktycznie ja takie kryteria określam. Ale Kuhnowi prawdopodobnie chodziło o to, że "[moje] normy mają znaczenie praktyczne tylko w połączeniu z limitem czasowym (coś, co wygląda na zdegenerowane przesunięcie problemowe, może być początkiem znacznie dłuższego okresu postępu)". Skoro ja takiego limitu nie określam, Feyerabend dochodzi do wniosku, że moje normy są jedynie "werbalnym ornamentem". Podobną uwagę poczynił Musgrave w liście zawierającym pewną ważną, konstruktywną krytykę wcześniejszego szkicu, w którym domagał się, bym określił, na przykład, od którego momentu dogmatyczne trwanie przy programie należy wyjaśniać raczej w sposób "zewnętrzny" niż "wewnętrzny".
    Spróbuję wyjaśnić, dlaczego takie zarzuty mijają się z celem. Można w racjonalny sposób obstawać przy degenerującym się programie, póki nie wyprzedzi go konkurent, a nawet później. Nie wolno natomiast przeczyć jego kiepskim notowaniom publicznym. Zarówno Feyerabend, jak Kuhn mieszają metodologiczną ocenę programu ze stanowczą heurystyczną radą, co robić. Jest najzupełniej racjonalne brać udział w ryzykownej grze, irracjonalne jest natomiast oszukiwać się co do ryzyka.
    To nie oznacza, jak mogłoby się wydawać, że na wiele pozwalamy tym, którzy trwają przy degenerującym się programie. Mogą to bowiem zwykle czynić jedynie prywatnie. Wydawcy pism naukowych powinni odmawiać publikowania ich artykułów, które, w ogólnym przypadku, bądź to będą zawierać uroczyste potwierdzenia ich stanowiska, bądź będą wchłaniać kontrświadectwa (a nawet konkurencyjne programy) za pomocą lingwistycznych poprawek ad hoc. Fundacje badawcze powinny też odmawiać pieniędzy.
    Te obserwacje odpowiadają również na zarzut Musgrave'a, odróżniając racjonalne i irracjonalne (lub uczciwe i nieuczciwe) trwanie przy degenerującym się programie. Rzucają również dodatkowe światło na rozróżnienie historii wewnętrznej i zewnętrznej. Pokazują, że historia wewnętrzna sama wystarczy, by przedstawić historię bezcielesnej nauki, łącznie z degenerującymi się przesunięciami problemowymi. Historia zewnętrzna wyjaśnia, dlaczego ludzie żywią fałszywe przekonania na temat postępu naukowego i jaki wpływ takie przekonania wywrzeć mogą na ich działalność naukową.

(e) Historia wewnętrzna i zewnętrzna

Krótko omówiono cztery teorie racjonalności postępu naukowego - lub logiki odkrycia naukowego. Pokazano, w jaki sposób każda z nich dostarcza teoretycznego schematu pojęciowego racjonalnym rekonstrukcjom historii nauki.

Tak więc na historię wewnętrzną indukcjonisty składają się rzekome odkrycia twardych faktów i tak zwane indukcyjne uogólnienia. Na historię wewnętrzną konwencjonalisty składają się odkrycia faktów i wznoszenie systemów przegródek, a także ich zastępowanie przez systemy rzekomo prostsze. Historia wewnętrzna falsyfikacjonisty uwydatnia śmiałe przypuszczenia, ulepszenia, o których powiada się, że zawsze wykazują się przyrostem treści, a przede wszystkim zwycięskie "negatywne eksperymenty rozstrzygające". A wreszcie metodologia programów badawczych uwydatnia długotrwałą, teoretyczną i empiryczną, rywalizację wielkich programów badawczych, postępowe i degenerujące się przesunięcia problemowe i wolno dokonujące się zwycięstwo jednego programu nad drugim.

Każda racjonalna rekonstrukcja wytwarza pewne charakterystyczne schematy racjonalnego rozwoju wiedzy naukowej. Ale każda z tych normatywnych rekonstrukcji będzie zapewne musiała być uzupełniona przez empiryczne teorie zewnętrzne, by wyjaśnić resztkowe czynniki nieracjonalne. Historia nauki jest zawsze bogatsza od swych racjonalnych rekonstrukcji. Ale racjonalna rekonstrukcja lub historia wewnętrzna jest pierwotna, a historia zewnętrzna jedynie wtórna, skoro najważniejsze problemy historii zewnętrznej są określane przez historię wewnętrzną. Historia zewnętrzna bądź to dostarcza nieracjonalnego wyjaśnienia szybkości, umiejscowienia, selektywności itd. zdarzeń historycznych, zinterpretowanych w kategoriach historii wewnętrznej; bądź, gdy historia różni się od swej racjonalnej rekonstrukcji, dostarcza empirycznego wyjaśnienia, dlaczego różnica taka zachodzi. Ale racjonalny aspekt rozwoju naukowego jest w pełni wyjaśniany przez odpowiednią logikę odkrycia naukowego.

Jeśli historyk nauki chce rozwiązać jakikolwiek problem, to najpierw musi zrekonstruować stosowny fragment rozwijającej się obiektywnej wiedzy naukowej, a zatem stosowny fragment "historii wewnętrznej". Jak pokazano, od jego filozofii zależy, choćby nie był tego świadom, co stanowi dla niego historię wewnętrzną. Większość teorii rozwoju wiedzy to teorie rozwoju wiedzy bezcielesnej: to, czy eksperyment jest rozstrzygający czy nie, czy hipoteza jest wysoce prawdopodobna w świetle dostępnych danych empirycznych czy nie, czy przesunięcie problemowe jest postępowe czy nie, w najmniejszym stopniu nie zależy od przekonań naukowców, ich osobowości czy autorytetu. Żadna historia wewnętrzna nie interesuje się tymi subiektywnymi czynnikami. Na przykład, "historyk wewnętrzny" odnotowuje program Prouta z jego twardym rdzeniem (iż ciężary atomowe czystych pierwiastków chemicznych są liczbami całkowitymi) i jego pozytywną heurystyką (odrzucić i zastąpić współczesne, fałszywe teorie obserwacyjne, stosowane w trakcie pomiarów ciężarów atomowych). Ten program później realizowano. Wewnętrzny historyk niewiele czasu poświęci przekonaniu Prouta, że gdyby "techniki eksperymentalne" jego czasu stosowano "starannie" i gdyby odkrycia doświadczalne właściwie interpretowano, anomalie natychmiast okazałyby się zwykłymi złudzeniami. Wewnętrzny historyk uzna ten historyczny fakt za należący do drugiego świata, będący jedynie karykaturą swego odpowiednika w świecie trzecim. Dlaczego takie karykatury powstają, to go już nie interesuje; może - w przypisie - przekazać eksternaliście problem, dlaczego pewni naukowcy żywią "fałszywe przekonania" na temat tego, co czynią.

Tak więc konstruując historię wewnętrzną historyk będzie wysoce wybiórczy: pominie wszystko to, co w świetle jego teorii racjonalności jest irracjonalne. Ale ten normatywny wybór nigdy nie złoży się na w pełni dojrzałą racjonalną rekonstrukcję. Na przykład, Prout nigdy nie wyartykułował "programu Prouta": jego program nie jest jego programem. Nie tylko ("wewnętrzny") sukces lub ("wewnętrzną") porażkę programu oceniać można jedynie retrospektywnie: często odnosi się to także do jego treści. Historia wewnętrzna nie jest po prostu wyborem metodologicznie zinterpretowanych faktów: może ona stanowić, czasami, ich radykalnie ulepszoną wersję. Można to zilustrować na przykładzie programu Bohra. Bohr w roku 1913 mógł nawet nie myśleć o możliwości spinu elektronu. I bez spinu miał więcej, niż potrzebował. A jednak historyk, opisując retrospektywnie jego program, powinien włączyć do niego spin, skoro spin elektronu w naturalny sposób pasuje do pierwotnego zarysu programu. Bohr mógłby się do niego odwołać w roku 1913. Dlaczego tego nie zrobił, to interesujący problem, na który należałoby wskazać w przypisie. (Takie problemy można by następnie rozwiązywać w sposób wewnętrzny, wskazując na racjonalne powody rozwoju obiektywnej, bezosobowej wiedzy; lub w sposób zewnętrzny, wskazując na psychologiczne przyczyny ewolucji osobistych przekonań Bohra.)

Jednym ze sposobów wykazania rozbieżności między historią a jej racjonalną rekonstrukcją jest zrelacjonowanie historii wewnętrznej w tekście i wskazanie w przypisach, jak to historia faktyczna "źle się zachowała" w świetle swej racjonalnej rekonstrukcji.

Wielu historyków będzie się brzydzić ideą jakiejkolwiek racjonalnej rekonstrukcji. Zacytują lorda Bolingbroke'a: "Historia jest filozofią nauczającą na przykładach". Powiedzą, że nim zaczniemy filozofować, "potrzeba nam o wiele więcej przykładów". Ale taka indukcjonistyczna teoria historiografii jest utopijna. Historia nie może istnieć bez pewnych teoretycznych "nastawień". Niektórzy historycy poszukują odkryć twardych faktów, indukcyjnych uogólnień, inni poszukują śmiałych teorii i negatywnych eksperymentów rozstrzygających, jeszcze inni wielkich uproszczeń lub postępowych i degenerujących się przesunięć problemowych; wszyscy oni mają jakieś "nastawienia" teoretyczne. Te nastawienia mogą być oczywiście przyćmione przez eklektyczną zmienność teorii lub przez teoretyczny zamęt: ale ani eklektyzm, ani zamęt nie prowadzą bynajmniej do poglądu ateoretycznego. Znakomitym wskaźnikiem milcząco przyjętej przez historyka metodologii jest to, co uważa on za problem zewnętrzny: niektórzy zapytają, dlaczego "twardy fakt" lub "śmiała teoria" zostały odkryte w tym akurat dokładnie miejscu i czasie; inni spytają, dlaczego "degenerujące się przesunięcie problemowe" mogło cieszyć się powszechnym uznaniem w ciągu tak niewiarygodnie długiego czasu lub dlaczego "postępowe przesunięcie problemowe" w tak "nierozumny" sposób nie zostało docenione. Długie teksty poświęcono zagadnieniu, czy, a jeśli tak to dlaczego, powstanie nauki było zjawiskiem czysto europejskim; ale takie dociekania pozostaną pełną zamętu plątaniną, póki jasno nie zdefiniujemy "nauki" zgodnie z pewną jej normatywną filozofią. Jednym z najbardziej interesujących problemów historii zewnętrznej jest określenie psychologicznych, a ponadto socjologicznych, warunków, które są konieczne (choć, oczywiście, nigdy nie wystarczające) po temu, by postęp naukowy stał się możliwy; ale w samym sformułowaniu tego "zewnętrznego" problemu zawarta być musi pewna teoria metodologiczna, pewna definicja nauki. Historia nauki jest historią zdarzeń, które zostały wybrane i zinterpretowane w sposób normatywny. Skoro tak jest, to zaniedbany dotąd problem oceniania konkurencyjnych logik odkrycia naukowego, a zatem konkurencyjnych rekonstrukcji historii, nabiera ogromnego znaczenia. Do niego teraz przejdę.

2. Krytyczne porównanie metodologii:
historia jako sprawdzian swych racjonalnych rekonstrukcji

Teorie racjonalności naukowej można podzielić na dwie główne grupy.

(l) Metodologie justyfikacjonistyczne ustanawiają bardzo wymagające normy epistemologiczne: dla justyfikacjonisty klasycznego zdanie jest "naukowe" tylko wtedy, gdy jest dowiedzione, dla neojustyfikacjonisty wtedy, gdy jest w dowiedzionym stopniu prawdopodobne (w sensie rachunku prawdopodobieństwa) lub potwierdzone (w sensie trzeciej uwagi Poppera o potwierdzaniu). Niektórzy filozofowie nauki porzucili myśl o dowodzeniu czy (wykazywalnym) uprawdopodobnianiu teorii naukowych, ale pozostali dogmatycznymi empirystami: będąc indukcjonistami, probabilistami, konwencjonalistami czy falsyfikacjonistami, nadal obstają przy tym, że twierdzeń "faktualnych" można dowieść. Jednak, rzecz jasna, wszystkie te różne postacie justyfikacjonizmu rozpadają się pod ciężarem krytyki epistemologicznej i logicznej.

(2) Jedynymi alternatywami, jakie nam pozostały, są metodologie pragmatyczno-konwencjonalistyczne, zwieńczone jakąś globalną zasadą indukcji. Metodologie konwencjonalistyczne najpierw określają reguły dotyczące "akceptacji" i "odrzucania" twierdzeń faktualnych i teoretycznych - nie podając przy tym reguł dotyczących dowodu i obalenia, prawdziwości i fałszywości. Otrzymujemy zatem różne systemy reguł gry naukowej. Gra indukcjonisty polegałaby na gromadzeniu "akceptowalnych" (nie dowiedzionych) danych i wyprowadzaniu z nich "akceptowalnych" (nie dowiedzionych) uogólnień indukcyjnych. Gra konwencjonalisty polegałaby na gromadzeniu "akceptowalnych" danych i porządkowaniu ich w ramach najprostszego z możliwych systemów przegródek (lub na wymyślaniu najprostszych z możliwych systemów przegródek i wypełnianiu ich akceptowalnymi danymi). Popper jeszcze inną grę określił mianem "naukowej". Nawet metodologie, które zostały epistemologicznie i logicznie zdyskredytowane, mogą nadal funkcjonować w tych wykastrowanych wersjach jako drogowskazy dla racjonalnych rekonstrukcji historii. Ale te gry naukowe pozbawione są jakiegokolwiek autentycznego znaczenia epistemologicznego, póki nie narzucimy na nie pewnego rodzaju zasady metafizycznej (lub, jeśli wolicie, "indukcyjnej"), która stwierdzi, że ta określona przez metodologię gra daje nam najwięcej szans na zbliżenie się do Prawdy. Taka zasada przeobraża zatem czyste konwencje gry w zawodne przypuszczenia; ale bez takiej zasady gra naukowa nie różni się od innych gier.

Bardzo trudno jest krytykować metodologie konwencjonalistyczne, w rodzaju metodologii Duhema czy Poppera. Nie istnieje oczywisty sposób krytykowania czy to gry, czy metafizycznej zasady indukcji. By trudności te przezwyciężyć, zamierzam przedstawić nową teorię oceniania takich metodologii nauki (metodologii, które - przynajmniej w pierwszym stadium, przed wprowadzeniem zasady indukcyjnej - są konwencjonalistyczne). Pokażę, że metodologie można krytykować bez żadnych bezpośrednich odniesień do jakiejkolwiek teorii epistemologicznej (a nawet logicznej) i nie używając bezpośrednio żadnych zarzutów logiczno-epistemologicznych. Podstawowa idea tej krytyki jest taka, że wszystkie metodologie funkcjonują jako historiograficzne (lub metahistoryczne) teorie (lub programy badawcze) i że można je krytykować krytykując racjonalne rekonstrukcje historii, do jakich one prowadzą.

Będę się starał rozwinąć tę historiograficzną metodę krytyki w sposób dialektyczny. Rozpocznę od przypadku szczególnego: najpierw "obalę" falsyfikacjonizm "stosując" go (na normatywnym, historiograficznym metapoziomie) do niego samego. Następnie zastosuję falsyfikacjonizm również do indukcjonizmu i konwencjonalizmu i postaram się wykazać, że wszystkie te metodologie muszą w końcu zostać "sfalsyfikowane" za pomocą tej pirrońskiej machine de guerre. A wreszcie "zastosuję" nie falsyfikacjonizm, ale metodologię naukowych programów badawczych (znów na normatywno-historiograficznym metapoziomie) do indukcjonizmu, konwencjonalizmu, falsyfikacjonizmu i do niej samej i pokażę, że - na podstawie tego metakryterium - metodologie można w konstruktywny sposób krytykować i porównywać. Ta normatywno-historiograficzna wersja metodologii naukowych programów badawczych dostarcza ogólnej teorii porównywania konkurencyjnych logik odkrycia, w ramach której (w sensie, jaki należy starannie określić) historia może stanowić "sprawdzian" swych racjonalnych rekonstrukcji.

(a) Falsyfikacjonizm jako metakryterium:
historia
"falsyfikuje" falsyfikacjonizm (i wszelkie inne metodologie)

W swych czysto "metodologicznych" wersjach oceny naukowe są, jak już powiedziano, konwencjami i zawsze można je sformułować jako definicję nauki. W jaki sposób można krytykować taką definicję? Interpretowana nominalistycznie definicja jest zwykłym skrótem, terminologiczną sugestią, tautologią. W jaki sposób można krytykować tautologię? Popper twierdzi, po pierwsze, że jego definicja nauki jest "owocna", ponieważ "bardzo wiele kwestii można z jej pomocą rozjaśnić i wyjaśnić". Cytuje Mengera: "definicje są dogmatami; jedynie wyprowadzone z nich wnioski mogą nam udzielić nowych intuicji". Ale jakim cudem definicja może mieć moc wyjaśniającą lub udzielać nowych intuicji? Popper odpowiada na to: "Jedynie konsekwencje mojej definicji nauki empirycznej oraz zależne od niej rozstrzygnięcia metodologiczne pozwalają naukowcowi dostrzec, jak dalece jest ona zgodna z intuicyjną koncepcją celu jego własnych zamierzeń".

Jest to odpowiedź zgodna z ogólnym poglądem Poppera, iż konwencje można krytykować rozważając ich "dogodność" w odniesieniu do pewnego celu: "Dogodność wszelkich tego typu konwencji oceniana może być różnie, a rozsądna dyskusja na ten temat możliwa jest tylko wówczas, gdy obie strony stawiają sobie wspólny cel. Oczywiście wybór celu [nie mieści się] w granicach argumentacji racjonalnej". Faktycznie Popper nigdzie nie przedstawił teorii racjonalnej krytyki niesprzecznych konwencji. Nie stawia pytania: "W jakich warunkach porzuciłbyś swoje kryterium demarkacji?" a tym bardziej nie udziela na nie odpowiedzi.

Na to pytanie można jednak odpowiedzieć. Mojej odpowiedzi udzielę w dwóch stadiach: przedstawię najpierw odpowiedź naiwną, potem wyrafinowaną. Zacznę od przypomnienia, w jaki sposób Popper doszedł, wedle jego własnej relacji, do swego kryterium. Uważał, podobnie jak najlepsi naukowcy owych czasów, że teoria Newtona, choć obalona, stanowi wspaniałe osiągnięcie naukowe; że teoria Einsteina jest jeszcze lepsza; i że astrologia, freudyzm i dwudziestowieczny marksizm są pseudonaukowe. Jego problem polegał na znalezieniu definicji nauki, z której by wypływały te "podstawowe sądy" dotyczące poszczególnych teorii; i przedstawił rozwiązanie nowatorskie. A teraz rozważmy propozycję, iż teorię racjonalności - lub kryterium demarkacji - należy odrzucić, jeśli jest ona sprzeczna z zaakceptowanym "podstawowym sądem wartościującym" elity naukowej. Ta reguła metametodologiczna (metafalsyfikacjonizm) odpowiada chyba Popperowskiej regule metodologicznej (falsyfikacjonizm), iż teorię naukową należy odrzucić, jeśli jest ona sprzeczna z ("empirycznym") zdaniem bazowym jednomyślnie zaakceptowanym przez wspólnotę naukową. Cała metodologia Poppera spoczywa na twierdzeniu, że istnieją zdania (względnie) jednostkowe i że naukowcy mogą osiągnąć jednomyślność w kwestii ich prawdziwości; bez takiej zgodności powstałaby nowa wieża Babel, zaś "strzelista budowla nauki ległaby wkrótce w gruzach". Ale gdyby nawet panowała zgodność poglądów na temat zdań "bazowych", to gdyby nie było zgody na temat tego, w jaki sposób oceniać osiągnięcia naukowe w odniesieniu do tej "bazy empirycznej", czyż strzelista budowla nauki nie ległaby wkrótce w gruzach? Bez wątpienia tak. Choć niewielką zgodność poglądów osiągano, jeśli chodzi o ogólne kryterium naukowego charakteru teorii, to panowała w ciągu dwóch ostatnich stuleci dość powszechna zgoda na temat poszczególnych osiągnięć. Choć nie było powszechnej zgody na temat teorii racjonalności naukowej, to zachodziła znaczna zgodność poglądów na temat tego, czy poszczególny, pojedynczy krok w grze był naukowy, czy zwariowany, lub czy poszczególny gambit rozegrano prawidłowo, czy nie. Ogólna definicja nauki musi zatem dostarczyć rekonstrukcji, w świetle której posunięcia powszechnie uznane za najlepsze okażą się "naukowe": jeśli tego nie zrobi, musimy ją odrzucić.

Przyjmijmy zatem na próbę, ze jeśli kryterium demarkacji jest sprzeczne z "podstawowymi" ocenami naukowej elity, to należy je odrzucić.

I jeśli zastosujemy to quasi-empiryczne metakryterium (które zamierzam dalej odrzucić), to będziemy musieli odrzucić kryterium demarkacji Poppera - czyli Popperowskie reguły gry w naukę.

Podstawowa reguła Poppera powiada, że naukowiec musi z góry określić, w jakich to warunkach eksperymentalnych porzuci nawet najbardziej podstawowe ze swych założeń. Na przykład, pisze on krytykując psychoanalizę: "Kryteria obalenia muszą być określone z góry: trzeba ustalić, które z obserwowalnych sytuacji, gdyby je faktycznie zaobserwowano, oznaczałyby, że teoria została obalona. Ale jakiego to rodzaju reakcja kliniczna obaliłaby, ku zadowoleniu analityka, nie tylko szczególną analityczną diagnozę, ale samą psychoanalizę? I czy analitycy kiedykolwiek omawiali lub uzgodnili takie kryteria?" W przypadku psychoanalizy Popper miał rację: żadna odpowiedź się nie pojawiła. Podstawowy zarzut Poppera o nieuczciwość naukową wprawił freudystów w zakłopotanie. Co więcej, odmówili oni określenia warunków doświadczalnych, w jakich porzuciliby swoje podstawowe założenia. Zdaniem Poppera był to probierz ich intelektualnej nieuczciwości. Ale co by się stało, gdybyśmy postawili pytanie Poppera naukowcowi newtonowskiemu: "Jakiego rodzaju obserwacja obaliłaby, ku zadowoleniu newtonowskiego fizyka, nie tylko szczególne newtonowskie wyjaśnienie, ale samą dynamikę i teorię grawitacji Newtona? I czy ci fizycy kiedykolwiek takie kryteria omawiali i uzgodnili?" Newtonowski fizyk chyba nie potrafiłby, niestety, udzielić pozytywnej odpowiedzi. Ale wobec tego, jeśli na mocy norm Poppera mamy potępić analityków za nieuczciwość, to musimy potępić również fizyków newtonowskich. A jednak nauka newtonowska, w przeciwieństwie do tego rodzaju "dogmatyzmu", cieszy się ogromnym poważaniem wśród największych naukowców, a i u samego Poppera. A zatem "dogmatyzm" newtonowski "falsyfikuje" definicję Poppera: przeciwstawia się jego racjonalnej rekonstrukcji.

Popper może z pewnością uchylić swój słynny zarzut i wymagać falsyfikowalności - i odrzucenia w razie falsyfikacji - jedynie w przypadku systemów teorii, włączając w to warunki początkowe i wszelkiego rodzaju teorie pomocnicze i obserwacyjne. Jest to znaczne ustępstwo, zezwala bowiem pomysłowemu naukowcowi na zachowanie swej ulubionej teorii za pomocą odpowiednich, udanych zmian w jakimś odległym, mrocznym zakątku, na peryferiach jego teoretycznego labiryntu. Ale nawet w świetle złagodzonej reguły Poppera najznakomitsi naukowcy jawią się jako irracjonalni dogmatycy, bowiem wielkie programy badawcze zawsze stoją w obliczu znanych anomalii: badacz zwykle odkłada je na bok i postępuje zgodnie z pozytywną heurystyką programu. Ogólnie rzecz biorąc, skupia swą uwagę raczej na pozytywnej heurystyce niż na rozpraszających anomaliach, w nadziei, że "oporne przypadki" przekształcone zostaną w przypadki potwierdzające w miarę rozwoju programu. Mówiąc słowami Poppera, najwięksi naukowcy w tych sytuacjach używają zakazanych posunięć, wybiegów ad hoc: zamiast uważać anomalne peryhelium Merkurego za falsyfikacie newtonowskiej teorii naszego systemu planetarnego, a zatem za rację przemawiającą za jej odrzuceniem, większość fizyków odłożyła ją na półkę jako przypadek problematyczny, do rozwiązania w jakimś późniejszym stadium - lub przedstawili rozwiązania ad hoc. Najlepsi naukowcy powszechnie przyjmują to metodologiczne podejście, polegające na traktowaniu jako (zwykłych) anomalii tego, co Popper uważałby za (dramatyczne) kontrprzykłady. Niektóre z programów badawczych, darzonych dziś przez wspólnotę naukową najwyższym szacunkiem, rozwinęły się w oceanie anomalii. To, że dokonując wyboru problemów, najwięksi naukowcy "bezkrytycznie" ignorują anomalie (i że izolują je przy pomocy wybiegów ad hoc), dalej falsyfikuje, przynajmniej według naszego metakryterium, metodologię Poppera. Nie jest on w stanie zinterpretować pewnych najważniejszych wzorców rozwoju nauki jako racjonalnych.

Co więcej, zdaniem Poppera, pracę w ramach systemu sprzecznego musimy niezmiennie uważać za irracjonalną: "system wewnętrznie sprzeczny należy odrzucić [ponieważ] nie przynosi żadnych informacji. Żadne zdanie nie wyróżnia się spośród innych [...] gdyż wyprowadzalne są wszystkie". Ale niektóre z największych naukowych programów badawczych rozwijały się na sprzecznych podstawach. Co więcej, w takich przypadkach reguła stosowana często przez najlepszych naukowców brzmi: "Allez en avant et la foi vous viendra". Ta antypopperowska metodologia umożliwiła przetrwanie zarówno rachunkowi infinitezymalnemu, jak naiwnej teorii mnogości w czasach, gdy doskwierały im paradoksy logiczne.

Faktycznie, gdyby grę naukową rozgrywano zgodnie z Popperowską księgą reguł, to artykuł Bohra z 1913 r. nigdy nie zostałby opublikowany, był bowiem w sprzeczny sposób zaczepiony na teorii Maxwella, zaś funkcja delta Diraca byłaby zakazana do czasu Schwartza. Wszystkie te przykłady badań opartych na sprzecznych podstawach dalej jeszcze "falsyfikują" falsyfikacjonistyczną metodologię.

Tak więc różne "podstawowe" oceny naukowej elity "falsyfikują" Popperowską definicję nauki i naukowej etyki. Powstaje następnie problem, w jakim zakresie, uwzględniwszy te rozważania, falsyfikacjonizm służyć może historykowi nauki za drogowskaz. Najprostsza odpowiedź brzmi, że w bardzo niewielkim. Popper, czołowy falsyfikacjonista, nigdy nie napisał żadnej historii nauki; chyba dlatego, że był zbyt wrażliwy na sądy wielkich naukowców, by wypaczać historię zgodnie z falsyfikacjonistycznymi upodobaniami. Trzeba pamiętać, że choć w swych autobiograficznych wspomnieniach wymienia naukę newtonowską jako wzorzec naukowości, czyli falsyfikowalności, to w swej klasycznej Logik der Forschung nigdzie nie dyskutuje falsyfikowalności teorii Newtona. Logik der Forschung, jako całość, jest sucho abstrakcyjna i wysoce ahistoryczna. Tam, gdzie Popper ryzykuje zdawkowe uwagi na temat falsyfikowalności głównych teorii naukowych, pogrąża się w jakichś logicznych błędach albo zniekształca historię tak, by pasowała do jego teorii racjonalności. Jeśli metodologia historyka dostarcza kiepskiej rekonstrukcji racjonalnej, to może on bądź błędnie odczytać historię, w taki sposób, by zgadzała się z jego racjonalną rekonstrukcją, bądź stwierdzi, że historia nauki jest wysoce irracjonalna. Szacunek Poppera dla wielkiej nauki sprawił, że wybrał on pierwszą możliwość, podczas gdy wyzbyty szacunku Feyerabend wybrał tę drugą. Tak więc Popper, w swych wzmiankach historycznych, wykazuje skłonność do przekształcania anomalii w "eksperymenty rozstrzygające" i przeceniania ich bezpośredniego wpływu na historię nauki. Postrzegani przez jego okulary wielcy naukowcy chętnie akceptują obalenia i to stanowi zasadnicze źródło ich problemów. Na przykład, twierdzi on w pewnym miejscu, że eksperyment Michelsona-Morleya zdecydował o upadku klasycznej teorii eteru; przecenia również rolę tego eksperymentu w powstaniu teorii względności Einsteina. Potrzeba upraszczających okularów naiwnego falsyfikacjonisty, by postrzegać, wraz z Popperem, klasyczne eksperymenty Lavoisiera jako obalenia (lub jako "przyczynki do obalenia") teorii flogistonowej; lub by postrzegać teorię Bobra-Kramersa-Slatera jako powaloną jednym ciosem przez Comptona; lub by zasada parzystości jawiła się nam jako "odrzucona" na podstawie "kontrprzykładu".

Co więcej, jeśli Popper chce zrekonstruować tymczasową akceptację teorii jako racjonalną na mocy jego warunków, to musi ignorować historyczny fakt, że najważniejsze teorie rodzą się obalone i że pewne prawa są następnie, wbrew znanym kontrprzykładom, raczej wyjaśniane niż obalane. Wykazuje on skłonność do niedostrzegania żadnych anomalii znanych wcześniej niż ta, którą później intronizowano jako "rozstrzygające kontrświadectwo". Na przykład, mylnie sądzi, że "ani teoria Galileusza, ani Keplera nie były obalone przed Newtonem". Ważny jest kontekst. Popper uważa, że najważniejszy schemat postępu nauki jest taki, że eksperyment rozstrzygający nie obala pewnej teorii, obalając jednocześnie jej konkurentkę. Ale, faktycznie, w większości przypadków, jeśli nie we wszystkich, gdy mamy do czynienia z dwiema konkurencyjnymi teoriami, o obu wiemy, że są jednocześnie zainfekowane anomaliami. W takich sytuacjach Popper ulega pokusie, by je uprościć do takich, do jakich stosowalna jest jego metodologia.

Falsyfikacjonistyczna historiografia została zatem "sfalsyfikowana". Ale jeśli zastosujemy tę samą metafalsyfikacjonistyczną metodę do historiografii indukcjonistycznej i konwencjonalistycznej, to "sfalsyfikujemy" je również.

Najlepszego logiczno-epistemologicznego obalenia indukcjonizmu dokonał, oczywiście, Popper; ale nawet gdybyśmy założyli, że indukcjonizm jest filozoficznie (czyli epistemologicznie i logicznie) bez zarzutu, to falsyfikuje go historiograficzna krytyka Duhema. Duhem rozważył najgłośniejsze "sukcesy" indukcjonistycznej historiografii: prawo grawitacji Newtona i teorię elektromagnetyczną Ampere'a. Powiadano o nich, że są najbardziej udanymi zastosowaniami metody indukcyjnej. Ale Duhem (a za nim Popper i Agassi) wykazał, iż nie są. Ich analizy uwidoczniają, jak to indukcjonista, gdy chce wykazać, że rozwój faktycznej nauki jest racjonalny, musi sfałszować faktyczną historię, zniekształcić ją nie do poznania. A zatem, jeśli racjonalność nauki ma charakter indukcyjny, to faktyczna nauka nie jest racjonalna; a jeśli jest racjonalna, to nie jest indukcyjna.

Konwencjonalizm - który w odróżnieniu od indukcjonizmu nie jest łatwym łupem krytyki logicznej i epistemologicznej - również może zostać historiograficznie sfalsyfikowany. Można pokazać, że sednem rewolucji naukowych nie jest zastępowanie nieporęcznych schematów pojęciowych przez schematy prostsze.

Rewolucja kopernikańska była powszechnie uważana za wzorzec konwencjonalistycznej historiografii i nadal się ją za takowy w wielu miejscach uważa. Polanyi, na przykład, powiada nam, że "prostszy obraz" Kopernika był "uderzająco piękny" i że "[słusznie] miał wielką moc przekonywania". Ale współczesne studia nad materiałami źródłowymi, dokonane zwłaszcza przez Kuhna, rozwiały ten mit i dostarczyły wyraźnego, historiograficznego obalenia tej konwencjonalistycznej relacji. Powszechnie się teraz przyjmuje, że układ Kopernika był "co najmniej równie skomplikowany jak układ Ptolemeusza". A jeśli tak, to o ile teoria Kopernika była racjonalna, to nie z powodu jej najwyższej, obiektywnej prostoty.

A zatem indukcjonizm, falsyfikacjonizm i konwencjonalizm można, jako racjonalne rekonstrukcje historii, sfalsyfikować za pomocą użytej przeze mnie odmiany krytyki historiograficznej. Historiograficzna falsyfikacja indukcjonizmu została, jak widzieliśmy, zainicjowana już przez Duhema, a dalej prowadzili ją Popper i Agassi. Historiograficznej krytyki (naiwnego) falsyfikacjonizmu dokonali Polanyi, Kuhn, Feyerabend i Holton. Najważniejszą spośród historiograficznych krytyk konwencjonalizmu znaleźć można w znakomitej - cytowanej już - pracy Kuhna na temat rewolucji kopernikańskiej. Wniosek z tych krytyk jest taki, że wszystkie te racjonalne rekonstrukcje historii wtłaczają ją w prokrustowe łoże swej obłudnej moralności, tworząc w ten sposób zmyślone historie, spoczywające na mitycznych "podstawach indukcyjnych", "prawomocnych uogólnieniach indukcyjnych", "eksperymentach rozstrzygających", "wielkich rewolucyjnych uproszczeniach" itd. Ale krytycy falsyfikacjonizmu i konwencjonalizmu wyciągnęli z falsyfikacji tych metodologii wnioski zupełnie inne od tych, jakie wyciągnęli Duhem, Popper i Agassi z dokonanej przez siebie falsyfikacji indukcjonizmu. Polanyi (i chyba Holton) doszli do wniosku, że choć właściwej, racjonalnej oceny naukowej dokonywać można w poszczególnych przypadkach, to nie istnieje ogólna teoria naukowej racjonalności . Wszystkie metodologie, wszystkie racjonalne rekonstrukcje można historiograficznie "sfalsyfikować": nauka jest racjonalna, ale jej racjonalności nie da się podciągnąć pod ogólne prawa jakiejś metodologii. Feyerabend, z drugiej strony, doszedł do wniosku, że nie tylko nie może istnieć żadna ogólna teoria racjonalności naukowej, ale że również nie ma czegoś takiego jak naukowa racjonalność. Tak więc Polanyi zwrócił się ku konserwatywnemu autorytaryzmowi, Feyerabend natomiast ku sceptycznemu anarchizmowi. Kuhn przedstawił wysoce oryginalną wizję irracjonalnie zmieniającego się racjonalnego autorytetu.

Chociaż, jak to widać z niniejszych uwag, wysoce cenię dokonane przez Polanyi'ego, Feyerabenda i Kuhna krytyki zastanych ("internalistycznych") teorii metody, to wyciągam stąd wniosek zupełnie inny niż oni. Postanowiłem szukać ulepszonej metodologii, dostarczającej lepszej racjonalnej rekonstrukcji nauki.

Feyerabend i Kuhn natychmiast próbowali "sfalsyfikować" z kolei moją ulepszoną metodologię. Wkrótce musiałem stwierdzić, że, przynajmniej w sensie opisanym w tym paragrafie, również moja metodologia - i każda metodologia w ogóle - może zostać "sfalsyfikowana", z tego prostego powodu, że żaden zbiór ludzkich sądów nie jest całkowicie racjonalny, a zatem żadna racjonalna rekonstrukcja nie będzie się zgadzać z faktyczną historią.

Stwierdzenie tego faktu doprowadziło mnie do zaproponowania nowego, konstruktywnego kryterium, na podstawie którego można oceniać metodologie jako racjonalne rekonstrukcje historii.

(b) Metodologia historiograficznych programów badawczych.
Historia - w różnych stopniach - potwierdza swe racjonalne rekonstrukcje

Chciałbym przedstawić swoją propozycję w dwóch stadiach. Najpierw nieco poprawię omówione właśnie falsyfikacjonistyczne metakryterium historiograficzne, a potem całkowicie zastąpię je kryterium lepszym.

Najpierw ta mała poprawka. Jeśli ogólna reguła koliduje z pewnym szczególnym "normatywnym sądem podstawowym", to trzeba dać wspólnocie naukowej czas, by się nad tym zastanowiła: być może porzucą ten swój szczególny sąd i podporządkują się regule ogólnej. Nie wolno spieszyć się z falsyfikacjami - historiograficznymi - "drugiego rzędu" bardziej niż z falsyfikacjami - naukowymi - "pierwszego rzędu".

A dalej, skoro zaniechaliśmy metody naiwnego falsyfikacjonizmu, to dlaczego mielibyśmy obstawać przy jego metametodzie. Łatwo możemy ją zastąpić metodologią naukowych programów badawczych drugiego rzędu, lub, jeśli wolicie, metodologią historiograficznych programów badawczych.

Twierdząc, że zadaniem teorii racjonalności jest zestawianie podstawowych sądów wartościujących w ogólne, koherentne schematy, nie musimy takich schematów natychmiast odrzucać jedynie z powodu paru anomalii czy innych sprzeczności. Powinniśmy, rzecz jasna, domagać się, by dobra teoria racjonalności antycypowała przyszłe podstawowe sądy wartościujące, nieoczekiwane w świetle jej poprzedniczek, a nawet aby wiodła do rewizji podstawowych sądów wartościujących, głoszonych wcześniej. Tak więc odrzucamy teorię racjonalności jedynie na rzecz teorii lepszej, takiej, która, w tym "quasi-empirycznym" sensie, stanowi postępowe przesunięcie w sekwencji programów badawczych racjonalnych rekonstrukcji. W ten sposób to nowe - łagodniejsze - metakryterium umożliwia nam porównywanie konkurencyjnych logik odkrycia i dostrzeżenie rozwoju "metanaukowej" - metodologicznej - wiedzy.

Na przykład, nie musimy odrzucać teorii racjonalności naukowej Poppera po prostu dlatego, że została "sfalsyfikowana" przez pewne faktyczne "sądy podstawowe" wiodących naukowców. Co więcej, zgodnie z naszym nowym kryterium, kryterium demarkacji Poppera stanowi najwyraźniej postęp w stosunku do jego justyfikacjonistycznych poprzedników, a w szczególności do indukcjonizmu. W przeciwieństwie bowiem do swych poprzedników, przywróciło naukowy status teoriom sfalsyfikowanym, takim jak teoria flogistonu, zmieniając w ten sposób na przeciwne sądy wartościujące, które przeniosły tę ostatnią z historii właściwej nauki do historii irracjonalnych wierzeń. Udało mu się też zrehabilitować teorię Bohra-Kramersa-Slatera. W świetle większości justyfikacjonistycznych teorii racjonalności historia nauki jest, w szczytowych przypadkach, historią przednaukowych preludiów do jakiejś przyszłej historii nauki. Metodologia Poppera pozwoliła historykowi na zinterpretowanie większej części faktycznych podstawowych sądów wartościujących w historii nauki jako racjonalnych: w tym normatywno-historiograficznym sensie jego teoria stanowiła postęp. W świetle lepszych racjonalnych rekonstrukcji nauki można zawsze większą część faktycznej wielkiej nauki zrekonstruować jako racjonalną.

Mam nadzieję, że moja modyfikacja logiki odkrycia Poppera postrzegana będzie z kolei - zgodnie z podanym przeze mnie kryterium - jako kolejny krok naprzód. Wydaje się bowiem, że dostarcza ona koherentnego wyjaśnienia większej liczby starych, izolowanych podstawowych sądów wartościujących; co więcej, doprowadziła do nowych i, przynajmniej dla justyfikacjonisty i naiwnego falsyfikacjonisty, zadziwiających podstawowych sądów wartościujących. Na przykład, według teorii Poppera, irracjonalne było zachowywanie i dalsze opracowywanie teorii grawitacji Newtona po odkryciu anomalnego peryhelium Merkurego; było też irracjonalne rozwijanie starej teorii kwantów Bohra opartej na sprzecznych podstawach. Z mojego punktu widzenia były to przekształcenia w pełni racjonalne: w pełni racjonalne są pewne osłonowe działania w obronie pokonanych programów - nawet po tak zwanych "eksperymentach rozstrzygających". Tak więc moja metodologia prowadzi do rewizji tych sądów historiograficznych, które usunęły te działania osłonowe z historii pisanych przez partie indukcjonistów i falsyfikacjonistów.

Co więcej, ta metodologia z przekonaniem przewiduje, że tam, gdzie falsyfikacjonista dostrzega natychmiastową porażkę, poniesioną przez teorię w rezultacie prostej bitwy z pewnym faktem, historyk wykryje skomplikowaną wojnę na wyczerpanie, która zaczęła się na długo przed rzekomym "eksperymentem rozstrzygającym", a skończyła się długo po nim; zaś tam, gdzie falsyfikacjonista dostrzega teorie niesprzeczne i nieobalone, ona przewiduje istnienie hord znanych anomalii w obrębie programów badawczych, rozwijających się na sprzecznych, być może, podstawach. Tam, gdzie konwencjonalista dostrzega, że kluczem do zwycięstwa teorii nad jej poprzedniczką była jej intuicyjna prostota, ta metodologia przewiduje, że stwierdzimy, iż powodem tego zwycięstwa była empiryczna degeneracja starego programu i empiryczny postęp nowego. Tam, gdzie Kuhn i Feyerabend widzą irracjonalną zmianę, ja przewiduję, że historyk będzie w stanie wykazać, iż zmiana ta była racjonalna. Metodologia programów badawczych przewiduje zatem (lub, jeśli wolicie, "przewiduje po fakcie") nowe fakty historyczne, nieoczekiwane w świetle zastanych (wewnętrznych i zewnętrznych) historiografii, a przewidywania te, mam nadzieję, zostaną potwierdzone przez badania nad historią. Jeśli zostaną, to metodologia naukowych programów badawczych sama stanowić będzie postępowe przesunięcie problemowe.

Tak więc postęp w teorii racjonalności naukowej znaczony jest odkryciami nowych faktów historycznych, rekonstrukcją coraz większej części nasyconej wartościami historii jako racjonalnej. Innymi słowy, teoria racjonalności naukowej rozwija się, jeśli tworzy "postępowy" historiograficzny program badawczy. Nie muszę dodawać, że żaden taki historiograficzny program badawczy nie może i nie powinien wyjaśniać całej historii nauki jako racjonalnej: nawet najwięksi naukowcy robią błędne kroki i mylą się w swych sądach. Z tego powodu racjonalne rekonstrukcje na zawsze pozostają zanurzone w oceanie anomalii. Te anomalie będą w końcu musiały być wyjaśnione przez jakąś lepszą racjonalną rekonstrukcję lub przez jakąś "zewnętrzną" teorię empiryczną.

To podejście nie broni niefrasobliwego podejścia do "podstawowych sądów normatywnych" naukowców. Internalista jako internalista może słusznie ignorować "anomalie" i odsyłać je do historii zewnętrznej jedynie pod warunkiem, że internalistyczny historiograficzny program badawczy jest postępowy: lub jeśli uzupełniający go eksternalistyczny program badawczy w postępowy sposób je wchłania. Ale jeśli w świetle racjonalnej rekonstrukcji historia nauki jawi się jako coraz bardziej irracjonalna, a zarazem brak jest postępowego wyjaśnienia eksternalistycznego (takiego jak wyjaśnienie degeneracji nauki w warunkach politycznego czy religijnego terroru lub antynaukowego klimatu ideologicznego, czy wyjaśnienie jej powstaniem nowej, pasożytniczej klasy pseudonaukowców, w interesie której leży gwałtowny "rozwój uniwersytetu"), to znaczenia nabierają historiograficzne innowacje, mnożenie historiograficznych teorii. Tak jak postęp naukowy jest możliwy, choć nigdy nie pozbędziemy się naukowych anomalii, tak możliwy jest postęp racjonalnych historiografii, choć nigdy nie pozbędziemy się anomalii historiograficznych. Racjonalistyczny historyk nie musi zamartwiać się faktem, że historia faktyczna jest bogatsza od historii wewnętrznej, a czasem nawet od niej się różni, i że będzie może musiał przekazać zadanie wyjaśnienia takich anomalii historii zewnętrznej. Ale ta niefalsyfikowalność historii wewnętrznej uodpornia ją jedynie na krytykę negatywną, a nie na krytykę konstruktywną - tak jak niefalsyfikowalność teorii naukowych uodpornia je nie na konstruktywną, a jedynie na negatywną krytykę.

Oczywiście, można krytykować historię wewnętrzną jedynie wtedy, gdy wydobędziemy na jaw (utajoną zwykle) metodologię historyka, ukazując, jak funkcjonuje ona w roli historiograficznego programu badawczego. Historiograficznej krytyce często udaje się zniszczyć znaczną część modnego eksternalizmu. "Wywołujące wrażenie", "radykalne", "dalekosiężne" wyjaśnienia zewnętrzne są zwykle probierzem słabej podwaliny metodologicznej; a z kolei probierzem względnie słabej historii wewnętrznej (w kategoriach której większa część historii faktycznej jest albo niewyjaśnialna, albo anomalna) jest to, że zbyt wiele pozostawia ona do wyjaśnienia historii zewnętrznej. Kiedy pojawia się lepsza teoria racjonalności, historia wewnętrzna może ulec rozszerzeniu i odzyskać teren od historii zewnętrznej. To współzawodnictwo nie jest jednak równie otwarte jak wtedy, gdy współzawodniczą ze sobą dwa naukowe programy badawcze. Eksternalistyczne programy historiograficzne, uzupełniające historie wewnętrzne oparte (świadomie lub nieświadomie) na metodologiach naiwnych, prawdopodobnie bądź to szybko ulegną degeneracji, bądź nigdy nie oderwą się od ziemi, z tego prostego powodu, że mają przedstawić psychologiczne i socjologiczne "wyjaśnienia" raczej fantazji zrodzonych przez metodologię niż (racjonalniej zintepretowanych) faktów historycznych. Gdy ekstemalistyczna relacja stosuje, świadomie lub nieświadomie, naiwną metodologię (która tak łatwo może się wkraść w jej "opisowy" język), przekształca się w baśń, która, przy całym swym pozornym, uczonym wyrafinowaniu, runie pod ciężarem badań historiograficznych.

Agassi wskazał już na fakt, że nędza historii indukcjonistycznej otwiera drzwi dzikim spekulacjom wulgarnych marksistów. Jego historiografia falsyfikacjonistyczna otwiera z kolei szeroko drzwi tym modnym dziś "socjologom wiedzy", którzy próbują wyjaśnić dalszy (być może nieudany) rozwój teorii "sfalsyfikowanej" przez "eksperyment rozstrzygający" jako przejaw irracjonalnego, złośliwego, reakcyjnego oporu uznanego autorytetu wobec oświeconej, rewolucyjnej innowacji. Ale w świetle metodologii naukowych programów badawczych osłonowe potyczki można w pełni wyjaśnić wewnętrznie: tam, gdzie niektórzy eksternaliści widzą walkę o władzę, brudne utarczki osobiste, racjonalistyczny historyk często dostrzeże racjonalną debatę.

Interesującym przykładem tego, jak to kiepska teoria racjonalności może zubożyć historię, jest stosunek historiograficznych pozytywistów do degenerujących się przesunięć problemowych. Wyobraźmy sobie na przykład, że mimo tego, iż astronomiczny program badawczy był obiektywnie postępowy, wszystkich astronomów nagle ogarnęło uczucie kuhnowskiego "kryzysu"; i że wszyscy oni nawrócili się potem, w wyniku nieodpartej zmiany postaci, na astrologię. Ja uważałbym tę katastrofę za straszliwy problem, z którego należy zdać sprawę używając pewnych empirycznych, zewnętrznych wyjaśnień. Ale nie zwolennik Kuhna. On dostrzega jedynie "kryzys", po którym w obrębie wspólnoty naukowej następuje zjawisko masowego nawrócenia: zwyczajna rewolucja. Nie ma więcej żadnych problemów i niczego nie trzeba wyjaśniać. Kuhnowskie psychologiczne epifenomeny "kryzysu" i "nawrócenia" mogą towarzyszyć zarówno zmianom obiektywnie postępowym jak i obiektywnie degenerującym się, zarówno rewolucjom jak i kontrrewolucjom. Ten fakt nie mieści się jednak w ramach schematu pojęciowego Kuhna. Jego historiograficzny program badawczy, w ramach którego nie ma sposobu na to, by rozróżnić, powiedzmy, "kryzys" i "degenerujące się przesunięcie problemowe", nie jest w stanie sformułować takich historiograficznych anomalii, nie mówiąc już o tym, by miał je w postępowy sposób wchłaniać. Ale takie anomalie mogą wręcz zostać przewidziane przez eksternalistyczną teorię historiograficzną, opartą na metodologii naukowych programów badawczych, która określi społeczne warunki, w jakich degenerujące się programy badawcze mogą osiągnąć socjopsychologiczne zwycięstwo.

(c) Przeciw apriorystycznym i antyteoretycznym podejściom do metodologii

Na koniec chciałbym przeciwstawić omawianą tu teorię racjonalności podejściom ściśle apriorystycznym (lub, dokładniej, "euklidesowym") i antyteoretycznym.

Metodologie "euklidesowe" ustanawiają ogólne reguły a priori, służące ocenie naukowej. To podejście najpotężniej reprezentuje dziś Popper. Jego zdaniem, musi istnieć konstytucyjny autorytet niezmiennego prawa regulaminowego (ustanowionego w jego kryterium demarkacji), by odróżnić naukę dobrą od złej.

Niektórzy znakomici filozofowie wyśmiewają jednak ideę prawa regulaminowego, możliwość istnienia jakiejś prawomocnej linii demarkacyjnej. Zdaniem Oakeshotta i Polanyi'ego, wszelkie prawa regulaminowe są wykluczone, istnieć może jedynie prawo precedensowe. Mogą oni uzupełnić to twierdzeniem, że gdyby nawet omyłkowo przyjęto prawo regulaminowe, to wymagałoby ono z kolei autorytatywnych interpretatorów. Sądzę, że pogląd Oakeshotta i Polanyi'ego jest w wielkiej mierze słuszny. Musimy, koniec końców, przyznać (wbrew Popperowi), że jak dotąd wszystkie "prawa", jakie zaproponowali apriorystyczni filozofowie nauki, w świetle werdyktów najlepszych naukowców okazały się błędne. Po dzień dzisiejszy naukowe normy, stosowane "instynktownie" przez naukową elitę w poszczególnych przypadkach, stanowiły zasadniczą - choć nie jedyną - miarę wartości ogólnych praw filozofów. A jeśli tak, to postęp metodologiczny, przynajmniej jeśli chodzi o najbardziej rozwinięte nauki, nadal wlecze się za potoczną mądrością naukową. Czy zatem próba narzucenia pewnej apriorycznej filozofii nauki na najbardziej rozwinięte dyscypliny naukowe nie jest przejawem pychy? Czy nie jest przejawem pychy żądać, by jeśli, powiedzmy, okaże się, iż nauka Newtonowska czy Einsteinowska gwałciła aprioryczne reguły gry ustanowione przez Bacona, Carnapa czy Poppera, zacząć cały naukowy interes od nowa?

Sądzę, że tak. I, co więcej, metodologia historiograficznych programów badawczych sugeruje pluralistyczny system autorytetów, po części dlatego, że regulaminowe prawo filozofa nie wyartykułowało, i nie jest w stanie w pełni wyartykułować, mądrości naukowego sądu przysięgłych i jego prawa precedensowego, a po części dlatego, że regulaminowe prawo filozofa może czasami być słuszne, a sąd naukowców może zawieść. Dlatego też nie zgadzam się zarówno z tymi filozofami nauki, którzy z góry zakładają, że ogólne normy naukowe są niezmienne i że rozum może je rozpoznać a priori, jak z tymi, którzy uważali, że światło rozumu rozjaśnia jedynie przypadki poszczególne. Metodologia historiograficznych programów badawczych określa sposoby, na jakie filozof nauki może uczyć się od historyka nauki i vice versa.

A jednak ten dwustronny ruch nie zawsze musi w obu kierunkach przebiegać z podobnym natężeniem. Podejście oparte na prawie regulaminowym powinno dominować, gdy tradycja ulega degeneracji lub gdy zapoczątkowana zostaje nowa, zła tradycja. W takich przypadkach prawo regulaminowe może przeciwstawić się autorytetowi skorumpowanego prawa precedensowego i spowolnić, a nawet odwrócić, proces degeneracji. Kiedy szkoła naukowa degeneruje się w pseudonaukę, warto może wymusić debatę metodologiczną w nadziei, że czynni naukowcy więcej się w jej trakcie nauczą niż filozofowie (podobnie jak wtedy, gdy język potoczny degeneruje się w żargon dziennikarski, warto może przypomnieć reguły gramatyki).

(d) Wniosek

W artykule tym zaproponowałem "historyczną" metodę oceniania konkurencyjnych metodologii. Przytoczone argumenty skierowane były przede wszystkim do filozofa nauki i miały na celu pokazanie mu, w jaki sposób może - i powinien - uczyć się z historii nauki. Ale z tych samych argumentów wynika też, że historyk nauki musi, z kolei, zwracać pilną uwagę na filozofię nauki i podjąć decyzję, na której metodologii oprze swoją historię wewnętrzną. Mam nadzieję, że przedstawiłem silne argumenty na rzecz następujących twierdzeń. Po pierwsze, każda metodologia nauki wyznacza charakterystyczną (i ostrą) linię demarkacyjną między (pierwotną) historią wewnętrzną a (wtórną) historią zewnętrzną. Po drugie, zarówno historyk jak i filozof nauki muszą jak najlepiej wykorzystać krytyczne oddziaływanie wzajemne czynników wewnętrznych i zewnętrznych.

Chciałbym na koniec przypomnieć czytelnikowi mój ulubiony - i oklepany już - żart, że historia nauki jest często karykaturą swych racjonalnych rekonstrukcji; że racjonalne rekonstrukcje są często karykaturami faktycznej historii, i że pewne historie nauki są karykaturami zarówno historii faktycznej jak jej racjonalnych rekonstrukcji. Ten artykuł, jak sądzę, upoważnia mnie do dodania: Quod erat demonstrandum.

strona główna