strona główna

DZIENNIK KRISHNAMURTIEGO

Krishnamurti's Journal, Victor Gollancz 1982
Zapiski z lat 1973-1975, przełożył Wojciech Sady

14 września 1973

Onegdaj, wracając ze spaceru wśród pól i drzew, przeszliśmy przez gaj rosnący nieopodal dużego, białego domu. Wchodząc tam przez furtkę natychmiast odczuł intensywny spokój i bezruch. Nawet listek nie drgnął. Świętokradztwem wydawało się przechodzić tamtędy, stąpać po ziemi; profanacją było coś mówić, nawet oddychać. Wielkie sekwoje trwały w absolutnym bezruchu, amerykańscy Indianie nazywają je drzewami milczącymi, a teraz one naprawdę milczały. Nawet pies nie ganiał za królikami. Stałeś w bezruchu ledwie  śmiejąc oddychać; czułeś się intruzem, gdyż wcześniej gadałeś i śmiałeś się, a wejście do tego gaju bez wiedzy, co się tam znajduje, zaskoczyło cię i zaszokowało, zaszokowało nieoczekiwanym błogosławieństwem. Serce biło wolniej, oniemiałe z zachwytu. Było to centrum całego tego miejsca. Ilekroć wchodzisz tam teraz, panuje to piękno, ten spokój, ten dziwny spokój. Przyjdź kiedy zechcesz, a to tam będzie, pełne, bogate i nienazywalne.

Żadna forma medytacji świadomej nie jest medytacją rzeczywistą i być nią nie może. Rozmyślna próba, by medytować, nie jest medytacją. Ona musi się przydarzyć; nie da się jej przywołać. Medytacja nie jest igraszką czy to umysłu, czy pragnienia i przyjemności. Każda próba, by medytować, jest samym jej zaprzeczeniem. Uświadamiaj sobie jedynie, co myślisz i co robisz, nic więcej. To widzenie, to słuchanie jest tym właśnie działaniem, bez nagrody i kary. Umiejętność działania polega na umiejętności widzenia, słuchania. Każda forma medytacji wiedzie nieuchronnie do zakłamania, do złudzeń, gdyż pragnienie oślepia. W ten piękny wieczór łagodne światło wiosny otulało ziemię.

15 września 1973

Dobrze jest być samemu. Być samemu to być z dala od świata, a jednak chodzić po jego ulicach. Być samemu idąc pod górę obok rwącego, hałaśliwego górskiego strumienia, wezbranego źródlaną wodą i topniejącym śniegiem, to uświadamiać sobie to rosnące na pustkowiu drzewo, samotne w swym pięknie. Samotność człowieka na ulicy to ból życia, on nigdy nie jest sam, oddalony, nietknięty i bezbronny. Rozległa wiedza syci niekończącą się niedolę. Żądza ekspresji, z jej frustracjami i bólami, jest tym chodzącym po ulicach człowiekiem; on nigdy nie jest sam. Udręka jest ruchem tej samotności.

Strumień występował z brzegów wezbrany topniejącym śniegiem i wczesnowiosennymi deszczami. Wielkie głazy pod naporem rwących wód wydawały głuche odgłosy. Wysoka pięćdziesięcioletnia sosna zwaliła się w wodę, drogę podmywało. Strumień, barwy łupków, niósł mnóstwo błota. Pola ponad nim pokrywał dywan dzikich kwiatów. Przejrzyste powietrze przenikał niepojęty urok. Śnieg wciąż okrywał wzgórza, a świeży padał na lodowce i wielkie szczyty; pozostaną one białe przez całe lato.

W ten piękny poranek mogłeś spacerować bez końca, nie czując stromizny wzgórz. Powietrze przenikał zapach czysty i silny. Nikt tą ścieżką nie szedł, ani w górę, ani w dół. Byłeś sam z tymi ciemnymi sosnami i rwącą wodą. Niebo tylko w górach bywa tak przedziwnie błękitne. Spoglądałeś na nie przez liście i smukłe sosny. Nie było nikogo, z kim można by rozmawiać, umysł też w kółko nie paplał. Czarnobiała sroka przeleciała i znikła w lesie. Ścieżka oddaliła się od hałaśliwego strumienia i zapanowała absolutna cisza. Nie była to cisza po ustaniu hałasu; nie taka, jaka nastaje po zachodzie słońca ani po zamarciu umysłu. Nie była to cisza muzeów i świątyń, ale coś, co nie wiązało się z czasem i przestrzenią. Nie była to cisza, jaką umysł stwarza dla siebie. Słońce przypiekało, a cienie niosły ulgę.

Dopiero niedawno odkrył, że podczas tych długich spacerów, po zatłoczonych ulicach czy odludnych ścieżkach, nie pojawiała się choćby jedna myśl. Od lat chłopięcych tak było, żadna myśl nie przedostawała się do jego umysłu. Patrzył i słuchał, nic więcej. Myśli, ze swoimi skojarzeniami, nie powstawały. Nie tworzyły się wyobrażenia. Pewnego dnia nagle sobie uświadomił, jakie to niezwykłe; często próbował myśleć, ale żadna myśl nie przychodziła. Podczas tych spacerów, z ludźmi czy bez nich, nie następowały żadne poruszenia myśli. Oto co znaczy być samemu.

Ponad ośnieżonymi szczytami tworzyły się chmury, ciężkie i ciemne; zapewne później miało padać, ale na razie cienie były bardzo ostre, a słońce jasne i czyste. Powietrze nadal przenikał ten miły zapach; a deszcze miały przynieść inną woń. Do pensjonatu w dole było daleko.

16 września 1973

O tej wczesnej porze ulice małej wioski były puste, ale ponad nimi rosło pełno drzew, ciągnęły się łąki, szumiały wiatry. Nad główną ulicą świeciły lampy, wszystko inne tonęło w mroku. Do wschodu słońca pozostały jakieś trzy godziny. Był czysty, rozgwieżdżony poranek. Ośnieżone szczyty i lodowce wciąż skrywał mrok, prawie wszyscy spali. Po tej górskiej drodze, wąskiej i krętej, nie dało się jechać zbyt szybko, samochód był nowy i na dotarciu. Piękny samochód, silny, o eleganckiej sylwetce. W porannym powietrzu silnik pracował najefektywniej. Na tej szosie prezentował się wspaniale, pnąc się pod górę pokonywał zakręty mocny jak skała. Nachodził świt, ukazały się zarysy drzew, długa linia wzgórz i winnice. Zapowiadał się piękny poranek; wśród wzgórz panował miły chłód. Słońce wzeszło, a na liściach i trawach zalśniła rosa.

Zawsze lubił urządzenia mechaniczne; raz rozebrał silnik samochodu, który po złożeniu pracował jak nowy. Kiedy prowadzisz samochód medytacja zdaje się następować tak naturalnie. Uświadamiasz sobie okolicę, domy, rolników na polach, markę mijanego samochodu i błękit nieba wśród liści. Nie uświadamiasz sobie nawet, że medytacja trwa, ta medytacja, która zaczęła się przed wiekami i trwać będzie bez końca. Czas nie jest składnikiem medytacji, nie jest też nim słowo będące medytującym. W medytacji nie ma medytującego. W przeciwnym razie nie jest to medytacja. Medytujący jest słowem, myślą i czasem, a zatem podlega zmianom, powstawaniu i ginięciu. To nie kwiat, który rozkwita i więdnie. Czas jest ruchem. Siedzisz nad brzegiem rzeki, patrzysz na wodę, na nurt i przepływające rzeczy. Kiedy zanurzasz się w wodzie, nie ma patrzącego. W zwykłej ekspresji brak piękna, piękne są porzucenie słowa i ekspresji, malarskiego płótna i książki.

Jakże ciche są te wzgórza, łąki i drzewa, całą okolicę zalewa światło mijającego poranka. Dwaj mężczyźni kłócili się zajadle, gwałtownie gestykulując, czerwoni na twarzy. Droga biegła długą aleją drzew, delikatność poranka więdła.

Przed sobą miałeś otwarte morze, a powietrze pachniało eukaliptusami. Niski i szczupły mężczyzna, pociemniały od słońca, przybył z dalekiego kraju. Po krótkim powitaniu przeszedł do ostrej krytyki. Jak łatwo krytykować, gdy nie zna się faktów. Rzekł: "Pan może być wolny i żyć tym wszystkim, o czym mówi, ale fizycznie przebywa Pan w więzieniu, omotany przez przyjaciół. Nie wie Pan, co się wokół dzieje. Ludzie uznali autorytet, choć Pan sam autorytet odrzuca".

Nie jestem pewien, czy się Pan w tej kwestii nie myli. By prowadzić szkołę czy cokolwiek innego, niezbędna jest sieć obowiązków, a może ona istnieć i faktycznie istnieje bez autorytarnych konsekwencji. Autorytet ogromnie szkodzi współpracy i wspólnemu rozpatrywaniu spraw. A to ma miejsce we wszystkich przedsięwzięciach, w jakie się angażujemy. Tak właśnie jest. Jeśli wolno zauważyć, nikt nie wkracza między mnie a innych.

"To, co Pan mówi, jest niesłychanie ważne. Wszystko, co Pan pisze i mówi powinno być drukowane i kolportowane przez małą grupę ludzi, poważnych i oddanych. Świat eksploduje, a Pan się z tym rozmija".

Znów obawiam się, że nie zdaje sobie Pan w pełni sprawy, co się dzieje. Niegdyś mała grupa podjęła się kolportowania tego, co zostało powiedziane. Teraz też mała grupa wzięła na siebie ten obowiązek. Znów, jeśli wolno zauważyć, nie zdaje Pan sobie sprawy z tego, co się dzieje.

Wyraził szereg zarzutów, opartych jednak na błędnych założeniach i zasłyszanych opiniach. Nie broniąc się wskazał na to, co faktycznie ma miejsce.

Jakże dziwni są ludzie.

Wzgórza ginęły w oddali, a wokół rozbrzmiewał zgiełk codziennego życia, powstawanie i przemijanie, smutki i radości. Samotne drzewo na wzgórzu było pięknem tej krainy. Głęboko w dolinie płynął strumień, a za nim biegły tory kolejowe. Musisz porzucić świat by ujrzeć piękno tego strumienia.

17 września 1973

Idąc tego wieczoru przez las czułeś zagrożenie. Słońce właśnie zachodziło, palmy stały samotne na tle złocącego się nieba. Małpy na bananowcu szykowały się do snu. Prawie nikt nie korzystał z tej ścieżki, trudno tam było kogoś spotkać. Żyło tam wiele jeleni, płochliwych, kryjących się w zaroślach. A jednak zagrożenie trwało, ciężkie i przenikliwe: otaczało cię zewsząd, rozglądałeś się wokół. Nie było tam drapieżnych zwierząt; odeszły stamtąd, miasto leżało za blisko. Z ulgą opuścił to miejsce i wrócił oświetlonymi ulicami. Ale następnego dnia małpy i jelenie znów tam były, słońce wisiało akurat nad najwyższymi drzewami; zagrożenie minęło. Wręcz przeciwnie, drzewa, krzaki i małe roślinki zapraszały cię do siebie. Znalazłeś się wśród przyjaciół, czułeś się w pełni bezpieczny i najgoręcej witany. Las cię zaakceptował i co wieczór z przyjemnością po nim spacerowałeś.

Puszcze są inne. Fizyczne niebezpieczeństwo stwarzają tam węże i tygrysy. Gdy wędrował tam pewnego popołudnia, nagle zapanowała nienormalna cisza. Małpy znieruchomiały, wszystko zdawało się wstrzymywać oddech. Zatrzymał się. I równie nagle wszystko znów ożyło; małpy bawiły się, przedrzeźniały jedna drugą, ptaki podjęły wieczorny szczebiot, zdał sobie sprawę, że niebezpieczeństwo minęło.

W lasach i gajach, gdzie ludzie zabijają króliki, bażanty i wiewiórki, panuje jeszcze inny nastrój. Wchodzisz w świat, gdzie przebywał człowiek ze strzelbą i swym osobliwym okrucieństwem. Odtąd lasy straciły swą delikatność i gościnność, swoiste piękno przepadło, a pełen szczęścia szmer przeminął.

Masz tylko jedną głowę, dbaj o nią, bo to rzecz cudowna. Żadna maszyna, żadem komputer nie mogą się z nią równać. Jest tak bezmierna, tak złożona, tak zdolna, subtelna i płodna. To magazyn doświadczeń, wiedzy, wspomnień. W niej rodzi się każda myśl. To, co stworzyła, jest wręcz niewiarygodne: niedola, zamęt, cierpienie, wojny, zepsucie, złudzenia, ideały, ból i nieszczęście, wielkie katedry, piękne meczety i świątynie. To fantastyczne, co ona zdziałała i zdziałać może. Ale jednego najwyraźniej zdziałać nie jest w stanie: całkowicie zmienić swego zachowania w stosunku do innej głowy, do innego człowieka. Ani kara ani nagroda zapewne nie zmienią jej zachowania; wiedza też chyba jej postępowania nie przeobrazi. Ja i ty trwają. Głowa nigdy nie pojmie, że ja to ty, że obserwujący jest tym, co obserwowane. Jej miłość jest jej zwyrodnieniem, jej przyjemność jest jej udręką; bogowie jej ideałów niszczą ją. Jej wolność jest jej więzieniem, wychowuje się ją do życia w tym więzieniu, a jedynie czynienia go wygodniejszym, przyjemniejszym. Masz tylko jedną głowę, dbaj o nią, nie niszcz jej. Tak łatwo ją zatruć.

Zawsze charakteryzował go ów dziwny brak dystansu między nim a drzewami, rzekami i górami. Nie zostało to ukształtowane: tego nie da się wypracować. Nigdy od innych nie dzieliła go ściana. Cokolwiek mu uczynili czy powiedzieli nie zraniło go, nie zepsuły go pochlebstwa. Jakoś pozostał nietknięty. Nie usuwał się, nie wycofywał, był niczym wody rzeki. Tak niewiele myślał, a nie myślał w ogóle, gdy pozostawał sam. Mózg działał gdy mówił lub pisał, ale w innych wypadkach milkł, działał bez ruchu. Ruch jest czasem, a działanie nie.

Ta dziwna, nieukierunkowana działalność zdaje się zachodzić w trakcie snu i na jawie. Często budzi się z tym działaniem medytacji; coś w ty rodzaju dzieje się niemal nieprzerwanie. Nigdy tego nie odrzucał ani nie wzywał. Pewnej nocy obudził się, czujnie świadom, że wkładano mu do głowy, do samego środka, coś jakby kulę ognia. Przez dłuższy czas przyglądał się temu obiektywnie, jakby zdarzało się to komuś innemu. To nie było złudzenie, iluzoryczny wytwór umysłu. Świt nadchodził i przez rozsunięte zasłony ujrzał drzewa.

18 września 1973

To wciąż jedna z najpiękniejszych dolin, otoczona zewsząd wzgórzami, pełna gajów pomarańczowych. Niegdyś, wśród drzew i sadów, stało tam ledwie kilka domów, ale teraz jest ich o wiele więcej; drogi poszerzono, ruch wzrósł, wzmógł się hałas, zwłaszcza na zachodnim krańcu doliny. Ale wzgórza i wysokie szczyty pozostały te same, nietknięte przez ludzi. W wysokie góry wiodą liczne ścieżki, po których wędrował bez końca. Spotykał niedźwiedzie, grzechotniki, jelenie, a kiedyś natknął się na rysia. Zwierzak stał przed nim, na schodzącej w dół ścieżce, mrucząc i ocierając się o skały oraz niskie pnie drzew. Powiew szedł ku górze, mógł więc się do niego zbliżyć. Ryś autentycznie się cieszył, zachwycony swym światem. Krótki ogon sterczał w górę, spiczaste uszy kierowały się do przodu, rdzawa sierść lśniła czystością, zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że ktoś stoi jakieś sześć metrów za nim. Schodziliśmy ścieżką bodaj z kilometr, żaden z nas nie wydawał najmniejszego dźwięku. Było to naprawdę piękne zwierzę, pełne życia i gracji. Gdy dotarliśmy do niewielkiego strumienia nie chcąc go przestraszyć wyszeptał łagodne pozdrowienie. Ryś by nie tracić czasu nawet się nie obejrzał, ale odskoczył i po chwili znikł bez śladu. A jednak przez pewien czas byliśmy przyjaciółmi.

Dolinę wypełnia zapach kwiatów pomarańczowych, niemal przytłaczający, zwłaszcza o świcie i wieczorem. Czuło się go w pokoju, w dolinie i w każdym zakątku ziemi, a bóg kwiatów tę dolinę błogosławił. Latem panowały tam wielkie upały, co miało swą specyfikę. Przed wielu laty, gdy tu przybył, panowała cudowna atmosfera, a w mniejszym stopniu panuje nadal. Ludzie ją psują, podobnie jak psują większość rzeczy. Będzie jak niegdyś. Kwiat więdnie i obumiera, ale znów ożyje wraz ze swym pięknem.

Czyś się kiedyś zastanowił, dlaczego ludzie błądzą, ulegają zepsuciu, zachowują się nieprzyzwoicie - agresywnie, gwałtownie i przebiegle? Nie należy winić środowiska, kultury czy rodziców. Chcemy zrzucić odpowiedzialność za to zwyrodnienie na innych lub na jakieś wydarzenie. Wyjaśnienia i przyczyny są łatwym wyjściem. Starożytni Hindusi nazwali to karmą: zbierasz to, coś posiał. Psycholodzy zrzucają cały problem na rodziców. To, co twierdzą tak zwani ludzie religijni, oparte jest na ich wierze i dogmacie. Pytanie jednak pozostaje.

Są też inni, z urodzenia szczerzy, dobrzy, odpowiedzialni. Nie zmieniają ich środowisko czy jakieś naciski. Pozostają tacy sami na przekór całej tej wrzawie. Dlaczego?

Wszelkie wyjaśnienia niewiele znaczą. Każde z wyjaśnień jest ucieczką, unikiem przed  tym, co jest. A tylko to się liczy. To, co jest, można całkowicie przekształcić dzięki energii, którą marnotrawi się na wyjaśnienia i szukanie przyczyn. Miłości nie ma ani w czasie, ani w analizie, w ubolewaniu i wzajemnym obwinianiu się. Jest wtedy, gdy nie pragnie się pieniędzy i stanowisk, gdy znikają sprytne podstępy jaźni.

19 września 1973

Nadeszła pora monsunów. Niebo pod ciemnymi, ciężkimi chmurami, było niemal czarne. wiatr przewracał drzewa. Przez parę dni miało gwałtownie padać, a po dniu lub dwu przerwy zacząć na nowo. We wszystkich stawach rechotały żaby, a miły zapach przyniesiony przez deszcze przenikał powietrze. Ziemia znów była czysta, a po paru dniach przedziwnie się zazieleniła. Wszystko rosło w oczach; słońce wschodziło, a wszystkie rzeczy tej ziemi rozbłyskiwały. Wczesnym rankiem rozległ się śpiew, wokół uwijały się małe wiewiórki. Wszędzie rosły kwiaty, dzikie i uprawne, jaśminy, róże i nagietki.

Tego dnia na drodze wiodącej do morza, pod palmami i tropikalnymi drzewami, szła rozśpiewana grupa dzieci. Oglądały niezliczone rzeczy. Sprawiały wrażenie tak szczęśliwych, niewinnych i zupełnie nieświadomych spraw tego świata. Jedna z dziewczynek poznała nas, podeszła z uśmiechem i przez jakiś czas szliśmy trzymając się za ręce. Żadne z nas nie rzekło ani słowa, a gdyśmy podeszli pod jej dom pozdrowiła nas i znikła w środku. Świat i rodzina zapewne ją zniszczą, będzie mieć dzieci, płakać nad nimi, a świat zniszczy je swymi przebiegłymi sposobami. Ale tego wieczora była szczęśliwa i gotowa dzielić się swym szczęściem trzymając cię za rękę.

Gdy deszcze minęły, wracając wieczorem tą samą drogą minął młodzieńca niosącego ogień w glinianym dzbanie. Szedł boso odziany w czystą lnianą szatę, za nim dwóch mężczyzn dźwigało zwłoki. Wszyscy byli braminami, świeżo umytymi, o dumnych postawach. Młodzieniec niosący ogień musiał być synem zmarłego. Szli dość szybko. Ciało miało zostać skremowane na jakiejś odludnej plaży. To wszystko było tak proste, niepodobne do wytwornego karawanu, obładowanego kwiatami, za którym podąża kolumna eleganckich samochodów, albo do idących za trumną żałobników i głębokiej czerni tego wszystkiego. Widziałeś też zwłoki skromnie okryte, wiezione na rowerowym wózku, by je spalić nad świętą rzeką.

Śmierć jest wszechobecna, a my nie potrafimy z nią żyć. To coś mrocznego, przerażającego, czego należy unikać, o czym nie wolno mówić. Trzymaj ją za zamkniętymi drzwiami. Ale ona zawsze tu jest. Piękno miłości jest śmiercią, a żadnej z nich nie znamy. Śmierć to ból, a miłość to przyjemność, jedno z drugim się nie zetknie; trzymać je trzeba z dala od siebie, a ten podział jest bólem i udręką. Tak było od początku czasu, ten podział i nieustający konflikt. Śmierć będzie zawsze towarzyszyć tym, którzy nie wiedzą, że obserwujący jest tym, co obserwowane, że doświadczający jest tym, co doświadczane. To niczym wielka rzeka, w którą nas schwytano, ze wszystkimi doczesnymi dobrami, próżnościami, bólami i wiedzą. Dopóki człowiek nie porzuci wszystkiego, co w tej rzece nagromadził i nie dopłynie do brzegu, śmierć będzie zawsze u jego drzwi, śledząc go i czekając. Gdy porzuca tę rzekę, to nie ma brzegu, brzeg jest słowem, tym, kto obserwuje. Porzucił wszystko, rzekę i brzeg. Albowiem rzeka jest czasem, a brzegi są myślami o czasie: rzeka jest upływem czasu, a myśl go dotyczy. Kiedy obserwujący porzuca wszystko, czym jest, obserwującego nie ma. To nie jest śmierć. To jest to, co bezczasowe. Nie da się tego poznać, gdyż to, co znane, wiąże się z czasem; nie można tego doświadczyć: rozpoznawanie zachodzi w czasie. Wolność od znanego jest wolnością od czasu. Nieśmiertelność to nie słowo, książka, wyobrażenie jakieś wytworzył. Dusza, "ja", atman jest dzieckiem myśli będącej czasem. Gdy czasu nie ma, nie ma śmierci. Jest miłość.

Niebo na zachodzie straciło swą barwę, a tuż nad horyzontem pojawił się księżyc w nowiu, młody, nieśmiały i delikatny. Na tej drodze wszystko zdawało się przemijać: małżeństwo, śmierć, śmiech dzieci i czyjeś łkanie. Obok księżyca zalśniła samotna gwiazda.

20 września 1973

Tego ranka rzeka była szczególnie piękna; słońce właśnie wschodziło ponad drzewa i skrytą wśród nich wioskę. Powietrze znieruchomiało, a na wodzie nie było ani zmarszczki. Później miał nadejść upał, teraz jednak panował chłód. Samotna małpa wygrzewała się w słońcu. Zawsze tam siedziała, duża i ciężka. W ciągu dnia znikała, by pojawić się znów wczesnym rankiem na wierzchołku tamaryndowca: gdy robiło się gorąco, drzewo zdawało się ją połykać. Złotozielone muchołówki i gołębie obsiadły parapet; sępy czaiły się na najwyższych gałęziach innego drzewa tamaryndowego. Panował bezgraniczny spokój, a on siedział na ławce, nieobecny dla świata.

Wracając z lotniska ocienioną drogą pełną zielonych i czerwonych papug skrzeczących wśród drzew, ujrzał po przeciwnej stronie drogi coś, co wyglądało na duży tobołek. Gdyśmy podjechali bliżej, tobołek okazał się człowiekiem leżącym w poprzek drogi. Prawie nagim. Samochód zatrzymał się, wyszliśmy. Miał duże ciało i bardzo małą głowę; wpatrywał się przez liście w zdumiewająco błękitne niebo. Myśmy też spojrzeli w górę, by zobaczyć, w co się wpatruje: z tego miejsca niebo było naprawdę błękitne, a liście naprawdę zielone. Jak nam powiedziano, ten zdeformowany człowiek był jednym z wioskowych idiotów. Nie poruszył się i samochód musiał go bardzo ostrożnie ominąć. Wielbłądy ze swymi ładunkami i rozwrzeszczane dzieci przechodziły obok nie zwracając na niego najmniejszej uwagi. Pies okrążył go z dala. Papugi pochłaniał własny zgiełk. Wysuszone pola, wieśniacy, drzewa, żółte kwiaty - wszystko to zaabsorbowane było własnym istnieniem. W tej niedorozwiniętej części świata nikt, żadna organizacja, takimi ludźmi się nie opiekował. Były tam rynsztoki, brud i tłumy ludzi, a święta rzeka płynęła własną drogą. Smutek życia unosił się wszędzie. Na błękitnym niebie, wysoko w górze, godzinami krążyły nieruchome, ciążkoskrzydłe sępy, patrząc i czekając.

Czym jest zdrowie psychiczne, a czym obłęd? Kto jest normalny, a kto psychicznie chory? Czy politycy są normalni? A kapłani obłąkani? Czy normalni są ci, którzy oddali się jakiejś ideologii? Oni nas kontrolują, kształtują, popychają - i czy my jesteśmy normalni?

Czym jest zdrowie psychiczne? Być pełnym, nie rozbitym na kawałki w działaniu, w życiu, we wszelkiego rodzaju związkach - oto sama istota zdrowia psychicznego. Bycie pełnym, zdrowym i świętym. Był obłąkanym, neurotykiem, psychotykiem, niezrównoważonym, schizofrenikiem, jakkolwiek można by to nazwać, to być pokawałkowanym, rozbitym w działaniu i w tym ruchu związków, który stanowi naszą egzystencję. Sycić antagonizm i podział to wywoływać i podtrzymywać obłęd, co jest żywiołem reprezentujących nas polityków, niezależnie od tego, czy są dyktatorami, czy też sprawują władzę w imię pokoju bądź jakiejś ideologii. A ksiądz: spójrzmy na świat kapłaństwa. Staje taki między tobą a tym, co obaj uważacie za prawdę, zbawiciela, boga, niebo, piekło. On jest interpretatorem, reprezentantem; on dzierży klucze do raju; uwarunkował ludzi za pomocą wiary, dogmatu, rytuału; jest prawdziwym propagandystą. Uwarunkował ciebie, gdyż pragniesz wygody, bezpieczeństwa i boisz się jutra. Artyści, intelektualiści, naukowcy, tak bardzo podziwiani i czczeni - czy oni są zdrowi psychicznie? A może żyją w dwóch różnych światach - świecie idei i wyobrażeń, którym muszą dać wyraz, odizolowani od swych codziennych smutków i przyjemności?

Świat wokół ciebie jest rozbity i ty też taka jesteś, a znajduje to wyraz w konfliktach, zamęcie, niedolach: ty jesteś światem, a świat jest tobą. Zdrowie psychiczne to aktywne życie wolne od konfliktów. Działanie i idea przeczą jedno drugiemu. Widzenie jest działaniem, a nie najpierw tworzeniem idei, a potem postępowaniem zgodnie z wnioskiem. To rodzi konflikt. Analizujący sam jest tym, co analizowane. Gdy analizujący wyodrębnia siebie jako coś różnego od tego, co analizowane, wprowadza konflikt, a konflikt jest żywiołem niezrównoważonych. Obserwujący jest tym, co obserwowane, a to stanowi podstawę życia psychicznego i pełni, zaś w tym, co święte, jest miłość.

21 wrzenia 1973

Dobrze jest budzić się bez choćby jednej myśli i jej problemów. Umysł jest wtedy wypoczęty; zaprowadził w swym wnętrzu ład