strona główna

Jiddu KRISHNAMURTI

Przemiana człowieka

Krishnamurti’s Talks, 1953. Ojai: Krishnamurti Writings 1953, ss. 24. Talks in London.
Dogłębna przemiana człowieka jako jedyne wyjście z obecnego chaosu. Z przemówień w Londynie w 1953 r.
Madras: Biblioteka Polsko-Indyjska 1954, ss. 96.
przełożyła Wanda Dynowska

30 marca 1953
31 marca 1953
1 kwietnia 1953
7 kwietnia 1953
8 kwietnia 1953
9 kwietnia 1953

I

Zdaje się iż jednym z najbardziej palących zagadnień w chaosie dzisiejszego świata jest pytanie - "co robić?"

W Azji jest głód. Światu grozi wojna. Widzimy niezwykły postęp nauki, a niedorozwój w dziedzinie moralnej, pomimo naszych chęci by i w niej temu postępowi dorównać. Wśród całego zamieszania jakie nas otacza, najtrudniej, choćby intelektualnie zrozumieć - co robić, jak myśleć, jak postępować. Bo choć oglądamy się jeszcze wciąż na przywódców, ludzi nauki czy intelektualnej filozofii, zdaje się jednak iż utraciliśmy zaufanie do wszystkich filozofów, wychowawców i uczonych. Im więcej obserwujemy co się wokół nas dzieje, tym jaśniej widzimy iż jeszcze większy chaos się zbliża. Możemy zrealizować dobrobyt państwowy, nie przyniesie to jednak rozwiązania, gdyż sami jesteśmy wewnętrznie ubodzy. Możemy mieć wszystkie zewnętrzne warunki składające się na wygodne życie - odzież, żywność i dom - ale w sobie czujemy wciąż pustkę, niepewność i chaos. Nie jesteśmy wcale radośni, raczej straceni wśród ogromnej ilości zagadnień i pełni niepokoju; nie wiemy gdzie szukać wyjścia, gdzie się zwrócić by znaleźć szczęście i to poczucie istoty i treści życia, które me zależy od żadnej religii, żadnej filozofii.

Widząc to wszystko czy nie należałoby zdać sobie sprawy co właściwie nazywamy życiem etycznym, moralnością i czy może ona iść równolegle z postępem; oraz czy można ją świadomie, wedle z góry ułożonego planu rozwijać, tak, aby sprostała temu niezwykłemu postępowi jaki ludzkość czyni w innych dziedzinach. Spytajmy siebie czy wewnętrzny postęp jest w ogóle możliwy? I czy człowiek nie mógłby być szczęśliwy nie podejmując wcale takiego świadomego, umyślnego wysiłku ku moralności? Czy można moralność uprawiać? A gdy się ją świadomie rozwija, czy prowadzi to do swobody, szczęścia i wewnętrznej twórczości? A może moralność jest czymś co się w ogóle nie da się kultywować, co jest przemianą wewnętrzną nagłą i nieświadomą?

Możemy wprawdzie uprawiać cnotę, rozwijać w sobie współczucie i miłość, ale czy taki intelektualnie postanowiony, świadomie podjęty wysiłek by stać się czymś - dobrym, szlachetnym, kochającym - może nam przynieść samorzutną, nieświadomą wolność od wszelkich przymusów i nakazów jakie współczesne społeczeństwo i nasze własne ograniczenia ciągle nam narzucają? Czyż nie jest więc ważne abyśmy zbadali czy takie nieustanne zmagania się i wysiłek ku coraz większemu rozwojowi intelektu może nam pomóc w rozwiązaniu choćby jednego z naszych palących problemów? Czy nie istnieje przypadkiem zgoła inne do tych spraw podejście? Gdy przyjmę świadomie jakiś plan działania i ułożę wedle niego swe życie, gdy go przemyślę i intelektualnie zanalizuję, a potem wprowadzę w czyn, oczywiste jest iż osiągnę pewne rezultaty, ale czy dadzą mi one to poczucie swobody, to napięcie twórcze, które jest istotą prawdziwego doznania? A może owa twórczość i swoboda przychodzą zgoła inaczej, może się je osiąga innymi drogami?

Może byśmy zatrzymali się nieco nad tym zagadnieniem, starając się zbadać czy umyślnie podjęte procesy kultury myśli i różne narzucone sobie z góry metody, mogą nam pomóc do przekroczenia intelektu? Wszak w rozwoju umysłowym zaszliśmy bardzo daleko, ilość zdobytych intelektualnych wiadomości jest ogromna; ale wewnętrznie nie ma w nas pełni ani bogactwa, jesteśmy ubodzy, a w naszym psychicznym "dobrobycie" wciąż od innych zależni. Czai się w nas lęk, szarpie niepokój, dręczy poczucie niewoli, spętania. Czy da się przełamać cały ten intelektualizm i wyrwać się zeń przez kultywowanie jakiejś jednej, a choćby wielu, cnót? Czyż może intelekt oswobodzić nas od naszych własnych więzów, czy może uwolnić od lęku lub zbudzić w nas moc współczucia? A jednak wciąż tak sobie poczynamy jakby mógł to uczynić. Czyż naprawdę może?

Choćbyśmy mieli Państwo zabezpieczające dobrobyt obywateli, gdzie wszystko byłoby za nas przewidziane i ułożone, będziemy zawsze odczuwać brak kochania, głód miłości i ten dojmujący strach, co się kryje na dnie duszy każdego z nas. Czując go staramy mu się przeciwstawić, szukamy intelektualnie różnych sposobów obrony - wprost zaprzeczając jego istnieniu, lub rozpatrując go i jak najstaranniej analizując, ale zawsze myślą, intelektem. A czyż intelekt może zniweczyć to, co sam stworzył?

Staramy się uprawiać cnoty i etykę aby dotrzymać kroku postępowi jaki czynimy w innych dziedzinach; ale czy takie intelektualne kultywowanie moralności przyniesie człowiekowi dobro i szczęście?

Czy to właśnie nie jest dziś jednym z głównych naszych zagadnień? W nauce świat czyni niebywałe postępy, więc mówimy sobie "trzeba też koniecznie dbać o postęp moralny". Ale im bardziej staramy się uprawiać cnotę, tym większy napotykamy opór, i opór ten daje nam poczucie "siebie", swego "ja". Czyż tak nie jest? Gdy świadomie, umyślnie kultywuję pokorę lub nieustraszoność, czyż przez to jestem naprawdę pokorny i wolny od strachu? A gdy usiłuję względem nikogo nie używać przymusu, czy już przez to samo staję się łagodny i kochający? A może cnota jest czymś co się nie daje w ogóle kultywować? Człowiek który uważa siebie za etycznego, na pewno nim nie jest. A jednak moralność musi istnieć; musi istnieć taki stan moralnej tężyzny, nieświadomego wewnętrznego zdrowia, który nie jest wynikiem intelektualnego uprawiania cnoty.

Nie wiem czy wyrażam się dość jasno. Wydaje mi się iż to zagadnienie jest w naszych czasach jednym z najdonioślejszych, gdyż oczywistym się staje że aby dorównać i zrównoważyć postęp nauki, człowiek musi uwolnić się od swego ciasnego "ja". Jeśli nie zdoła tego uczynić sprowadzi na siebie coraz większe nieszczęścia i klęski. A czy można uwolnić się od swego "ja" przez uprawianie jakiejś cnoty? Wszak wszystkie religie zalecały zawsze swym wyznawcom wyrabianie cnót, ale owa umyślna, z góry postanowiona kultura rozwijała intelekt, ale nie cnoty. Im bardziej świadomie uważam się za cnotliwego, tym mniej nim jestem. Ą przecie każda działalność ludzi religijnych, czy też reformatorów usiłujących znaleźć rozstrzygnięcie palących problemów, w dzisiejszym przełomowym okresie historii świata, opiera się na takim świadomym wysiłku ku wyrabianiu w sobie cnót i moralności. Jest to wciąż własnowolnie podejmowane usiłowanie. A ja zapytuję czy taki umyślny wysiłek może stworzyć istotną etykę i sprowadzić zdrowie moralne, a przez to sprostać postępowi wiedzy?

Czy istotna, rewolucyjna przemiana może zależeć od intelektu, czy nie dokonuje się ona w jakiejś innej dziedzinie? Wszelka z góry uplanowana rewolucja - ekonomiczna, społeczna, czy jakakolwiek inna - należy zawsze do sfery intelektu, a ten nigdy nie jest w stanie dokonać przemiany zasadniczej, dogłębnej, może tylko tworzyć ciągłość, przedłużając z pewnymi odmianami to, co już istniało, a to nie jest prawdziwa rewolucja. Zmiany ekonomiczne, intelektualnie przemyślane i uplanowane, nie są przemianą istotną, obejmującą całokształt życia i dobrobytu człowieka, są to jeno zmiany na pewnym wąskim odcinku życia. Ą jeśli chcemy pełnej i całkowitej przemiany człowieka, a nie rozwoju jakiejś jednej jego cechy, na jednej płaszczyźnie życia, czy nie powinno nam chodzić nie tylko o zmianę powierzchniowej warstwy jego psychiki, ale o stokroć głębszą, obejmującą jej całość?

A czyż umysł nasz, ten świadomy intelekt jest w stanie sięgnąć w głąb, zanalizować całość naszej nieświadomej psychiki i wywołać w niej przez to tak zasadniczą przemianę? A przecie jest jasne i oczywiste że wewnętrzna przemiana nas samych - podstawowa, dogłębna - jest dziś nieodzowną koniecznością. Tej intelekt nie sprowadzi nigdy. To całkowite przeistoczenie dokonać się może tylko tam, gdzie jest bezpośrednie doznanie Boga, prawdy czy też rzeczywistego, nazwijmy to jak chcemy. Umysłowość, intelekt, nigdy nie może tego doświadczyć; żadnym, choćby największym wysiłkiem, nie jest w stanie poznać prawdy. A każde wierzenie, doktryna, teoria, czy też uprawianie moralności, należą do dziedziny intelektu, do powierzchniowych warstw naszej psychiki. A jednak wciąż usiłujemy doświadczać i pochwycić intelektem to, co jest dlań niedosięgalne, co jest całkowicie poza i ponad nim.

Czy można odkryć Boga, prawdę, rzeczywiste myślą, poznać intelektem? Czy nie musi to być przeżyte do dna, całą naszą istotą, nie tylko jej świadomą, powierzchowną cząstką, ale i całą głębią nieświadomej - gdy wszelka myśl ucicha i nic już w nas nie szuka, nie walczy, nie goni za jakimś rezultatem, ani też usiłuje wznieść się ponad siebie. Sadzę iż niezmiernie ważnym jest byśmy to zrozumieli. Wszystkie nasze wysiłki skupiają się dotąd w dziedzinie intelektu, jest on bowiem jedynym narzędziem jakie posiadamy, rozwijanym przez wiele pokoleń. I tym intelektem chcemy znaleźć rzeczywiste, prawdę, Boga, spodziewając się iż to nam da szczęście, cnotę i dobro wewnętrzne. Czyż naprawdę sadzimy iż można to znaleźć intelektem? A przecie bez sięgnięcia w to rzeczywiste, wszystko co będziemy robić, wszelki, choćby największy postęp techniczny, wytworzy tylko coraz większy chaos, sprowadzi coraz większe cierpienia, wojny, walki, konflikty. Bez poznania prawdy, cały nasz postęp nie ma żadnej wartości.

Jakże więc można odkryć ten nowy stan? Jak obudzić się ku tej rzeczywistości, ku tej istotnej, najgłębszej twórczości, która nie jest tylko formalnym wyrazem, ani też mitem, legendą, czy fantazją? Znaleźć ją musimy. Nie ma innego wyjścia. Ale nie intelektem. Intelekt nasz jest tworem czasu, pamięci i różnych reakcji - jest lamusem wiedzy przeszłości. Intelekt sam jest przeszłością. Sama jego natura jest urabiana przez czas, poprzez wieki. A my wszak chcemy znaleźć coś, co jest poza czasem, czego nie można nazwać, ani zamknąć w słowa, czego nigdy nie ujmie żadne określenie. Bez odkrycia tego jednego, całe życie ma tak mały sens; jest tylko nieskończonym szeregiem zmagań się, walk, smutków i udręki, nieustających niepokojów i trosk. Jakże więc mamy odkryć to rzeczywiste?

Czy stan ten nie odsłania się nam - a raczej czy nie nastaje - gdy wielka cisza ogarnia całą naszą istotę? Gdyż o nic wówczas nie proszę, niczego nie pragnę, nie jestem cnotliwy ani niecnotliwy; nie myślę o własnym postępie, wzroście, ani osiągnięciach, nic nie zdobywam, ani się spodziewam; znika również ambicja by nowy ład zaprowadzić na świecie. Ów ład może nastać gdy znajdę rzeczywiste i prawdę; ona sama - bez żadnego z mej strony wysiłku - sprowadzi porządek i ład. Czy nie jest więc ważne by przede wszystkim poznać i zrozumieć siebie, wszystkie drogi i wyżłobione koleiny własnych myśli? Bo takie rozumienie sprowadza ów stan ciszy; w której dokonuje się nieświadome przeistoczenie; przemiana, w której nasze "ja" przestaje być ważne. Gdy widzę wszystko to jasno, intelekt uspokaja się, myśl ucicha, i nie rzuca się już w poszukiwaniu czegoś, nie żąda, nie wysila się aby się czymś stać. l w tym spokoju, w tej wielkiej ciszy, objawia się Rzeczywiste. Nic jest to fantazja, ani jakiś wschodni mistycyzm. Bez poznania tej prawdy, cokolwiek będziemy robić nie zdołamy odwrócić coraz gorszych wojen, katastrof i zniszczeń, bez tego człowiek zawsze powstanie przeciw człowiekowi.

Sadzę iż rzeczywistość ta nie może objawić się tam, gdzie nie ma samo-poznania, tj. poznawania i odkrywania siebie ciągle, w każdej chwili, przez obserwowanie siebie w zwierciadle stosunku naszego do ludzi i wszystkiego co nas otacza. Tylko to może nam pomóc pozbyć się wszystkich co do siebie złudzeń i uchronić myśl od snucia fantazji, w które później sama się chroni. Gdy wyrywamy się z sieci różnych pojęć i wierzeń, poczynamy rozumieć "to, co jest", tzn. - "to, co jest" w stosunku naszym do innych. l tak przez nieustanne zdawanie sobie sprawy z naszego "ja" w działaniu, odkrywamy drogi i chwyty własnego intelektu; a jest to księga której nie sposób odczytać od razu. Człowiek który mówi "muszę ją zaraz odczytać i w pełni zrozumieć", nie zrozumie siebie nigdy. Jest to księga, którą trzeba odczytywać ciągłe, od chwili do chwili; ale nie należy tego co się odczytało gromadzić jako wiedzę, gdyż taka wiedza jeno przeszkadza w doznaniu prawdy; wiedza jest nagromadzeniem wspomnień, pamięcią, należy do dziedziny czasu, do tzw. postępu. A prawda i rzeczywiste jest poza czasem, nie można tego uskładać, ani nagromadzić ku użytkowi. Jawi się gdy myśl jest najcichsza; ale ciszy takiej nie przywołają żadne metody ani ćwiczenia, rodzi się ona sama, z wszechstronnego rozumienia naszego "ja", dróg i działania naszej myśli, przez jasne zdawanie sobie sprawy ze stosunku naszego do ludzi i całego świata wokoło.

Więc żadna metoda, żadna kultura cnót nie zbliży nas do prawdy, do rzeczywistego; wyrabianie cnót staje się tylko zawadą, przeszkodą; a bez doznania prawdy wszelkie zagadnienia i węzły jakie życie wokół nas stwarza będą się nieustannie powtarzać. Myśl uspakaja się gdy poczynamy rozumieć siebie, i tylko w tym spokoju, w tej zupełnej ciszy całej naszej istoty, może objawić się owa rzeczywistość i prawda.

Przysłano mi kilka pytań, postaram się na nie odpowiedzieć, wpierw jednak chciałbym wyjaśnić parę punktów. Jeśli ktokolwiek z moich słuchaczy spodziewa się odpowiedzi która zagadnienie rozwiąże, czeka go zawód; gdyż sam problem jest ważniejszy aniżeli możliwa odpowiedź; nasze podejście do zagadnienia jest bardziej pouczające aniżeli szukanie jego rozstrzygnięcia. Jeśli wiemy jak podejść i ująć dany problem właściwie, przekonamy się iż w nim samym a nie poza nim, kryje się jego rozwiązanie. Ale tacy jesteśmy niecierpliwi, tak nam chodzi zazwyczaj by od razu znaleźć odpowiedź i środki zaradcze, tak chcemy by nam powiedziano co mamy robić, iż nigdy nie badamy dostatecznie samego problemu.

I jeszcze jedno: jest niemiernie ważne umieć słuchać. Słuchamy rzadko; tyle w nas własnych myśli się tłoczy i tyle kryje sprzeciwów i przesądów; lub też tacy jesteśmy oczytani i obarczeni wiadomościami, doświadczeniem i wiedzą własną, oraz innych ludzi, iż wszystko to przeszkadza nam wsłuchiwać się prawdziwie, nie tylko w to co mówi dany mówca, ale w ogóle we wszystko co nas otacza. A im wsłuchanie się jest głębsze, tym bardziej wzrasta nasze rozumienie. Ale słuchać nie jest łatwo. Aby móc prawdziwie słuchać musi w nas panować spokój, nie skoncentrowanie gdyż to jest zawsze procesem coś wykluczającym z pola naszej uwagi. Ale gdy słuchamy czegoś, gorąco chcąc to zrozumieć i ogarnąć, wówczas istotnie możemy odkrywać rzeczy nowe, bo nie ma w nas w tej chwili żadnej zapory, ani psychicznych żądań i własnych projekcji, bo jesteśmy otwarci i cisi.

Czyż nie jest więc rzeczą doniosłą umieć słuchać - nie tylko mnie - to może nie być tak ważne - ale wszystkiego, przyjaciela, własnej żony, lub dzieci, a nawet polityków, tak aby z samego tego procesu słuchania powstawała ufna pewność, która nie jest przejawem naszego codziennego "ja". Większość z nas nie posiada w ogóle żadnej pewności, przeto staramy się ją wyrabiać, a tym samym zmienia się ona w egocentryczną pewność siebie, swego "ja" i zamyka nas w jego kręgu.

Gdy umiem się wsłuchać, nie tylko we wszystko wokół, ale i we własne wewnętrzne impulsy, żądania, napory, wsłuchać się uważnie, a bez wyjaśnień ani nadawania im specjalnych interpretacji, wówczas poczynam rozumieć "to, co jest". Teraz przejdę do odpowiedzi na pytania:

Pytanie: Jeśli człowiek należy do Państwa zapewniającego mu wszelki dobrobyt, jaki ma cel uczęszczanie na takie jak dzisiejsze zebrania?

Krishnamurti: Istotnie wszelkie nasze fizyczne potrzeby mogą być zaspokojone przez Państwo. Ale cóż z tego? Czy nie warto zbadać dlaczego człowiek tak uparcie goni za Utopią w tym fizycznym świecie i w nim chce znaleźć zbawienie? Chcemy mieć świetnie zorganizowane społeczeństwo, pragniemy widzieć doskonałego człowieka i doskonałe Państwo, i zatracamy się w tych projektach i planowaniach, zapominając o całokształcie procesów jakim jest człowiek. Wszak człowiek to nie tylko ta zewnętrzna, fizyczna istota; a gdzież jego wewnętrzny, psychiczny świat? Te ogromne opory, lęki, sprzeciwy, troski i zahamowania? Jeśli będziemy brali pod uwagę tylko jedną część wielkiej całości jaką jest człowiek, pomijając i nie rozumiejąc wszystkich jego procesów, nie zapewnimy mu wszechstronnego dobrobytu i szczęścia. Czyż nie jest więc ważne by poznać i inne czynniki jego natury, głębokie, ukryte pokłady jego psychiki, a nie skupiać uwagi na fizycznym dobrobycie jedynie?

Nie chcę przez to bynajmniej powiedzieć aby ten ostatni należało zaniedbać, lub usunąć się gdzieś w samotnię, w klasztorne zacisze. Ale czyż nie powinniśmy wziąć pod uwagę całego człowieka, i wszystkich jego procesów? Jeśli będziemy kłaść nacisk tylko na postęp ku doskonałej Utopii, pomijając całą psychiczną głębię człowieka, ten jego ogromny świat - trudności, zmagań, pragnień, lęków - zagadnienie człowieka pozostanie nie rozwiązane.

Nie sądzę aby można było zrealizować Utopię bez zrozumienia całego świata człowieka. Religia - nie wyznania, ani zorganizowane rytuały itd. - ale prawdziwa religia, jest odkrywaniem pełnej, całkowitej istoty ludzkiej i wszystkich jej wewnętrznych procesów, a więc i tego co jest poza intelektem. Intelekt nie jest w stanie rozwiązać żadnego z naszych problemów, potrzeba nam wiec jakiegoś innego czynnika, a ten może zaistnieć tylko w wewnętrznej, dogłębnej przemianie.

Być może iż większość moich słuchaczy przyszła na to zebranie chcąc się przekonać czy istnieje dla jednostki jakakolwiek możliwość przekroczenia ograniczeń swego umysłu i wyjścia poza warunkujące go wpływy; aby to własnym przeżyciem odkryć. Ja sadzę że bez przeżycia prawdy i rzeczywistego samo ekonomiczne planowanie i wysiłki by stworzyć doskonałe Państwo, nie zaprowadza nas daleko. Myślę że zaczynamy od złego końca. Jeśli rozpoczniemy właściwie tj. od poznania prawdy, wówczas i tamto stanie się możliwe; wówczas doskonałe Państwo i doskonałe społeczeństwo stanie się osiągalne i będzie miało wartość. Ale zaczynać od usiłowań stworzenia doskonałej społeczności, pomijając prawdę i rzeczywiste, prowadzi tylko do dalszego chaosu, wraz z obozami koncentracyjnymi i likwidowaniem tych z którymi się nie zgadzamy, czyli do nie kończących się nigdy walk pomiędzy ludźmi. Ale rozumiejąc cały proces naszych zależności i ograniczeń, widząc jakim sposobem umysł im podlega - a jakiekolwiek byłyby jego działania i projekcje, intelekt będzie zawsze uwarunkowany - rozumiejąc to, może zdołamy go przekroczyć. Być może po to właśnie niektórzy z moich słuchaczy znaleźli się tutaj.

Pytanie: Obserwuję moje myśli i uczucia, ale nie widzę aby mnie to prowadziło naprzód; wciąż wpadam z powrotem w stare koleiny, w rutynę myśli powierzchownych i rozbiegających się. Więc co mam robić?

Krishnamurti: Mały, ciasny umysł, obserwujący myśli i odczucia pozostaje wciąż w obrębie swoich ograniczeń, nieprawdaż? Jeśli umysłowość moja jest płytka, powierzchowna i małostkowa, mogę obserwować moje myśli, ad infinitum i oczywiście do niczego mnie to nie doprowadzi; bo tenże ciasny intelekt spodziewa się zawsze jakichś skutków, a więc patrzy i obserwuje chcąc pewnych określonych rezultatów; a że jest płytki i drobnostkowy więc i wszystko co pomyśli będzie płytkie i małe, - wszystkie moje wiary i bogi, działania i sprzeciwy, metody i reguły, będą wciąż ciasne, małe, powierzchowne, uwarunkowane moimi własnymi ograniczeniami. Toteż istotnym zagadnieniem nie jest: "jak obserwować nasze myśli" ale - "czy jest w ogóle możliwe aby intelekt, przy całej swej ciasnocie i płytkości, zdołał sam siebie przekroczyć".

Samo obserwowanie myśli i odczuć nic ciasnemu umysłowi nie pomoże; obserwuję myśli chcąc je zmienić, czucia aby je przetworzyć ; ale istota obserwująca, która chciałaby je przerabiać, sama jest ich wytworem, nie jest czymś od nich różnym i odrębnym. Wprost bez tych uczuć i myśli nie miałaby własnego istnienia. Wszak jestem tworem moich myśli, uczuć, przeżyć, doświadczeń, zależności itp., sam jestem tym wszystkim. I oto jedna cząstka mnie mówi: "będę obserwować różne moje myśli i uczucia i starać się je zmienić, będę usiłować sprowadzić przemianę". Ale to "ja", które chce coś z tymi myślami "zrobić" znajduje się samo w obrębie i w polu tychże myśli, czyli umysł, ta część mnie która się oddziela jako coś wyższego, i stara się opanowywać i nadawać kierunek myślom i uczuciom, sama stanowi ich nieodłączną część.

Proszę postarać się przemyśleć te kwestię teraz, tu, razem ze mną. Czyż jestem czymś odrębnym od moich myśli i uczuć? Wszak one to "ja". Jestem ich wypadkową; lęki, niepokoje, tęsknoty, zahamowania, zniechęcenia i niezliczone pragnienia i chęci - to "ja", jestem sam tym wszystkim. Więc gdy część mnie obserwuje te myślo-czucia i chce im nadawać pewien kierunek, oczywiście nie doprowadza to do niczego. Wprawdzie mogę je nieco przerobić i zmodyfikować, ale istota która tę zmianę wprowadza pozostaje nadal mała i ciasna. Cóż więc mam robić? Bowiem widzę konieczność zasadniczej, dogłębnej przemiany w całym sposobie mojego, myślenia i czucia; chciałbym pozbyć się ambicji, strachu w jego rozlicznych odmianach i tylu innych czynników mej psychiki. Widzę jasno istotną tego konieczność. Ale cóż mam w takim razie zrobić? "Ja", które samo składa się z ambicji, lęków, zatorów, zahamowań i pragnień, to "ja", które jest tego wszystkiego nieodłączną częścią, starając się to przekroczyć, lub sięgnąć poza nie, stworzy tylko nowe powikłania i nowe zatory.

Jeśli jasno widzę tę prawdę iż cokolwiek będę robić w stosunku do mych zahamowań i zatorów - np. starać się być pogodnym i radosnym, lub coś zdobywać; czy też odwrotnie, pozbyć się chęci jakichkolwiek zdobyczy i osiągnięć - doprowadzi mnie to nieuchronnie do dalszych powikłań i zahamowań; jeśli istotnie ujrzę tę nagi prawdę, czyż nie uznam bezsensu borykania się z jakimkolwiek zahamowaniem? Gdyż widzę wówczas iż nie ma po co obserwować swych czucio-myśli; obserwowałem chcąc wprowadzić jakaś zmianę, chcąc opanować je i urobić na modłę pewnego wzoru myślenia i postępowania, ale gdy widzę że "ja" nie różni się od tych myśli i uczuć, pojmuję iż nie jest ono w stanie ich przetworzyć, może je tylko trochę zmodyfikować, ułożyć w nieco inny wzór, ale nie zdoła radykalnie, rewolucyjnie przemienić całego sposobu naszego myślenia. Takie przeistoczenie może się stać tylko wówczas gdy ,,ja" nie jest świadome żadnego wysiłku ku zmianie.

Postarajmy się to zrozumieć. Gdy chcemy zmienić jakąś myśl lub czucie, zazwyczaj robimy umyślny, świadomy w tym kierunku wysiłek; a przecie ta świadomość jest sama wytworem i wypadkową walk, tarć, zmagań się i cierpień, oraz chęci rezultatu. Jest to więc z góry uplanowanym działaniem naszego intelektu, naszego "ja" i pewnego określonego myślowego procesu. A to nie jest przeistoczeniem. Jest to tylko nieco zmienioną ciągłością pewnej myśli. Czyż nie widzimy konieczności i wagi przemiany dogłębnej, zasadniczej, sięgającej dna nieświadomego, przemiany która musi przyjść samorzutnie, bez żadnego z naszej strony wysiłku? Takie przeistoczenie może zaistnieć gdy zrozumiemy całokształt procesu naszego myślenia. Toteż rozmyślnie nie robię wówczas nic, pojmując iż każda świadoma z mej strony akcja może tylko zahamować je i utrudnić.

Zasadnicza, całkowita przemiana dokonuje się w nas bez udziału woli. Póki chcę działać w pewnym określonym kierunku, tylko wzmacniam i żywię swe "ja", które wciąż pragnie coś pozmieniać, coś zdobyć, osiągnąć jakiś rezultat. Zastanówmy się nad tym, a przekonamy się że póki chcemy zmienić jakieś przyzwyczajenie, lub sposób myślenia, albo nasz do kogoś stosunek, czy też uwolnić się np. od strachu, dopóki świadomie postanawiamy i umyślnie zabieramy się do jego przetworzenia, nie udaje się nam to nigdy. Ale jeśli potrafimy zdać sobie jasno sprawę z samego zjawiska strachu i jego procesu w nas, a potem dać mu spokój, więcej o nim nie myśleć, przekonamy się iż coś się w nas dokonuje w głębi, jakaś wielka a nieświadoma przemiana, w której strach znika.

Ale większości z nas przeszkadza nieustanny impuls do działania, do robienia czegoś, wprowadzania ciągle jakichś zmian; tymczasem intelekt nie jest w stanie nigdy sprowadzić zmiany istotnej i radykalnej. Może on tylko to samo nieco inaczej układać, czy kształtować; ale nie może nigdy uwolnić nas całkowicie od strachu, gdyż sam jest tegoż strachu wytworem. Ale jeśli się zrozumie całość tego procesu, jeśli teraz, od razu, w miarę słuchania, ujrzymy go jasno, przekonamy się iż zupełnie niezależnie od naszych świadomych wysiłków jakaś przemiana dokonuje się w głębi, która uwalnia naszą świadomą psychikę od lęku.

Świadomy intelekt nie może uwolnić nas od niczego; może coś przesuwać, przekładać, modyfikować, ale pomimo to strach wciąż pozostaje na dnie. Aby uwolnić się odeń radykalnie, trzeba jasno zdawać z niego sprawę, trzeba widzieć go w sobie, a potem odwrócić się niejako, zostawić go, bez żadnego osądu, ani wysiłku aby coś z nim "zrobić". Po prostu wiedzieć że w nas jest i trwać cicho, w zupełnym spokoju, a zasadnicza wewnętrzna przemiana dokona się sama i nie będzie w niej już miejsca na strach.

II

Czyż nie jest oczywiste iż umysłowość ograniczona, tj. nastawiona w pewnym określonym kierunku, zacieśniona i uzależniona od różnych wierzeń, przesądów i zasad postępowania, ograniczona własnymi doświadczeniami, jest jedną z głównych przyczyn dzisiejszego chaosu? Taki umysł wciąż stwarza chaos wokoło. A każdy z nas jest uzależniony od różnych czynników; jeden jako chrześcijanin, drugi jako wyznawca hinduizmu czy buddyzmu; jeszcze inny jako komunista, czy socjalista, itd. itd. Czy ta zależność jest nam narzucona z zewnątrz przez wychowanie, czy też niewoli nas od wewnątrz, przez napór naszych własnych lęków, przeżyć, doświadczeń i nabytej wiedzy, czy też specjalnych zdolności, zawsze jest zależnością i ograniczeniem, a istota tak uwarunkowana nie może być wolna. Jest to chyba oczywiste. Sądzę, że tylko w zupełnej swobodzie można odkryć prawdę; dopóki podlegamy różnym ograniczeniom, nie jesteśmy w stanie jej odkryć. A tylko w poznaniu tego, co jest prawdą może zaistnieć harmonia i istotna miłość wśród ludzi.

Czy jest możliwe uwolnić się od tych ograniczających wpływów? I co jest w nas czynnikiem który powoduje to uzależnienie? Jeśli odnajdziemy w sobie ten czynnik, nie robiąc przy tym żadnego wysiłku aby się odeń uwolnić, może odkryjemy co znaczy być wolnym od różnych ograniczeń i uzależnień jakie samiśmy sobie narzucili.

Wszak każda społeczność, każda gromada ludzka, jak i religia narzuca nam pewne pojęcia; od dzieciństwa podlegamy pewnym wpływom i ciśnieniom. Klimatycznym, geograficznym, socjalnym, ekonomicznym, religijnym, które nieustannie działając wywierają nacisk na naszą psychikę. I nie zdaje mi się abyśmy byli w stanie wyrwać się spod tego narzucającego się nam od dzieciństwa ciśnienia, jak i spod wpływu swych własnych urobionych pojęć i zdobytych doświadczeń. Doświadczenie jest punktem stycznym przeszłości z teraźniejszością w chwili naszej reakcji.

Czy jest w ogóle możliwe uwolnić się od tego wszystkiego? Wszak dopóki jestem buddystą, hindusem czy chrześcijaninem, będę zawsze myślał o prawdzie, o Bogu, w obrębie pewnych schematycznych pojęć w których się wychowałem, będę np. wierzył że tylko jeden kościół zapewnia zbawienie; a myśląc w innym schemacie, że tylko jeden ekonomiczny system może ocalić ludzkość. Albo też będę miał różne wierzenia i przekonania, wyrobione czy też narzucone przez moje własne lęki, troski i obawy. A tak zacieśniony i spętany umyśl nie może nigdy znaleźć prawdy. Może tylko widzieć to, do czego z góry został przygotowany. Jeśli myśl jednego człowieka urabiano na jedną modłę, a drugiego na inną, konflikt pomiędzy nimi będzie nieunikniony; spory oraz starcia w działaniu, w czynie, jak i we wzajemnych stosunkach muszą zaistnieć. Wszyscyśmy byli wychowani w pewnych schematach myślenia; każda odrębna gromada ludzka uważa iż tylko ona znalazła prawdę i pewność, i wierzy że jej droga jest najlepsza. Ale życie jest ciągłym ruchem; żaden poszczególny system myśli nie jest w stanie go objąć; toteż mamy ciągłe rozmijanie się naszej ograniczonej psychiki z żywym, wciąż nowym stającym się życiem.

Rozumiejąc to zadajemy sobie pytanie: "czyż nie jest możliwe uwolnić się od tych zacieśnień i ograniczeń?" Ale wszystko co możemy świadomie zrobić to nieco ulepszyć i rozszerzyć nasza umysłowość, umoralnić i uspołecznić nasza naturę; ale to jeszcze nie uwalnia nas od zależności. A czyż tak ograniczony umysł może poznać prawdę? Cóż jest tym czynnikiem który go ogranicza i trzyma w więzach?

Może gdy zobaczymy jasno ten czynnik, zdołamy go też prawie natychmiast przekroczyć i wychylić się poza te ograniczenia; stopniowe uniezależnianie się myśli nie jest możliwe, bo w samym tym procesie człowiek popada w inne, nowe ograniczenia.

Cóż więc jest tym czynnikiem? Czy nie jest nim skłonność do zdobywania i trzymania nabytego? Umysł nasz nieustannie chce coś zdobywać - wiedzę, doświadczenia, pewność, bezpieczeństwo, i staje się sam lamusem, składem swoich dóbr i patrzy na wszystko nowe przez pryzmat tego co już zdobył. Dopóki jest tak żądny zdobyczy i kieruje się impulsem gromadzenia, oczywiście ciągle siebie ogranicza i nigdy nie może być wolny; jest uwikłany we własne zdobycze, uzależniony od własnej wiedzy, ograniczony przez własne umiejętności.

Czy nie moglibyśmy uwolnić się od tej chęci zdobywania i zatrzymywania nabytego, czy to będzie wiedza, czy doświadczenia i umiejętności? Czy nie moglibyśmy niejako rozluźnić chwytu i nie trzymać się owych doznań, przeżyć, doświadczeń - niech płyną; a sami pozostać swobodni i nie związani? Czy nie mógłbym np. zobaczyć jakie są moje specjalne ograniczenia jako wyznawcy Hinduizmu, Chrześcijaństwa, czy jakiegoś innego systemu myślenia; jak one powstały i jak mnie warunkują - społecznie i moralnie - jak wpływają na mój stosunek do ludzi? Czy nie mógłbym zauważyć jak bardzo czuję się w tych myślowych granicach bezpieczny, pewny siebie i swoich własności - wiedzy czy doświadczenia? A czy nie można by używać wiedzy dla działania, nie dopuszczając by jedno lub drugie - wiedza lub czyn - wiązało nas i ograniczało nasza myśl?

Trzeba te rzeczy przemyśleć i przeżyć. Nie chodzi tu o udowodnienie ani przekonanie kogoś o słuszności pewnej postawy. Mamy razem zbadać czy można, przy całym naszym uzależnieniu, uwolnić się odeń wewnętrznie, dogłębnie i całkowicie. Bo może naprawdę zaistnieć wówczas możliwość tak wielkiej wewnętrznej swobody, iż zdołamy odkryć czym jest prawda, rzeczywiste, czym jest Bóg. Ale zdaje mi się iż jeśli nie potrafimy wyzbyć się tej nieustannej żądzy zdobywania - czy to w dążeniu do stawania się i zostania "kimś", czy też zabezpieczenia się w jakiejś osiągniętej pewności - jeśli nadal będziemy trzymać i skrzętnie gromadzić wszystko cośmy poznali i przeżyli, myśl nasza pozostanie zawsze uwarunkowana.

Przeżywamy i doświadczamy czegoś nieustannie, ale czy nie moglibyśmy odczuć, doznać i skończyć z tym, niech płynie dalej; nie chwytać tego, nie zatrzymywać, ani się z tym nie utożsamiać, mówiąc: "moje".

Jeśli zdołam nie tylko wyobrazić abstrakcyjnie i przyjąć intelektem jako pewną możliwość, ale i wczuć się do głębi i bezpośrednio przeżyć tę prawdę że zawsze zdobywam, gromadzę, a potem dopiero działam, gdy ujrzę to jasno, może potrafię też wniknąć w stan, gdy się czegoś doznaje, coś przeżywa, a przecie nie utożsamia się z tym i weń nie wplątuje, a pozwala mu się przejść, przepłynąć. W tym stanie jest wolność, ta istotna, nie owa domniemana w kręgu naszych uzależnień.

Wyznawca chrześcijaństwa, czy hinduizmu twierdzi że jest wolny, ale to nie jest wolność. Czuć się wolnym w ramach pewnego określonego systemu myślenia nie jest wolnością, jest uwarunkowaniem, i w tym stanie nie da się poznać tego co najwyższe i rzeczywiste. Każda projekcja uwarunkowanego intelektu będzie wciąż rezultatem jego uprzednich przeżyć, czyli wynikiem jego przeszłych zacieśnień i zależności. Czy więc istnieje możliwość abym widząc swe ograniczenia, poznawszy przyczyny i czynniki które mnie zacieśniają, był ich tak jasno świadom, abym bez żadnego z mej strony wysiłku, ani udziału woli, pozwolił wszelkim doświadczeniom i doznaniom płynąć swobodnie, a nie dał się w nie wplatać, ani zniewolić? Wszak intelekt nasz to pamięć, nieprawdaż? To przeszłość, to wytwór czasu. I większość z nas żyje pamięcią, żyje wciąż wśród wspomnień. Wprawdzie nie można umyślnie odwrócić się od pamięci i usunąć wspomnień, ale można pozwolić im płynąc niejako mimo nas, bez narzucania się i zabarwiania naszej myśli, i nie zatrzymywać jej na żadnych miłych czy przykrych wspomnieniach. Właśnie to najbardziej nas ogranicza, owo wpatrywanie się w jakieś poszczególne wspomnienia; zajmowanie się pamięcią, czy to dzieciństwa, czy wczorajszego przeżycia, które trzymamy i uważamy za własne. Czy moglibyśmy wniknąć w cały ten proces zdobywania i uwolnić się odeń?

Nieraz twierdzimy iż nie można być wolnym dopóki istnieje zależność ekonomiczna, ale któż wie czy nie będzie ona istnieć zawsze? Nie sądzę aby wolność była z nią związana. Może nie należy jej szukać w fizycznym dobrobycie i wygodach, a raczej w wyzbyciu się chęci zdobywania i wynikających zeń ograniczeń, w swobodzie od wszelkich zacieśnień, co daje równowagę i spokój myśli; w stanie ciszy wewnętrznej, nie dającej się zakłócić żadnym cieniem, żadnym przeżyciem. Stan taki jest nieodzowny jeśli chcemy poznać prawdę i twórczość istotną.

Pytanie: Jestem nieustannie głodny, gdzie mogę znaleźć coś co by zaspokoiło na zawsze ten głód?

Krishnamurti: Chcemy znaleźć zadowolenie, wewnętrzny "dobrobyt", nieprawdaż? Chcemy wypełnienia siebie, wyrażenia się w jakimś czynie, idei, osobie. I próbujemy jednego po drugim - wstępujemy do różnych stowarzyszeń, zrzeszeń, grup; chwytamy się pewnych idei i wierzeń, by odrzucić je gdy przestają nas zadowalać i dawać to, czego chcemy. Wciąż szukamy, gonimy i wciąż jesteśmy głodni. Głód jest przykry tylko gdy nie ma czym go zaspokoić, ale cierpienie znika gdy znajdzie się coś co go może uśmierzyć. Więc cierpienie trwa poty póki nie znajduję strawy by głód ukoić, gdy ja zdobędę - męka ustaje.

Będąc wewnętrznie głodny, niecałkowity i sobie niewystarczający, pełen zatorów i zahamowań, chcę znaleźć coś, co by mi dało trwałe zaspokojenie i nieustające szczęście. I wciąż szukam i próbuję jednej rzeczy po drugiej. Czyż nie robimy tego wszyscy? Będąc niezadowoleni, zgnębieni, głodni, chcemy gdzieś znaleźć wyjście, radość, szczęście, gdzieś gdzie by nie istniały już przeszkody i zahamowania. I staramy się uśpić swe niezadowolenie, zagłuszyć głód, rozumowaniem, teorią, doktryną, albo utożsamieniem się z Państwem, rzuceniem się w pracę społeczną, lub wstąpieniem do jakiegoś towarzystwa, czy religijnego zrzeszenia. Ale głód wciąż trwa; niepokój, lęk, niezadowolenie nie ustępują.

A może byśmy spytali siebie: dlaczego nie miałbym być niezadowolony? Czemu niezadowolenie ma być złe, lub niepożądane? Jest ono męczące tylko wówczas gdy chcę je usunąć, samo w sobie nie jest bolesne. Dopiero gdy chcę znaleźć zadowolenie i w porównaniu z nim, staje się udręką. Więc będąc niezadowolony szukam zadowolenia, a nie mogąc go znaleźć - cierpię.

Chodzę tedy kołacząc od jednych drzwi do drugich, od jednego nauczyciela, lub świętego, do drugiego, bo chcę za wszelką cenę zaspokoić głód i znaleźć nieprzerwany spokój. W sobie czuję zamęt, przygnębienie, niepokój, nie umiem z nich wyjść i nie wiem jak ten stan zmienić; stąd cierpienie.

A czy nie mógłbym zrozumieć czym jest samo w sobie niezadowolenie, zamiast pytać jak je zmienić?

Jak znaleźć zadowolenie? To bardzo proste. Mogę zażyć usypiającą lab podniecającą pigułkę; zamknąć się w pewnych wierzeniach, rzucić się w wir społecznej, czy politycznej płacy, lub pójść za jakimś, nigdy nie kwestionowanym autorytetem itp.; wcale nie jest trudno znaleźć w tym wszystkim zadowolenie. Ale poza nim, gdzieś na dnie, będzie się wciąż ukrywał lęk i ból. A jeśli zechcę wniknąć i zrozumieć czym jest samo w sobie niezadowolenie - ten płomyk w nas, to coś wciąż żywe, niespokojne, co pyta, wątpi, bada i nigdy nic daje się uciszyć, wówczas to wniknięcie i zrozumienie może się okazać rzeczą istotną, a wcale nie znalezienie jakiegokolwiek zadowolenia.

Tylko jeśli mnie nie stać na ciągłą czujność, badanie, śledzenie co się we mnie dzieje i kształtuje - myśli, uczuć, doznań - jeśli nie stać mnie na wątpienie i dociekanie - tylko wtedy niepokój i niezadowolenie stają się cierpieniem. I powstaje chęć ujścia, ucieczki w coś, co na zawsze ukoi ten głód.

Ą czy nic należałoby właśnie pozostać z tym głodem sam na sam, i nie szukać łatwych drąg by go uśmierzyć? To niepokojące niezadowolenie, to dojmujące uczucie głodu prawdy, to palące pragnienie by dociec co nią jest, ten wewnętrzny rewolucyjny stan, czyż nie są one ważne, a nawet zasadnicze? Ten płomyk da nam nowe życie, zrodzi nowy stosunek do wszystkich wyobrażeń intelektu; przepali, spopieli samą jego zdolność tworzenia złud. Owa skłonność intelektu do snucia ułud nie da się zniweczyć przez doświadczenia, gdyż one same wytwarzają ułudy. Tylko pełne zrozumie całego procesu narastających, gromadzonych przeżyć i doświadczeń daje wolność.

Czyż nie jest więc ważne by przestać pragnąc i szukać ulgi i zadowolenia, by nie starać się o uśmierzenie wewnętrznego głodu jakąś wiecznotrwałą niebieską manną? Nigdy o nią nie prosić; bo za każdą prośbą idzie jej spełnienie, ale to co przychodzi w odpowiedzi zmienia się wkrótce w garść popiołu. Może jest stokroć ważniejsze mieć tę zdolność niezadowolenia - nie jest to właściwie odpowiednie słowo - mieć ten wewnętrzny głód, nie dający się łatwo zaspokoić, a nawet wcale tego zaspokojenia nie pragnąć; nie gonić za żadna formą powierzchniowej radości czy rozkoszy; czyli być wciąż w stanie wewnętrznej rewolucyjności; nie wątpienia - na wątpienie nie ma wówczas miejsca - ale badania, zgłębiania, dociekania. Umył będący w tym stanie nie może być zamknięty ograniczeniem, gdyż ani na chwilę nie spoczywa, nigdzie nie zarzuca kotwicy i nic nie nazywa "swoim".

Taki właśnie powinien być nasz stan. Ale z chwilą gdy zadajemy pytanie "co zrobić aby takim był?" metoda staje się znów ograniczającym czynnikiem. Lecz jeśli możemy ujrzeć że tak istotnie jest, że to prawda, poczuć ją wewnętrznie, głęboko - a nie tylko uznać powierzchownie, intelektualnie - wówczas dokonuje się w nas nieświadoma, istotna przemiana, l nie szukamy już zadowolenia, właściwie nie możemy jut być nigdy zaspokojeni; samo myślenie i czucie w tych kategoriach znika. Toteż nie wpadamy więcej w rozpacze, ani przygnębienia, nie unosimy się nadzieją; nastroje te nie mogą już niewolić naszej psychiki, bo porusza się ona w zgoła innej płaszczyźnie.

Czy więc jest możliwe, dla nas - nie geniuszy, a zwykłych, przeciętnych, zmagających się ludzi - pozbyć się tej żądzy zadowolenia? Bo od chwili gdy czujemy się zaspokojeni, przestajemy być twórczy. A twórczość to nie tylko pisanie wierszy czy malowanie obrazów, nie o tej twórczości mówię. Nie mam na myśli projekcji intelektu, które nazywa rzeczywistością, mówię o istotnej rzeczywistości, o prawdzie, która się objawia gdy jesteśmy zdolni ja przyjąć, a tylko to jest prawdziwą twórczością.

Czyż więc nie trzeba być w stanie ciągłej wewnętrznej rewolucyjności? Nic nie zdobywać, nic nie gromadzić, nigdzie nie zarzucać kotwicy, nigdzie nie szukać bezpiecznego schronienia; być ciągle w stanie takiego wewnętrznego napięcia, iż żadne doznanie nie może nas wzbogacić. Bo w chwili gdy czujemy się wzbogaceni, ów stan intensywności ustaje, a wraz z nim znika twórczość.

Czy umysł nasz, który wciąż szuka jakiejś strawy by zaspokoić głód i posiąść zadowolenie, mógłby poznać stan bez-chęci i nie-zdobywania, stan który jest poza czasem; a więc i przestać wysilać się i walczyć? By wszedł w wielka ciszę? Bo w tej ciszy może zaistnieć to, co jest poza-czasowe, twórcze, rzeczywiste.

Pytanie: Sen jest potrzebny dla normalnego działania fizycznego organizmu, jaka jest poza tym jego funkcja?

Krishnamurti: Nie wchodząc w różne mistyczne a nonsensowne interpretacje snu i tego co we śnie zachodzi - znamy wszyscy te różne fantastyczne interpretacje - czy nie moglibyśmy zbadać co naprawdę ma miejsce, odkryć prawdę tego zjawiska, nie zatrzymując się nad tym co byśmy chcieli w nim widzieć.

Faktem jest iż coś się podczas snu dzieje. Nierzadko rozwiązują się problemy, robią odkrycia. Czasem całymi dniami możemy myśleć o jakimś zagadnieniu, a nagle we śnie przychodzi jego rozwiązanie.

Tak, sen jest konieczny, nie tylko dla naszego fizycznego ale i dla psychicznego organizmu. Podczas snu nasza zwykła, codzienna osobowość - ta co idzie do biura, pracuje w kuchni, kłóci się i dokucza innym, i wciąż się zajmuje głupimi, błahymi sprawami - co sąsiad powiedział, co dzieje się wśród znajomych itp. - nie odzywa się, nasz świadomy, aktywny milczy. Ale jest on tylko częścią naszej psychiki; reszta, o wiele głębsza, działa nadal i nigdy nie usypia.

Możemy się o tym przekonać gdy, - jak to się często zdarza - mamy jakaś ważna kwestię do rozstrzygnięcia, jakieś niepokojące zagadnienie, głęboki ból, czy poważna troskę, gdy jakiś zasadniczy problem nas dręczy, skupiając przez szereg dni cała uwagę i wysiłek naszej świadomości, a pomimo to nie znajdujemy żadnej odpowiedzi; a podczas snu, ta głębsza część naszej psychiki, która nie usypia, bada i szuka dalej rozwiązania. A że może teraz badać bez wtrącania się powierzchownych myśli, którymi jesteśmy w dzień pochłonięci, jest w swych dociekaniach o wiele swobodniejsza. Dlatego to budzimy się nieraz z niespodziewanym odkryciem: "na Boga, otóż i odpowiedź!"; albo też z nową ideą, czy wrażeniem, lub nowym ujęciem jakiejś sprawy. Zrodziły się one gdy powierzchniowa myśl ucichła.

Każdemu z nas zdarzało się zapewne zastanawiać się nad jakąś kwestią, rozpatrywać ja wszechstronnie, omawiać z innymi, wciąż bezskutecznie, nie widząc rozwiązania; aż gdy dajemy już za wygraną, nagle rano budzimy się z gotową i słuszną odpowiedzią. Czyż nie dlatego że podczas snu powierzchowna myśl nie wtrącała się i nie przeszkadzała?

Więc sen jest istotnie ważny. Większość z nas żyje tyko powierzchnią psychiki i nigdy nie sięga w jej głębokie pokłady. Może czasem, właśnie przez sny, dają o sobie znać jakimś lekkim napomknieniem; ale to, interpretowane przez płytki i małostkowy intelekt traci swą wartość; w tym procesie tłumaczenia, to, co mogło być cenne, staje się banalne i puste.

Toteż zarówno sen jest potrzebny, jak i obudzona, czujna świadomość za dnia, nieprawdaż? Czy nie moglibyśmy więc być tak żywi i czujni w dzień, aby nie stawać się niewolnikami powierzchownych myśli, a zdawać sobie sprawę z całości naszych wewnętrznych procesów, z różnych warstw i pokładów świadomości, a nie tylko żyć na jakiejś jednej płaszczyźnie, którą wybraliśmy, na której zatrzymaliśmy się mówiąc: "to jest najlepszy stan, w nim będę trwał." A może by się dało i za dnia być świadomym nie tylko jednej warstewki, jednego segmentu naszej psychiki, ale jej wielkiej całości, ogarniającej i głębsze pokłady, które tak znamiennie odsłaniają się nam podczas snu?

A więc nie tyle jest ważne pytać co dzieje się we śnie i interpretować sny w całej ich złożoności, ile bacznie obserwować podczas dnia całość myślowych procesów tak aby sen stawał się dalszym ciągiem i głębszym odkrywaniem tego, co się w nas dzieje; bo istotnie może nam przynieść wiele napomknień i podszeptów, których świadomy umysł sam nie może uchwycić. Ale dopóki mamy w nim płytkiego tłumacza, cenzora i sędziego, który określa, sądzi, potępia, całokształtu procesów naszej psychiki nie zrozumiemy. Nie ma bowiem w nas istoty oddzielnej, która by mogła patrzeć ze strony na cały psychiczny świat i interpretować różne podszepty przychodzące podczas snu. Nie może część świadomości, która obserwuje i interpretuje, zrozumieć całości jej procesów. Dlatego to spokój myśli jest tak potrzebny, zupełna cisza, w której nie ma żadnych osądów; ocen, potępień. Wówczas cała psychika przejawia się w każdym czynie, ruchu, słowie. Toteż świadomość za dnia jest ważna, jak i ta druga podczas snu; gdy obie działają równomiernie odkrywają się nam nowe głębie naszego wewnętrznego świata.

Pytanie: Umarł mój syn. Jak mam przyjąć ten ból?

Krishnamurti: A jak zwykle przyjmujemy ból? Czy przyjmujemy go w ogóle kiedykolwiek? Nic wiemy nigdy czym jest istotny ból, bo staramy się zawsze odeń ujść, uciec. Znamy tylko tę ucieczkę. Jeśli zdołam przyjąć nagi fakt śmierci twarzą w twarz, sam ten fakt coś we mnie dokona. Nie mogę go zmienić. Jest nieubłagany i prosty. A jednak wciąż usiłuję coś z nim "zrobić" i samo pragnienie by go określić, wytłumaczyć, wyrazić, odwraca moją uwagę, staje się ucieczką.

Spójrzmy uważnie co się zazwyczaj dzieje. Syn mój umarł; a mnie pochłania ból. Cierpienie, lęk, trwoga, wypełniają moją istotę. I myśl szuka wyjścia, ulgi, pociechy. Naturalną, nie rozumowaną, a bezpośrednią reakcją jest: "pragnę ukojenia tego bólu, zniweczenia trwogi i samotności". Więc szukam. I zwracam się do religii, do spirytystycznego seansu, czy teorii o reinkarnacji, albo rzucam się w racjonalistyczne, logiczne rozumowania, czy też rozważania na temat śmierci; wciąż spodziewając się znaleźć jakaś ulgę i pewność. Czyli moja myśl nieustannie gorączkowo działa; wciąż krąży wokół tego faktu. Fakt jest prosty i nieodwracalny: syn mój umarł. A ja nie, zdołam spojrzeć tej prawdzie w oczy. Więc myśl intensywnie pracuje i szuka wyjścia, nadziei, symbolów, pewności, w czymkolwiek bądź. Toteż właściwie nigdy nie przyjmuję bólu wprost.

Samo pytanie: "jak mam przyjąć ten ból?" wykazuje zajęcie się troską nie o "przyjęcie bólu," a: "co z nim zrobić" tj. jaki stosunek doń znaleźć, jaką przyjąć postawę, jaka wartością go mierzyć. Innymi słowy nie chodzi o "przyjęcie bólu", a o znalezienie przed nim ochrony. Jeśli wierzę w reinkarnację, więc w możliwość spotkania mego syna w następnym życiu, nie spotykam bólu w całej jego nagości. Podobnie gdy uciekam się do seansów, gdy rzucam się w społeczną, czy jakąkolwiek inną pracę, lub staram się zagłuszyć tysiącznymi sposoby. Jest to wciąż ta sama od bólu ucieczka. Robimy to ciągle, wszyscy.

Jeśli chcę przyjąć ból, myśl nie powinna uchodzić od prawdy faktu - co nie znaczy pogodzenia się z nim. Fakt pozostaje faktem, nie mam co zgadzać się z nim lub nie, on jest. Jeśli staram się o wewnętrzną postawę "pogodzenia się", tedy stwarzam znów przeszkodę w jego prostym przyjęciu.

Więc myśl szuka nieustannie dróg i sposobów by uchylić się, by prosto przed faktem bólu nie stanąć i nie spojrzeć mu w twarz. A przecie można zrozumieć ból tylko gdy się go przyjmie prosto i całkowicie. Może się to stać tylko w ciszy, gdy myśl nic nie określa, nie tłumaczy, nie szuka żadnych wyjaśnień, teorii, nadziei.

Gdy myśl zawisa w zupełnej ciszy, gdy "staje" w spokoju, nie dlatego że chce pojąć dany fakt, a dlatego że zna swój własny bieg, wówczas możemy przyjąć to olbrzymie, potężne doznanie jakim jest śmierć. Ową "nie-znaność," to uczucie zupełnego nie-wiedzenia czym zjawisko śmierci w istocie jest, pomimo niezliczonej ilości książek jakie o niej napisano.

Tylko gdy myśl jest najcichsza, wstrzymana w zupełnym spokoju, mogę ogarnąć ten nagi takt: oto jest ból i nie ma dlań tłumaczenia.

W tym stanie, gdy myśl cicha staje przed faktem śmierci w milczeniu, dzieje się co przedziwnego. (Słowa te nie są żadną obietnicą, więc nie starajcie się moi słuchacze o ciszę myśli.) Gdy myśl nie szuka żadnego wyjścia, gdy nie opiera się o żadne wierzenia, nie chroni się w żadną nadzieję, gdy milczy w niezmiernej ciszy, wówczas przyjmuję ból.

A w tym stanie ból przestaje być bólem.

III

Gdybyśmy mogli zrozumieć, jakie czynniki wywołują w nas psychiczne starzenie się i zastój, może byśmy potrafili je usunąć i pozbyć się naszej przeciętności, oraz pojąć i wyczuć co znaczy być prawdziwie twórczym. Czy nie jest naszym nieszczęściem -może jednym z największych - iż żyjemy ciągle w cieniu śmierci, na pograniczu rozkładu i upadku?

Nieustanne ciśnienie warunków, konieczności i przymusów życia, czyni z nas ludzi przeciętnych, małych, zamkniętych w sobie, jałowych; i proces starzenia się - nie tytko fizycznego, ale co gorsza psychicznego - rozpoczyna się w nas przedwcześnie.

Gdybyśmy zdali sobie sprawę czego właściwie wszyscy szukamy, może byśmy znaleźli jakaś radą na tę jałowość i martwotę.

Co jest przyczyną iż panuje w nas przeważnie tak rozpaczliwa wewnętrzna pustka, małość, nędza? Czemu wciąż za czymś gonimy, czegoś w tęsknocie szukamy, coś chcemy pochwycić, co się nam ciągle wymyka? Czyż nie czynimy tego niemal wszyscy? Jeśli postaramy się wniknąć w to i zrozumieć o co nam właściwie chodzi, czego tak uparcie szukamy, może znajdziemy odpowiedź i zdołamy powstrzymać ten uwiąd psychiczny i zastój i wyjść poza ciasną umysłową miernotę.

Spójrzmy w siebie uważnie, a przekonamy się iż powierzchniowo większość z nas dąży do materialnego dobrobytu - chcemy mieć wygody, pieniądze, najróżniejsze przedmioty, oraz przywiązanie ludzi; chcemy podróżować, używać, mieć możność robienia tego, na co mamy ochotę. Oto nasze powierzchowne pragnienia. Sięgając nieco głębiej, w następna warstwę naszej psychiki, zobaczymy: pragnienie miłości, szczęścia, swobody, zdolności do czynów doniosłych i ważnych, do działania na wielką skalę. Idąc jeszcze głębiej znajdujemy pragnienie rozwiązania zagadki śmierci, przeniknięcia poza jej zasłonę; chęć zrozumienia czym jest w istocie miłość, chęć poświęcenia, pracy dla ideału, dla doskonałego Państwa. A gdy sięgniemy jeszcze głębiej, tam będzie chęć szukania prawdy, rzeczywistości, Boga, tego co jest tak żywe i twórcze iż jest zawsze nowe.

I gubimy się wśród tych wielu warstw naszej psychiki i ich różnorodnych pragnień. Chcielibyśmy spełnienia wszystkich naraz; chcemy mieć jak najlepsze stosunki z ludźmi, i odpowiadający nam fach, i pracować w zespole, itd. l wciąż ku czemuś dążymy, czegoś szukamy, choć nieraz nie jesteśmy tego nawet świadomi. Może zresztą nigdyśmy się nad tym nic zastanawiali. Po prostu płyniemy unoszeni prądem, popychani przez okoliczności, aż przychodzi śmierć, a z nią koniec wszystkiego; a może początek nowej męki?

Chyba nigdy nie zatrzymaliśmy się aby spojrzeć w siebie i zapytać o co nam właściwie chodzi? Sądzę że jeśli potrafimy dać na to głęboką, istotną, a nie tylko powierzchowną odpowiedź, i przekonać się czym jest owo upragnione za którym gonimy, może i kwestia przeciętności i martwoty rozwiąże się również. Bo wszak jesteśmy przeważnie miernotami. Nie ma w nas nic żywego, twórczego, nic naprawdę nowego. Wszystko co tworzymy jest tak puste, jałowe i bez wartości. Czyż więc nie należy zastanowić się i sprawdzić o co nam chodzi, czego właściwie szukamy?

Spojrzawszy w siebie uważnie przekonamy się iż wciąż szukamy czegoś stałego, czegoś co by trwało - niezmiennej miłości, niewzruszonego spokoju, radości która nigdy się nie rozwieje, szczęścia które nigdy nie zblednie, piękna które nie przeminie, doskonałości która zawsze trwa.

Czyli tęsknimy do stanu trwałej, nie zamąconej radości, nieprawdaż? Wszyscy właściwie pragniemy stanu trwałości, czegoś co nie zniszczeje, czego nie zniweczy myśl, ani żadne warunki, ni choroby, więc czegoś co jest poza zasięgiem myśli; radości niezależnej od stanów organizmu, twórczości nie podległej mrożącym dotknięciom intelektu. Czyż nie tego pragniemy wszyscy? Może nie tyle w młodości, ale z wiekiem, gdy stajemy się dojrzali i bardziej myślący, czyż nie rodzi się w nas ta chęć znalezienia czegoś stałego? Można wyrazić to samo innymi słowami, ale ten jest niemal zawsze kierunek naszych dążeń i usiłowań.

A ja się spytam: Czy coś stałego w ogóle istnieje? Mogę tego pragnąć, mogę w tęsknocie mej, w walkach i zmaganiach, nieustannie do tego dążyć, mogę pragnąć stanu który się ostoi wobec wszelkich wpływów i nigdy nie zniszczeje i będzie poza zasięgiem myśli; ale się pytam czy może w ogóle istnieć stan, który nie przemija, a jest dla umysłu dostępny? Wielu z nas pragnie niezmiennej miłości, trwałych, ponadczasowych przeżyć, rzeczy niezniszczalnych, wiecznych, Do tego, jeśli sięgnąć głębiej, poza powierzchowne, chwilowe życzenia, tęsknimy wszyscy. Ale czy to pożądanie trwałości - doznań, wiedzy, czy miłości - oraz nieprzerwanej ciągłości psychicznych stanów - nie jest właśnie jedną z głównych przyczyn psychicznego starzenia się? Bo czyż może istnieć coś naprawdę trwałego? Ą jednak wciąż usiłujemy znaleźć stan który by trwał i nie zmieniał się nigdy.

Gdy jakieś przeżycie daje mi radość, chciałbym je zatrzymać, niechby trwało zawsze, niechby nic nie mogło go zakłócić. Czyli przywarłem doń i trzymam.

Ale - jeśli chcę znaleźć prawdę - czy by nie należało przede wszystkim zbadać czy coś trwałego w ogóle istnieje? A chcąc przekonać się czy istnieje coś ponad intelektem, czy nie jest konieczne uwolnić się od pragnienia ciągłości doznawanych stanów? Chcąc znaleźć źródło prawdziwej twórczości - nie tej co się wyraża w pisaniu poematów, lub malowaniu obrazów, która nie jest też tylko wynalazczością intelektu, darem czy talentem, ale tej co się wychyla poza czas i wciąż się w sobie odnawia, - czyż nie musimy być zdolni do niesłabnącego zapału, a myśl mieć wytrwałą i wnikliwą w badaniu? Ale większość z nas traci z wiekiem cały swój zapał; a nie chodzi mi o ten zapał powierzchowny, wyrażający się w pewnych czynach, w dążeniu do określonych celów, mając na widoku nagrodę; ale o ten głęboki, od niczego z zewnątrz niezależny, co wciąż bada, szuka, zgłębia i nigdy nie spoczywa w samo-zadowoleniu.

Ale aby mieć swobodę badania i dochodzenia prawdy, potrzeba prawości. Prawość dająca wolność nie jest cnotą którą można w sobie świadomie, z trudem i mozołem wyrobić; ta wiedzie tylko da zacności, do "szanowności", a te są niemal zawsze oznaką miernoty. Ale jeśli chcemy odkrywać prawdę, bez niebezpieczeństwa złudzeń, samorzutna, nie wyrabiana prawość konieczna.

Chcę się przekonać czy istnieje coś poza myślą, ponad intelektem, coś naprawdę trwałego; a żeby to stwierdzić muszę mieć swobodę w mym dochodzeniu, tę niezwykłą żywość umysłu, niezależną od fizycznych stanów; muszę być wolny, a wolność tę daje właśnie prawość, lecz nie rozmyślnie kultywowana cnota, ta stanowi tylko więzy.

A więc aby zgłębiać i odkrywać, trzeba mieć wewnętrzną czystość, świeżość, nie skalaną pamięcią dawnych doświadczeń. Bo jeśli w badaniu będziemy kierować się wspomnieniem przeszłych doznań, ono nieuchronnie zabarwi, a wiec spaczy i uwarunkuje naszą myśl. Każde nasze doświadczenie zabarwia w pewien sposób wszystkie następne; wszelka nabyta wiedza wpływa, a więc warunkuje, dalszą; gdyż każde nowe doznanie tłumaczymy sobie w świetle już znanych. Wynika z tego iż żadne doświadczenia nie są wyzwalające, raczej zawsze warunkują nas i uzależniają.

A czy nie może myśl nasza być "czystą", a cała psychika świeżą i "niewinną", tj. wolną od nabytej wiedzy, od wspomnień dawnych przeżyć? Tylko to byłoby czystą, młodzieńczą świeżością, nieprawdaż? Umysł obarczony wiadomościami, bogaty w doświadczenia i pamięć wielorakich doznań, jest daleki od świeżości.

Więc jeśli chcemy przekonać się czy istnieje jakiś stan trwały, musimy mieć prawość, zapał i ową czystą świeżość myśli i całej psychiki. Tylko wówczas zdołamy wyjść poza działanie wyobraźni; bo gdy intelekt z pomocą wyobraźni szuka, nie może znaleźć nigdy tego, co jest prawdziwe; może tylko rzutować projekcje swoich przeszłych doświadczeń, a więc to, po znajduje będzie tylko wynikiem dawniej nabytej wiedzy, uprzednio przeżytych doznań, czyli jego własnych ograniczeń.

Czy możemy w ogóle odkryć czym jest istotna twórczość, prawda, Bóg, jakimkolwiek imieniem chcemy to nazwać? A tylko to czyni nową rzecz wszelką. Choćbym przebywał ze śmiercią, jeśli znam tę twórczość, sama śmierć nabiera innego znaczenia. Ta prawda wyzwala; ta twórczość uwalnia nas od martwoty, od starzenia się, od przeciętności. Jeśli to jest to czego szukamy, trzeba nam jasno zdać z tego sprawę, aby nie stwarzać już złudzeń i dać myśli taka swobodę, aby mogła naprawdę odkrywać - a to oznacza spokój, ogromny, niewzruszony spokój; zawiśnięcie myśli w niezmiernej ciszy, bowiem tylko w takim spokoju myśl może coś naprawdę odkrywać. Nie można prawdy, ni twórczości ku sobie ściągnąć; przyjść sama. Nie można Boga przywołać; przychodzi Sam. Ale nie może przyjść dopóki w nas nie ma wolności; a tej nie mogą nam dać żadne metody, ćwiczenia, ani reguły.

Widzimy więc że jest to sprawa złożona i niełatwa.

Nieświadomie wciąż pożądamy jakiejś trwałej wartości, z całą tęsknotą dążymy do znalezienia jakiegoś niezmiennego stanu; i właśnie samo to pragnienie ciągłości, stałości i bezpieczeństwa, wytwarza przeciętność i martwotę, bez-życie. Bo u podłoża wszystkich naszych poszukiwań jest chęć zabezpieczenia się, psychicznego schronienia się w jakąś niewzruszoną pewność. Czyż tak nie jest? I wszelkimi, nieraz okrężnymi sposobami, usiłujemy ja zdobyć. Ale gdy raz do głębi zrozumiemy że nic nie może nam jej dać, bo taka rzecz jak psychiczne bezpieczeństwo w ogóle nie istnieje, martwota nasza znika; bowiem nie mamy wówczas nigdzie żadnego schronienia. Zastój i martwota są możliwe tylko tam, gdzie coś trwa w nie przerywającej się ciągłości, gdzie nic nie mija; ale tam gdzie coś się w każdej chwili kończy i umiera, tam się też i nieustannie odnawia; ale ta odnowa jest poza ciągłością i czasem.

Proszę nie sądzić że to co mówię jest czymś mistycznym i dziwnym. Jeśli każdy z obecnych naprawdę się w to wsłucha, może sam bezpośrednio przeżyć coś, co go uwolni od tej potwornej chęci schronienia się w jakiś spokojny bezpieczny kąt. Tylko w swobodzie myśli, w istotnej wolności możemy poznać rzeczywistą twórczość.

Pytanie: Co właściwie chce mówca czynić i czy istotnie to czyni? czy też po prostu mówi bo lubi przemawiać?

Krishnamurti: Pozwólcie mi, moi słuchacze, zadać wam z kolei pytanie: a po co właściwie znaleźliście się wszyscy tutaj? Dlaczego chcecie mnie słuchać? Po co przychodzicie na te zebrania? Ja mogę powiedzieć dlaczego mówię, ale jest stokroć dla was ważniejsze znaleźć odpowiedź dlaczego jesteście tutaj. Bo jeśli sprowadza was chęć wysłuchania jednego więcej przemówienia, czy wykładu, lub też ciekawość, chcąca uchwycić coś dziwnego i tajemniczego, w takim razie jest to zupełną stratą czasu. Ale jeśli przyszliście chcąc samym coś przeżyć i odkryć, wówczas zrozumienie stosunku pomiędzy mówcą a słuchaczami staje się ważne. Jeśli mam być tym, który poucza, a słuchacze moi tymi którzy będą przyjmować "nauki" i według nich postępować, wówczas nie odkryjecie nic, będziecie tylko naśladowcami. Nie będzie to twórcze i nie zaznacie odnowienia. A jeśli słuchanie jest tylko po to by poznać jakiś stan, jakieś wzruszenie, które można przyswoić jako własność i zabrać ze sobą do domu, w takim razie nie łączy nas żaden wzajemny stosunek.

Lecz jeśli w miarę słuchania, każdy zdoła obserwować siebie samego, jak jego umysł pracuje - a to stanowi całe zagadnienie naszego życia - jeśli zdoła to ujrzeć i zrozumieć, wówczas jego obecność tutaj ma sens i cel. Jeśli w miarę słuchania coś się w nas zbudzi, coś się w każdym głęboko poruszy, jeśli się w nim dokona istotna przemiana, rewolucja wewnętrzna, - a ta zawsze przynosi ze sobą szersze spojrzenie, głębsze pojmowanie - w takim razie obecność jego tutaj ma na pewno wartość i duże znaczenie.

Co staram się czynić? Mówienie jest tylko środkiem porozumiewania się, nieprawdaż? Otóż chcę coś powiedzieć, coś przekazać, może to, jak znaleźć prawdę i rzeczywiste; nie metodę, nie żaden system, ale wprost skąd zacząć, jak się do tego wziąć. A jeśli ktokolwiek z moich słuchaczy potrafi to sam znaleźć, nie będzie już jednego mówcy, a będzie nas wielu, wszyscy będziemy mówić, wszyscy będziemy wyrażać tę rzeczywistość naszym życiem, gdziekolwiek się znajdziemy. I właśnie to jest ważne. Bo jeden, samotny głos mało może w tym świecie hałasu i gwaru. Ale jeśli każdy z nas będzie odkrywał prawdę, wówczas będzie nas wielu i może zdołamy stworzyć zupełnie nowy świat. Oto dlaczego mówię i - ufam - dlaczego moi słuchacze są tutaj. Aby każdy z nas stał się w sobie żywy, twórczy, swobodny w wykrywaniu prawdy, Boga, rzeczywistości; nie kiedyś, w dalekiej przyszłości, a teraz, zaraz, w każdej chwili, a bez chęci gromadzenia czegokolwiek bądź.

Prawdy nie można gromadzić. To co się daje uskładać więdnie zawsze i niszczeje. A prawda nie niszczeje nigdy; można ją odkrywać tylko od chwili do chwili, w każdej myśli, w każdym słowie i geście, w każdym z innymi stosunku, w łzach i w uśmiechu. I jeśli zdołamy to poznać - a samo życie jest jego odkrywaniem - wówczas nie będziemy powtarzać cudzych słów, a będziemy twórczymi, żywymi ludźmi - nie doskonałymi, a właśnie twórczymi - a to wielka różnica. Oto dlaczego mówię i może dlatego słuchacze moi znaleźli się tutaj.

Pytanie: Jak mogę uwolnić się od moich ograniczeń?

Krishnamurti: Jest to nader ważne i złożone pytanie, więc postarajmy się wniknąć w nie cierpliwie: a może sięgając w głąb, do dna tego zagadnienia, zdołamy od razu uwolnić nasz umysł od jego ograniczeń.

Większość z nas jest ograniczona i zależna. Możemy nie zdawać sobie z tego sprawy, ale jako chrześcijanie, Anglicy, Francuzi czy Niemcy, lub np. jako socjaliści, jesteśmy wszyscy uwarunkowani, czyli mamy pewne określone przekonania, doświadczenia i wiedzę. Pewne wierzenia zostały nam od dzieciństwa narzucone, przez wychowanie i różne formy przymusów; a nasze własne przeżycia ograniczyły nas również. Jesteśmy ograniczeni w dziedzinie religijnej, politycznej, ekonomicznej i wielu innych; świadomie dla nas samych, lub nieświadomie. Być może nie zdajemy sobie z tego sprawy, niemniej jest to niezaprzeczalny fakt. A gdy nagle uświadomimy to sobie, cóż się wówczas w nas dzieje?

Jestem np. świadom iż jako Hindus jestem ograniczony pewnymi wierzeniami; a że mnie nie zadowalają chcę je zmienić i zwracam się do innego rodzaju wierzeń, np. przyjmuję chrześcijaństwo, lub buddyzm, albo zostaję socjalistą. Czyli zwracam się do tego, co mi się w danej chwili wydaje lepszym, staram się zerwać z tym, teraz przechodząc od ograniczonego stanu w którym dziś żyję, do innego, który ma być lepszym, a jest tylko innym ograniczeniem. Tak dzieje się ciągle, zawsze.

A moje obecne rozpatrywanie nie jest dowodzeniem, ani kwestią do dyskusji, jest tylko stwierdzeniem faktu, tego, co się wciąż przed naszymi oczami dzieje.

Przechodzimy z jednego stanu ograniczenia w drugi, który się nam wydaje szerszy, bardziej pomocny, mający większe znaczenie i wartość. I gdy pytający mówi: "czy mogę uwolnić się od ograniczeń?" czy ma na myśli uwolnienie się zupełne, całkowite, czy też chce znaleźć jakąś lepsza, ale także ograniczającą formę? Np. czy ja, jako Hindus, chcę przełamać i zerwać ze wszystkim co mnie jako Hindusa uzależnia, czy też znaleźć jakiś lepszy, ale także nie pozbawiony zależności stan?

Niech mój słuchacz zada sobie to pytanie, bo od tego zależy właściwa odpowiedź, istota i prawda zagadnienia. Jeśli jestem świadom mych uzależnień, czy chcę wyrwać się z nich całkowicie, czy też tylko pragnę wejść w inną, wyższą zależność? Jeśli tylko to ostatnie, cała sprawa wygląda inaczej. Może się znajdzie, a może nie znajdzie, taki stan lepszej zależności, może to być tylko nowe złudzenie w które uwikła się myśl. Lecz jeśli chcę zrozumieć i przełamać wszystkie moje ograniczenia, mój problem jest zgoła inny. Wówczas nie myślę wcale o przejściu w co innego, obchodzi mnie natomiast jak sobie zdać sprawę z całości procesu uzależniania się i ograniczania.

A gdy poczynam być tego świadom, cóż się okazuje ograniczającym czynnikiem? Jestem np. wyznawcą hinduizmu; cóż to oznacza - pewne tradycje, wierzenia, zwyczaje, itd., które są wszystkie pojęciami, wyobrażeniami; nieprawdaż? Ktoś inny jest chrześcijaninem i jest uzależniony zespołu innych pojęć, wierzeń i wyobrażeń. A więc to idea, myślowe wyobrażenie nas ogranicza, i dopóki przyjmujemy pewne idee i pojęcia myślowe, ograniczenia nasze będą trwały. Póki wyznaję pewne wierzenia hinduizmowi właściwe, ta wiara mnie ogranicza. Dopóki wierzę w pewne określone rodzaje i formy zbawienia, jestem od tych pojęć zależny. A więc czynnikiem ograniczającym są pojęcia, idee, wyobrażenia.

A gdy ktoś mówi "chcę być wolny od ograniczeń", co jest naszą natychmiastową, bezpośrednią reakcją? Czy jasne jest moje pytanie? Tzn. gdy mówię "chcę być wolny od ograniczeń", powstaje od razu pytanie: "jak się mam od nich uwolnić?" nieprawdaż? I to "jak" staje się niezmiernie ważne, "jak" jest właśnie naszą bezpośrednią reakcją. Więc z chwilą gdy zdaję sobie spławę iż podlegam różnym ograniczeniom i widzę doniosłość uwolnienia się od nich, pierwszym powstającym pytaniem jest: "jak mam to zrobić?"

I owo "jak" staje się znów pojęciem, myślowym wyobrażeniem jak należy to zrobić, schematem, wzorem według którego mam działać, a więc nowym ograniczeniem. Więc dopóki patrzę na swe ograniczenia z myślą jak je przezwyciężyć, to pojecie "jak" stwarza nowy schemat i znów mnie uzależnia.

Sprawdźmy jak patrzę na swe ograniczenia, poprzez pojęcia, idee? czy też wprost, od razu je przełamuję? Nie wiem czy dostatecznie jasno to wyrażam, a sadzę iż jest naprawdę ważne przekonanie się czy mamy do czynienia z pojęciem, czy też z faktem. Bo gdy np. nazywam siebie socjalistą, oznacza to iż mam pewne określone pojęcia i przekonania, a gdy chcę je przekroczyć, czynię to zazwyczaj przez wprowadzenie nowej serii pojęć; tak zwykle się dzieje. Czyli mam wciąż do czynienia z pojęciami, ideami; a wszak oczywistym jest iż właśnie one są czynnikiem ograniczającym.

Więc dopóki obracam się w obrębie pojęć, będę zawsze od nich uzależniony. Bo cały mój stan zależności i ograniczenia sprowadza się do zamknięcia się w pewnym kręgu wyobrażeń; a wyjść z niego mogę tylko nie przez przyjęcie nowych, a przez odrzucenie wszystkich.

Np. jako chrześcijanin wierzę w Zbawiciela, jest to idea. A chcąc nie być od niej zależny, nie mogę wprowadzać jakiejś innej idei na to miejsce; jednak wciąż wszyscy to robimy. Mogę być wolny tylko gdy nie tworzę pojęć ani wyobrażeń. A więc umysł uzależniony nic może się nigdy oswobodzić przez żadne idee i pojęcia, bowiem one właśnie, jak i wierzenia i przekonania, warunkują go i ograniczają. Dopiero gdy umysł przestaje tworzyć idee i pojęcia, może natychmiast stać się wolny od ograniczeń.

Pytanie: W przeszłości czyniłem źle, krzywdziłem. Jak mogę zdobyć teraz spokój?

Krishnamurti: Czyż nie robimy wszyscy błędów? Wszyscy krzywdzimy innych i błądzimy, nieraz poważnie, i to pozostawia w nas ślady, żal, skruchę. Jak uwolnić się od popełnionego błędu? Czy skrucha go zniweczy i zetrze? Stał się. Czy mój żal może to zmienić, a wyznanie winy, nazwanie jej grzechem, może ją cofnąć? Cóż więc może uwolnić moją myśl i świadomość, całą moja istotę, od poczucia tej winy?

Jest to zagadnienie aktualne dla każdego z nas. Gdy powiemy "nie powinienem nigdy popełniać błędów", stawiamy przed sobą ideał - doskonałego człowieka - co jest znów ideą i pojęciem, które nas uzależni. Wszyscy robimy błędy, to fakt; ale jaki ma być nasz stosunek do uczynionego błędu, do poważnej przewiny?

Postarajmy się prześledzić jak się zachowuje myśl w stosunku do tego faktu, jak nań reaguje. Wiem iż popełniłem błąd; skrzywdziłem kogoś. Co mam z tym zrobić? Mogę pójść do danej osoby i prosić o wybaczenie, ale fakt pozostaje faktem - skrzywdziłem. Jak na to myślowo reaguję? Co jest moim następnym ruchem? Chcę to naprawić, nieprawdaż? Po części naprawiłem już prośbą o wybaczenie, a jest to zwykła, najprostsza rzecz która się robi. Ale błąd, krzywda, nie zmieniła się przez to, a trwa. Czyż nie jest więc ważne sprawdzić jak mój intelekt na to reaguje? Czy nie myśli o tym fakcie wciąż, rozszerzając go, powiększając, rozbudowując, czy nie potępia go ciągle od nowa, czyli nieustannie go przeżuwa, i pochłonięty nim wciąż wokół niego się kręci? Czyż nie robi tego większość z nas? I owe ciągłe przeżuwanie w myśli błędu który się już stał, zmienia się w nowy błąd. Stąd powstają pojęcia żalu, skruchy; przebaczenia; a więc dalsze krążenie myśli wokół tej winy. Stało się, została popełniona. Usiłowaliśmy ja naprawić, a dalsze skupianie na niej myśli jest tylko inna formą tego samego usiłowania, ale daremną i bezowocną. Więc to rozpamiętywanie krzywdy, błędu czy pomyłki, i skupianie na nich myśli, tylko je utrwala, czyli zmienia w rodzaj "idee fixe", więc stwarza nową, poważną wewnętrzną przeszkodę.

Fakt się stał - popełniłem błąd; wszystko co mi teraz pozostaje do zrobienia to prześledzić dlaczego myśl nie tylko wciąż się kreci wokół tego faktu, ale jest przerażona możliwością popełnienia nowego błędu w przyszłości. Wszak póki żyjemy - błądzimy; komuś wciąż, w ten czy inny sposób, robimy przykrość. Choć nie chcemy dotknąć jeden drugiego, jednak wciąż to czynimy, w różny, nieraz bardzo subtelny sposób. Cóż więc mam począć? Czy mam się usunąć w samotnię? Samo moje istnienie, nawet oddech mój, ciągle coś niszczy; żyję kosztem innych, a inni żyją kosztem moim. Widząc to czy mam uciec w odosobnienie i wcale się nie ruszać?

Ale jeśli znajdę właściwe ustosunkowanie się do mych pomyłek i błędów będę wolny, i będę wiedział co mam robić. Nie mówię sobie wtedy iż doskonały człowiek nie robi błędów i że nie powinienem ich więcej popełniać; a po prostu patrzę na nie jasno, odważnie, uznaję za błędy i zostawiam, nie zajmuję się nimi więcej. Czyż taki stosunki nie jest możliwy?

Tylko taki może nam dać swobodę myśli: widzieć jasno uczyniony błąd; przyznać to otwarcie, uczciwie, zrobić wszystko co jest możliwe aby go naprawić, a wtedy zostawić i więcej się nim nie zajmować.

Potrzeba na to dużego rozumienia i pewnej subtelnej swobody. Wiedzieć iż jestem zdolny do popełniania błędów, a zarazem nie stosować się w życiu do żadnego wzoru postępowania; to uniezależnia myśl i daje swobodę - może zresztą do czynienia nowych błędów. Ale najważniejszym jest znaleźć do nich właściwy stosunek - zobaczyć, uznać, stwierdzić i zostawić; nie troszczyć się, nie myśleć o więcej.

Pytanie: Czy istnieje możliwość osiągnięcia doskonałości przez jednostkę i stworzenia przez to samo doskonałego społeczeństwa?

Krishnamurti: Czy może jednostka, pyta mój słuchacz - tj. każdy z nas - stać się doskonały i stworzyć doskonały świat. Znów mamy tu do czynienia z pojęciem i wyobrażeniem, nieprawdaż? Człowiek doskonały to ideał, to typ człowieka który sobie wyobraziłem jako doskonały. Intelekt wytworzył sobie taki wzór i rzutuje go jako swoją projekcję, a ja mam żyć według niej. Intelekt tworzy sobie ideę doskonałego Państwa, a my mamy starać się je zbudować. Czyli gdy pytamy "czy człowiek może być doskonały", mamy do czynienia tylko z intelektem; tak samo gdy mówimy: "chcemy stworzyć doskonałe Państwo", obracamy się wciąż w dziedzinie intelektu. A gdy, kierując się intelektualnymi pojęciami doskonałości, poczyna się wprowadzać w życie reformy, aby takie doskonałe Państwo zbudować, towarzyszy temu zawsze okrucieństwo, obozy koncentracyjne, likwidowanie przeciwników, tyrania, itp. znane nam wszystkim metody. Póki uważamy iż można z człowieka zrobić doskonałość, nie będzie końca brutalności i przemocy. Myśl zajmuje się wówczas ideami, wyobrażeniami, a te są zawsze oderwane od życia.

A czy nie moglibyśmy wprost bezpośrednio odkrywać rzeczywistego, prawdy samej, a nie pojęć o niej? Czy intelekt nasz mógłby "pozwolić" by prawda sama zaistniała, nie wtrącając się i nie przeszkadzając swymi ideami? Jeśli zdoła, wówczas stosunek człowieka do człowieka, jak i człowieka do społeczności zupełnie się zmienia. Wszak chcąc stworzyć doskonałe Państwo,nie tylko siebie zmuszam do życia według pewnego intelektualnego schematu, ale przynaglam gwałtem i innych by wtłaczali swe życie w ten idealny wzór. Człowiek doskonały nie jest nigdy człowiekiem wolnym. Idea że człowiek ma się stać doskonały, jest najbardziej materialistycznym ujęciem jego celu i nie ma nie wspólnego z duchowością.

Ale człowiek może znaleźć prawdę, rzeczywiste, Boga. A wówczas prawda będzie działać sama i stworzy zupełnie inny stan od tego, który intelekt dziś sobie wyobraża jako doskonały. Toteż trzeba przede wszystkim szukać prawdy i rzeczywistego, a nie pytać jak się stać doskonałym lub udoskonalić społeczeństwo.

Więc zbadajmy czy umysł nasz, tak zależny i uwarunkowany, oglądający się nieustannie za doskonałością, jako formą zabezpieczenia się, mógłby uwolnić się od tej idei, a zwrócić do szukania prawdy i rzeczywistego. Nie wiemy czym jest prawda. Intelekt umie obracać się tylko w kręgu pojęć i wyobrażeń, ale nie jest w stanie dotknąć bezpośrednio faktu, tj. tego co jest. Może to tłumaczyć, wyjaśniać, roztrząsać, rozumować; ale myślenie to nie fakt. Więc dopóki mi chodzi o doskonałość, nie szukam prawdy, ani Boga. A gdy dążę do doskonałego Państwa, stwarzam nieuniknienie społeczność w której przymus, tyrania i wszelkie formy gwałtu stają się nieodzowne. Lecz jeśli chcę znaleźć rzeczywiste i prawdę, owo nieznane i niepoznawalne, wówczas istotnie świta możliwość stworzenia innego świata.

Ale aby znaleźć nieznane, niewiadome, myśl musi ucichnąć, zawisnąć w nieskończonym spokoju, nie może rzutować wciąż projekcji swych wyobrażeń, bo właśnie one uzależniają nas i warunkują. A umysł uwarunkowany nie jest wolny. Dopiero gdy nie tworzy żadnych obrazów i pojęć jawi się w nim możliwość przyjęcia tego co jest prawdziwie twórcze.

IV

Sądzę iż nie można zrozumieć czym jest istotna religia, dopóki nie zdamy sobie jasno sprawy co jest w nas czynnikiem który wciąż stwarza przesądy. Bez głębokiego wniknięcia w całe zagadnienie tworzenia złud i przesądów, co je rodzi i hoduje, a potem trzyma się ich, bez zrozumienia tego do dna, jest prawie niemożliwe odkryć prawdę. A niemal wszyscy mamy nieliczoną ilość przesądów i złudzeń. Nie tylko ten ekonomiczny przesąd - utopią doskonałego Państwa, czy ułudną nadzieję urobienia doskonałego człowieka, ale i przesadne pojęcia o rzeczywistości, o prawdzie, o Bogu. Czy nie moglibyśmy pozbyć się tej skłonności intelektu do tworzenia ułud i przesądów, i rzutowania ich na zewnątrz, tak abyśmy bez żadnych przeszkód, ni z góry powziętych założeń, prosto i bezpośrednio zbliżyli się do prawdy i poznali myślą jasną, bez zasłonek teorii, spekulacji i urobionych pojęć?

Jeśli istotnie pragniemy odkryć prawdę tedy ważnym jest by przekonać się gdzie ma swe źródło ta skłonność da tworzenia złud, w które potem wpadamy jak w sieć, własną ręką zastawioną. Spróbujmy więc zastanowić się i wniknąć w to zagadnienie, rozwiązując je od razu, nie częściami, powoli i miarowo; nie sadzę bowiem aby można rozproszyć jakieś pojęcie, pragnienie, czy przesąd, jakimś powolnym procesem; albo się je rozbija od razu, całkowicie i do dna, albo nie narusza się go wcale.

Czy można zniweczyć zdolność tworzenia złud? Niemal wszystkie istniejące religie są dogmatyczne i obrzędowe, warunkują i uzależniają naszą myśl. Wychowano nas w pewnych schematach myślenia i wzorach postępowania, a my trzymamy się ich uparcie. I wydaje się prawie niemożliwością uwolnić się od symboli i określeń, które przyswoiliśmy sobie od dzieciństwa, jeśli od urodzenia otaczał nas pewien filozoficzny system i zorganizowane schematy myślenia.

A chcąc znaleźć prawdę myśl musi być zupełnie swobodna, nie trzymać się żadnych symboli, nie reagować zawsze w ten sam sposób na pewne słowa, ani też rzutować projekcji znanych idei, czy przeżytych doświadczeń; musi być bardzo jasna, przejrzysta i niezmiernie prosta, wolna od jakichkolwiek złud, a nawet od samej skłonności do ich tworzenia.

Co jest w nas tym czynnikiem który tworzy złudy i przesądy? Czy nie pragnienie wygody, samo-zadowolenia, pociechy, "zbawienia", chęć jakiegoś zasadniczego zabezpieczenia się, głęboka tęsknota do jakiejś pewności, do czegoś lepszego i chęć ujścia od zgnębień i udręki? Czy owa skłonność nie budzi się w nas w chwili gdy wyciągamy ręce z prośbą, z błaganiem by coś wiedzieć? Gdyż poza tą prośbą kryje się całe ogromne podłoże naszych nieświadomych uzależnień, impulsów, łęków, trosk, oraz specjalnych ograniczeń, właściwych rasie i filozofii w której wychowaliśmy się. I z całym tym bagażem pożądamy pociechy, nadziei, zbawienia. Nie możemy tu, w tym świecie znaleźć szczęścia; ani poczucia swobody i pełni wolnej od lęków i zgnębień, więc spodziewamy się znaleźć je w następnym. Wiemy dobrze że tu na ziemi nie możemy być doskonali; człowiek nie jest w stanie zrobić się doskonały, wszak może działać tylko przez swój intelekt, a ten nie może nigdy stać się doskonały. Umysł nie może nigdy uwolnić się od myśli, a te nas ograniczają. Więc szukamy różnych rodzajów zbawienia, usiłujemy znaleźć rzeczywiste, poznać Boga, odkryć prawdę, szczęście, nieśmiertelność, coś poza przemijającą znikomością życia. I w tym pożądaniu, w tej tęsknocie wytwarzamy dalsze złudzenia.

Czy może psychika pełna pożądań i pragnień odkryć rzeczywiste? Postarajmy się w to wniknąć; jest to ważne, gdyż dopóki szukamy czegoś nie zdając sobie sprawy ze swego podłoża, możemy wprawdzie coś znaleźć, ale będzie to tylko nowa złuda.

Czy można oswobodzić się od całego podłoża nieświadomego bez uciekania się do procesu analizy? Bo przekonujemy się wkrótce iż analizowanie tego podłoża wcale odeń nie uwalnia. Wprawdzie mogę dostrzec wiele czynników, obnażyć je i wytłumaczyć, ujrzeć ukryte ich związki i współzależności, ale to mnie nie wyzwala, wciąż pozostają nieświadomie z tym podłożem związany. A dzieje się tak gdyż analizujący który obserwuje, jest ciągle ten sam; on to nazywa i ocenia obserwowane i tłumaczy je w świetle swych ograniczeń.

A więc - powtarzam - czy mogę uwolnić się od tego podłoża całkowicie, nie kiedyś, w odległej przyszłości, a teraz, zaraz, tak aby uciąć wszelkie pożądanie szczęścia, pragnienie prawdy, tęsknotę za czymś nieznanym? Bo właśnie to pragnienie jest twórca złudzeń których potem czepia się nasza myśl. Czy nie moglibyśmy pozbyć się tych psychicznych pożądań i uwolnić się od nich, nie pod przymusom jakiejś przyjętej dyscypliny, czy metody, a po prostu widząc całe znaczenie tego nieustannego pożądania czegoś więcej i więcej? Wszak ciągle chcę "więcej"; więcej wiedzy, więcej cnoty, więcej swobody, więcej szczęścia, więcej rozumienia itd. Właśnie to ciągłe domaganie się "więcej" stwarza złudzenia; co nie ma znaczyć iż mam być zawsze zadowolony z tego co mam. Jeśli poprzestaję na tym co mam, wpadam znów w inny rodzaj złudzeń, bo wszak nie może nigdy mnie zadowalać to czym jestem, ani to com nagromadził.

Więc czy da się wyzwolić od tego ciągłego żądania "więcej"? Innymi słowy: czy możemy uznać i przyjąć to co jest, nie usiłując go zmienić, ani przetwarzać "tego co jest" w to co "powinno być". Czy możemy zrozumieć wewnętrznie, głęboko, całą naszą istotą, tę prawdę iż nasze pożądanie "więcej" jest twórcą złudzeń? Bowiem umysł wymyśla wówczas proces czasu - "kiedyś, w końcu, ostatecznie, przez doskonałość, przez wyrobienie myśli, przez kultywowanie cnoty... - osiągnę to szczęście". Czyli ciągle walczymy, doświadczamy, gromadzimy, aby kiedyś zdobyć wolność, poznać prawdę.

Czy mógłbym całkowicie, do dna i do ostatka pozbyć się tego pragnienia "więcej", wprost odciąć je od siebie? Sądzę że tak, jeśli tylko zrozumiem co to za sobą pociąga, jeśli się wsłucham w to, co się poza nim ukrywa, w te wszystkie nieświadome impulsy chwili. Sadzę również że dopiero wtedy zaistnieje możliwość zniweczenia tego, co stwarza złudy. Czyż nie pragniemy wszystkiego "więcej"? Więcej wygód, zadowolenia i szczęścia, więcej bezpieczeństwa i pewności. I wplatani w tę sieć pragnień, tworzymy intelektualnie takie wzory postępowania, które zapewnią nam to "więcej".

Czyż nie mieliśmy już dość wszelkich opisów i tłumaczeń? Jeśli chcemy istotnie szczerze i poważnie znaleźć prawdę, musimy odsunąć na bok wszystkie słowa i wyjaśnienia, a badać wprost, me zajmując się niczym innym. Ale nie jesteśmy zdolni badać bezpośrednio, dopóki wciąż pożądamy "więcej".

Toteż wydaje mi się najważniejszym abyśmy sobie pozwolili być w takim stanie gdy się nic nie pożąda, niczego nie wyczekuje, - co nie znaczy wcale poddania się - a tylko wielki spokój i ciszę myśli. Intelekt nasz to myśl; myśl jako określanie i nazywanie pewnych przeżyć, myśl jako pamięć, jako obserwowanie i wyciąganie wniosków; czy by nie można takie myślenie zawiesić, zatrzymać, by intelekt nie rzutował już żadnych swoich projekcji, a uspokoił się i uciszył? Gdyż tylko wtedy może być wolny od złudzeń. I tylko wówczas możemy poznać prawdę, - nie opisy jej, nie tłumaczenia i spekulacje, nie czyjeś przeżycia rzeczywistego tj. czyjąś prawdę - to nie ma najmniejszego znaczenia i żadnej wartości. Ale gdy zapanuje w nas ten stan ciszy, gdy myśl - taka jaką ją znamy - ustaje, gdy ta myśl co tylko zasila podłoże ograniczonego umysłu - ucicha, wówczas dopiero możemy poznać czym jest owo nieznane i bezimienne.

Ale taki spokój umysłu, - gdy nie rzuca on już swych własnych projekcji, nie szuka, nie żąda, nie domaga się - nie jest rzeczą łatwą. Ciszy tej nte sprowadzi żaden ułożony myślowo plan, ani wzór postępowania; przychodzi ona sama, gdy rozumiemy w pełni wrodzoną skłonność intelektu do stwarzania sobie tego, za czym tęskni - czy to mistrza i zbawiciela, czy też niezliczonych odmian przesądów, w które później sam się zaplątuje. Czy więc mógłby nasz umysł - mój i wasz, moi słuchacze - bez żadnych przymusów wejść w taki stan ogromnej ciszy, przedziwnego spokoju, który nie jest jego własnym tworem? Tak, to jest możliwe, ale tytko wówczas gdy poczujemy dogłębnie tego konieczność, gdy po długich błąkaniach się wśród labiryntów najróżniejszych złudzeń, wychodzimy z nich i zrywamy z nimi całkowicie. Tylko wówczas prawda i rzeczywiste mogą zaistnieć.

Pytanie: Gdy patrzę na moich bliźnich, w autobusie, czy kolejce, widzę jak bardzo każdy - mnie samego nie wyłączając - jest banalny, przeciętny, i zwykły. Jak mam znosić tę brzydotę codziennego życia?

Krishnamurti: My sami jesteśmy przeciętni i brzydcy. Aby to stwierdzić nie potrzeba obserwować sąsiadów siedzących naprzeciw nas w autobusie. Utraciliśmy wszelką żywotność, zapał, ochoczość, jak i prawdziwe odczuwanie piękna. Życie nasze to jedna rutyna, nuda, pustka, rzecz niemal bez wartości.

A widząc żeśmy sami przeciętni i brzydcy, jak na to reagujemy? Gdy stwierdzam że jestem banalny i brzydki, że całe moje życie jest bezwartościową rutyną, którą trzeba jakoś ciągnąć, gdy to wszystko zobaczę i zrozumiem, co jest moją bezpośrednią reakcją? Potępiam to, nieprawdaż? Osadzam ostro wszelką przeciętność, chcę posiąść odwrotne zalety, być piękniejszy, radosny, swobodny. I chwytam się piękna, chcę piękno posiąść. I zaczynam je kultywować, a odwracać się od banalności i brzydoty. Czyż nie jest to naszą zwykłą, normalną reakcją?

A gdy tak odrzucam i potępiam, czy przez to coś lepiej rozumiem; czy zachodzi we mnie jakaś zmiana, czy pojawia się coś nowego?

Chodzi mi teraz tylko o kulturę piękna; chcę być na nie wrażliwy, chcę je posiąść, a odrzucić brzydotę. Ale odpychanie brzydoty, a chwytanie piękna, czyni mnie właśnie niewrażliwym. Spójrzmy na to uważnie: gdy potępiam i odpycham brzydotę, gdy nie chcę jej widzieć i odwracam się, czy nie staję się przez to mniej wrażliwy na piękno? Czy nie jest to podobne ucięciu własnej ręki, bo jest brzydka, usiłując jednocześnie kultywować piękno gdzie indziej?

Czyż nie jest ważne abym miał wszechstronną wrażliwość, a nie tylko na jakiś jeden fragment życia?

A czy wrażliwość wzrasta gdy odwracam się od tego co uważam za brzydkie? Jeśli np. potępiam zawiść, mówiąc iż jest brzydka, czy mogę wówczas zrozumieć stan w którym ona istnieje? A czy nie chodziłoby raczej o wrażliwość na wszystko, abym mógł oddźwięknąć zarówno na zawiść, jak i stan od niej wolny? Więc rzeczą doniosłą jest wrażliwość, nieprawdaż? A nie kwestia jak się stać ładniejszym, czy cnotliwszym, lub jak uniknąć brzydoty, owej codziennej ohydy życia. Chodzi o to aby oddźwiękać i odczuwać tak jedno jak drugie, zarówno piękno, jak i brzydotę. Nie mogę być prawdziwie wrażliwym gdy jedno potępiam i odrzucam, a drugiego się trzymam, czy to będzie jakieś pojęcie, idea czy obraz, który uważam za piękny. Jeśli to wszystko zrozumiem, przestaję potępiać i nie mówię już: "to jest brzydkie, banalne", gdyż przekonywam się iż samo to słowo wywołuje we mnie pewną określoną nerwową reakcję, podobnie jaki słowo "piękne".

Więc jest naprawdę ważne aby się stać wrażliwym na wszystko, zarówno piękne jak brzydkie; wówczas możemy swobodnie obserwować i patrzyć poprzez brzydotę, nie potępiając jej, nie odwracając się od niej. A z takiej wrażliwości coś nowego może się wyłonić; może zaświtać miłość. Ale miłości nie można wyrabiać, przychodzi sama, gdy zdołamy zrozumieć całe podłoże z którego wywodzi się nasze potępianie.

Nie ma żadnego społeczeństwa, religii, kultury, które by nie potępiały; wychowanie wpoiło nam zwyczaj by ważyć, osądzać, potępiać; by określać : "to jest dobre i słuszne, tamto złe" - nie chcę przez to powiedzieć że dobre i złe nie istnieje. Ale pierwszą, instynktowną naszą reakcją jest potępienie, co jest tylko formą oporu, odpychania; a to nie budzi i nie rozwija wrażliwości ani na piękno, ani na brzydotę.

Lecz jeśli przestaniemy osądzać i potępiać, może nowe tchnienie powieje, nowa zrodzi się żywość i zaświta uczucie miłości, które wszystko odmieni i nada nowy wyraz brzydocie naszego codziennego życia.

Pytanie: Czuję się bardzo samotnym, tęsknię do jakiejś bliskiej, ludzkiej przyjaźni; ale nie mogę jej znaleźć, co mam zrobić?

Krishnamurti: Jedną z naszych wielkich trudności jest chęć znalezienia szczęścia w czymś na zewnątrz, poza nami; w człowieku, symbolu, czy idei, w cnocie, w czynie, czy też w koleżeństwie. Wciąż się nam zdaje że można znaleźć szczęście, rzeczywiste, prawdę, czy jakimkolwiek imieniem zachcemy to nazwać, w czymś poza sobą. Toteż szukamy tego wypełnienia i szczęścia w czynie, w przyjaźni, w ideach.

Czuję swą samotność i chcę znaleźć coś - człowieka czy ideę - co mi da szczęście. Ale samotność wciąż jest, wciąż trwa,choć przykryta i przysłonięta. Przeraża mnie; nie znam jej istotnego oblicza, więc chcę od niej uciec i szukam czegoś czego by się można uchwycić. I wciąż mi się zdaje że jakaś rzecz, lub osoba, dadzą mi zadowolenie. Czyli nieustannie czegoś szukam i oczekuję. Rzucam się ku różnym rzeczom - książki, majętności, przedmioty, idee, rytuały, symbole, wreszcie ludzie, - może mi coś dadzą, może w nich znajdę zadowolenie. Więc ludzie, rzeczy, idee nabierają ogromnego znaczenia; bo przez nie spodziewamy się coś znaleźć, coś zdobyć. I poczynamy opierać się o nie, i uzależniać.

Ale z tym wszystkim coś niezrozumiane w nas, nie zaspokojone, wciąż trwa; niepokój, lęk, samotność czają się na dnie. Nawet gdy spostrzegam iż wciąż tam są, staram się ich użyć by sięgnąć w coś, poza nimi. A więc używam każdej rzeczy jako środka by znaleźć coś poza nią, a tym samym czynię wszystko pospolitym. Jeśli używam drugiego człowieka dla wypełnienia siebie, dla własnego zadowolenia, tedy on sam staje się nieważny, bo obchodzi mnie tylko moje własne szczęście. Gdy sobie wyobrażam że mogę znaleźć szczęście w jakiejś rzeczy, idei czy człowieku, czyż nie czynię z nich środków przejściowych ku czemuś, gdyż chodzi mi nie o nie, a coś innego, o sięgnięcie dalej, o pochwycenie czegoś poza nimi.

Czyż nie jest ważnie by zrozumieć tę samotność w sobie, ten cierń bólu, tę dojmującą udrękę pustki? Bo gdy to zdołam zrozumieć, może nie będę więcej używał żadnej rzeczy jako pomocy do szczęścia; nie będę używał Boga jako środka do osiągnięcia spokoju, a rytuałów dla wrażeń, natchnień i wzlotów. To co mnie toczy i zżera wewnętrznie, to moja samotność, pustka i lek. Czy nie mógłbym wniknąć w to i pojąć? Czy nie mógłbym tego zniweczyć? Czyż nie czujemy się niemal wszyscy samotni? Uciekamy do książek, radia, polityki, religii, i ... nic z tego, samotności nic daje się zagłuszyć. Możemy być czynni w pracy społecznej, możemy całym sercem wyznawać pewna formę zorganizowanej filozofii; ale cokolwiek byśmy robili, gdzieś głęboko, w nieświadomym, a może jeszcze głębiej, na samym dnie naszej istoty - samotność trwa.

Co mam z tym zrobić? Jak wydźwignąć na powierzchnię i całkowicie roztworzyć? Znów pierwszym naszym impulsem będzie potępić. Bo to, czego nie znamy przejmuje nas lękiem, a strach jest wynikiem potępienia. Wszak nie znamy właściwie samej treści samotności, nie wiemy czym ona w istocie jest. Lecz intelekt nasz już ją osądził nazywając straszną. Wydaje sad o fakcie; ma określone wyobrażenia o samotności. I właśnie te pojęcia, osądy, opinie, stwarzają w nas lęk i przeszkadzają spojrzeć wprost i wniknąć w zjawisko samotności.

Czy wyrażam się jasno? Czuję samotność; boję się jej. Dlaczego? Co wywołuje ten strach? Czy nie nasza nieświadomość co się poza nią ukrywa? Gdybyśmy znali całą jej treść i zawartość, nie odczuwalibyśmy lęku. Ale że wyobrażamy sobie czym mogłaby być, więc staramy się od niej uciekać. I to uchodzenie, ta ucieczka wytwarza strach, a wcale nie spojrzenie w samotność. Aby zostać z nią sam na sam, nie można jej potępiać. A gdy zdołam spojrzeć jej w twarz i głęboko w nią wniknąć, potrafię ją też i ukochać.

Czyż wiec samotność, której się tak obawiam jest tylko słowem? Czy nie jest to w istocie stan doniosły i ważny, który może się stać wylotem w nowe? Wylotem który, gdy weń wejdę, zaprowadzi mnie dalej i da mi poznać stan, gdy myśl musi być sama, czysta i nieskalana? Bowiem wszystkie procesy oddalające mnie od tej samotności, to uchodzenia, ucieczki, odwracanie uwagi. Jeśli zdołam żyć z tą samotnością, nie odpychając jej, może odnajdę stan, gdy istota ma będzie naprawdę sama w sobie, nie samotna a przecie sama, od niczego niezależna, samoistna, na niczym w swym poszukiwaniu nie polegająca.

Czyż nie jest konieczne poznać stan tej samotności innej, niezależnej od wszelkich warunków i być samemu w sobie, a przecie nie oddzielać się od niczego ; tej samotności co jest twórczością, gdy myśl już nie szuka ani cnoty, ani szczęścia, niczemu się nie opiera, nic nie odpycha. Tylko człowiek który jest sam, może istotnie coś odkryć; ale nie ten którego umysł jest obarczony i spaczony balastem własnych doświadczeń. Może więc samotność której wszyscy jesteśmy świadomi, jeśli zdołamy do głębi w nią spojrzeć, otworzy nam wrota w rzeczywiste.

Pytanie: Jestem zależny - głownie psychicznie - od innych. Chciałbym się od tej zależności uwolnić; wskażcie proszę, jak to uczynić.

Krishnamurti: Wszyscy jesteśmy wewnętrznie, psychicznie, od czegoś zależni; od ludzi, rzeczy, własności, idei, rytuałów itd. Jesteśmy uzależnieni, opieramy się na nich. I chcemy się uwolnić od tej zależności, bo nam ciąży. Póki znajdujemy w niej przyjemność, póki nam daje zadowolenie, nie mamy wcale ochoty z niej się wyzwalać; lecz gdy poczyna nam ciążyć, uwierać i boleć, gdy to na czym się opierałem usuwa się, więdnie, lub znika, czy też oddala się, zwracając się w inną stronę, wówczas chcę z tą zależnością zerwać i być wolny.

Ale powiedzmy sobie otwarcie czy chcemy być całkowicie wolni od wszelkiej psychicznej zależności, czy też tylko od tych, które nam są przykre? Oczywiście od tych zależności i wspomnień które mnie bolą. Nie chodzi mi wcale o uwolnienie się od każdej zależności, a tylko od tej jednej. Więc szukam drogi i sposobu oswobodzenia się i pytam innych i proszę kogoś o radę, o pomoc w wyrwaniu się spod wpływu, który mi ciąży. Nie myślę o wyzwoleniu się z całego procesu zależności.

Ale czy może mi ktoś dopomóc w oswobodzeniu się z uzależnień, czy to całkowicie, czy też częściowo, od tego, czy od wszystkich? Czy mogę wskazać drugiemu człowiekowi drogę, - a droga to technika, to metoda, to tłumaczenie? Czy, jeśli nam ktoś wskaże sposób, środki, czy metody, lub da wytłumaczenie, czy staniemy się przez to wolni? To samo zagadnienie w nas pozostanie, i ta sama w nas udręka. Żaden mój wysiłek by komuś wskazać jak i co zrobić, żadne na ten temat dyskusje, nie uwolnią go od tej zależności. Więc co ma zrobić?

Zwróćmy uwagę na doniosłość tego zagadnienia. Ktoś mnie prosi o wskazanie mu jak uwolnić się od jakiejś poszczególnej zależności, lub też od wszystkich. Metoda jest pewna interpretacją wskazującą czyn, który człowiek ma stosować i praktykować w życiu, aby uwolnić się od zależności. Ale metoda staje się nową zależnością; chcąc uwolnić się od jednej jej formy, wpada w drugą.

Ale jeśli nam chodzi o wolność całkowitą, od wszelkich psychicznych zależności, jeśli chcemy tego naprawdę, nie będziemy pytać o wskazanie metody, ani drogi. Wówczas zadajemy zgoła inne pytanie. Wówczas pytamy czy stać nas samych na uwolnienie się od tej zależności; wówczas nie powstaje kwestia jak zerwać z tą jedną zależnością, ale czy potrafię podejść do zagadnienia zależności w ogóle i całkowicie je rozwiązać. Jeśli posiadam tę zdolność tedy nie będę na nikim się wspierał; tylko gdy sobie mówię że jej nie mam, proszę: "pomóżcie mi i wskażcie drogę''. Ale jeśli czuję w sobie siłę i możność uwolnienia się od wszelkich zależności, wówczas nikogo o pomoc nie proszę.

Chyba wyrażam się jasno, nieprawdaż? Ważne jest nie pytać "jak", a raczej: czy mogę, czy mam zdolność. czy mnie stać na rozwiązanie zagadnienia. Jeśli wiem jak doń podejść, jak się do tego wziąć, już przez te samo jestem od niego wolny. Nie pytam więc o metodę, o sposób, ale o moją własną do tego zdolność.

A gdy zadajemy sobie to pytanie, "co się w nas psychicznie dzieje", co się wówczas dokonuje? Co się we mnie staje gdy świadomie pytam siebie: "czy stać mnie na oswobodzenie się od zależności?" Czy nie jesteśmy przypadkiem już od niej wolni? Dotąd liczyliśmy na kogoś, psychicznie opieraliśmy się na kimś; a teraz pytamy siebie: "czy mogę z tym zerwać i być wolny." Wydaje mi się oczywistym że w tej samej chwili gdy poważnie, rzetelnie, zadamy sobie to pytania już jesteśmy od tej zależności wolni.

Ufam że moi słuchacze nie tylko śledzą wątek naszej dyskusji, nie tylko jej słowny, zewnętrzny sens, ale i w sobie wewnętrznie to przeżywają. Tylko to jest prawdziwą sztuką słuchania. Nie chodzi bowiem tylko o słyszenie mych stów, ale i o jednoczesne wsłuchiwanie się w siebie, w to co się w nas samych w tej chwili dzieje.

Gdy wiem że stać mnie na oswobodzenie się, samo zagadnienie przestaje istnieć. Ale ponieważ mnie na to nie stać, poczynam prosić o wskazanie mi drogi. I stwarzam sobie mistrza, guru, zbawiciela, kogoś kto ma mi pomagać, kto ma mnie zbawić i polegam na nim i uzależniam się. Ale jakże prostym staje się to wszystko gdy poczuję w sobie samym tę zdolność zrozumienia i rozwiązania całego problemu ; wówczas jestem już wolny od wszelkiej zależności.

To nie ma jednak znaczyć iż mam być pełen pewności siebie. Pewność siebie która pochodzi z naszego małego "ja" niedaleko nas może zaprowadzić, gdyż zamyka nas w sobie. Ale samo pytanie "czy mogę mieć zdolność poznania rzeczywistego, odkrycia prawdy" daje nam nadzwyczajna wnikliwość i siłę. A pytanie to nie brzmi: "czy mam" - nie, nie mam jej - a "czy mogę mieć"; gdy je tak postawię w tej samej chwili odkrywam jak otworzyć wrota, które intelekt nieustannie zamyka przez swoje wątpliwości, niepokoje, lęki, przez balast własnej wiedzy i doświadczeń.

Więc gdy ogarniam całość zagadnienia rodzi się i zdolność; ale nie może jej stworzyć żaden specjalny wzór postępowania. Nie mogę ogarnąć całości poprzez część; analiza poszczególnego zjawiska, czy wypadku, nie da mi zrozumienia całokształtu. A więc czy mogę, czy zdołam ogarnąć całość, nie tylko jakąś cząstkę, ale całokształt mego życia, z jego bólem, smutkiem, radością, z tą nieustanną chęcią znalezienia spokoju, pociechy? Jeśli z całą powagą i rzetelnością postawię to pytanie, zdolność ta już we mnie jest.

A mając ją mogę rozwiązać każdy nowo powstający problem. Będą one powstawać ciągle, jak i różne zdarzenia i reakcje; to jest życie. Gdy nie wiem jak do nich podejść, jak się ustosunkować, szukam pomocy innych ludzi i pytam o metody i sposoby. Lecz z chwilą gdy zadaję sobie pytanie: "czy mogę sam mieć tę zdolność?", jest to początkiem tej wiary w siebie, która nie należy do mego małego "ja", ani też wywodzi się z nagromadzonych doświadczeń, ale tej wiary która wciąż na nowo się rodzi, nie z poszczególnych przeżyć, czy zdarzeń, a z głębi rozumienia i swobody. A wówczas mogę; odkryć to, co jest rzeczywiste.

V

Chciałbym abyśmy dziś wspólnie rozpatrzyli bardzo trudne zagadnienie, mianowicie problem świadomości. Bo bez zrozumienia funkcji i istoty naszego intelektu, choćbyśmy najrzetelniej pragnęli przetworzyć się w sobie i przeistoczyć, nie zdaje mi się aby to było możliwe. Oczywiście jest to zagadnienie trudne Zwłaszcza iż każdy z nas ma już, na nieszczęście, swoje urobione zdanie czym jest i czym powinna być umysłowość człowieka. Po naczytaniu się mnóstwa książek, doszliśmy do pewnych określonych wniosków i sformułowań czym jest nasza świadomość. Ale może byśmy potrafili odłożyć na bok całą naszą nabytą, jak i z doświadczeń wysnutą wiedzę, i - jeśli to możliwe - spojrzeli na to zagadnienie od nowa a może wówczas odkryjemy jak się w nas może dokonać takie zasadnicze, dogłębne przeobrażenie, a nie tylko jakaś zewnętrzna powierzchniowa przemiana.

Cóż więc jest funkcją psychiki i intelektu? Czy może on dokonać w sobie całkowitej przemiany; sam siebie przeobrazić? A nasze "ja", nasza osobowość, czy jest czymś od umysłowości różnym? Na jakimkolwiek poziomie ześrodkujemy nasze "ja", choćby jak najusilniej zmagało się usiłując dokonać w sobie przemiany, czyż nie będzie to dziać się zawsze w obrębie myśli, w polu świadomości? A czy może zaistnieć przeistoczenie - nie stałe, w znaczeniu ciągłości, ale całkowite i do dna - bez żadnej z zewnątrz przyczyny, żadnej pobudki, ani najmniejszej chęci osiągnięcia jakiegoś rezultatu?

Sądzę że jeśli zdołamy wniknąć w to, czym nasza świadomość jest i jaka funkcję spełnia intelekt, może też odkryjemy czym jest mądrość.

Czymże więc jest świadomość? Czym jest w nas to co nieustannie działa, wybiera, walczy, stwarza symbole, obrazy, ideały; co poddaje się ograniczeniom, a potem chce się od nich uwalniać; co odczuwa ból i stara się unikać wszystkiego gdzie może czyhać strach? Czym jest w nas to, co nieustannie poszukuje stałości, wygody, bezpieczeństwa, i nieraz nazywa to Bogiem? Czym jest to w całokształcie swoim, nie tylko w powierzchniowych warstwach? To co wzdryga się i stula pod wpływem strachu, a rozszerza się przez radość? Czym jest to "ja", co wciąż usiłuje stawać się lepszym, co poddaje się różnym metodom i dyscyplinom dla osiągnięcia pewnego rezultatu; to co powoduje się ambicją i chce ciągle przezwyciężać różne przeszkody, a stąd żyje wciąż w obawie zawodu i udaremnienia twoich wysiłków? Czym to jest i gdzie jest jego ośrodek, jego wewnętrzna oś? Czy nie jest to wszystko tym, co zwiemy świadomością - nie tylko tą która działa za dnia, ale i ta ukryta w nieświadomym, gdzie tai się świadomość całej rasy, gdzie tkwią korzenie wszystkich tradycji przeszłości? Wszystko cośmy kiedykolwiek zdobyli i przyswoili, wszelkie nasze doświadczenia i zależności; czy wszystko to razem wzięte nie stanowi naszej świadomości?

I czy nasze nieświadome nie jest częścią nieświadomego całej ludzkości? Czy np. moje nieświadome nie jest częścią całokształtu myśli Indii? A drugiego człowieka innej rasy, klimatu, narodu?

Czy nie jest to wszystko, cały ten ogromny proces tym, co zwiemy świadomością? Czy nie jest to naszą psychiką i umysłowością, będącą wytworem czasu i kultury, tym "ja", które organizuje się i scala zawsze przez kontakty i wrażenia zewnętrzne, przez pożądania i gromadzenie doświadczeń, zrodzonych z pragnień i żądz? A gdy mówimy o przeżyciach i doświadczeniach, czy nie jest to tylko pamięć, wspomnienie, słowo, symbol, więc na ile my - zwykli ludzie, nie żadni wielcy teologowie, ani uczeni - możemy sadzić, właśnie to wszystko stanowi nasza psychikę i umysłowość. To jest naszą świadomością: pożądania, doświadczenia, pamięć, wiedza - i tylko w obrębie tej ich sfery działamy.

Czy może ta świadomość, to nasze "ja" zbliżyć nas do mądrości? Czy do mądrości może nas doprowadzić wiedza? A nie mam na myśli modrości książkowej, ani tej którą nabywa się uczęszczając na kursy "Szkół Mądrości".

Chodzi mi o przekonanie się czy nasza psychika i umysłowość, która jest wytworem czasu, która się urobiła dzięki doświadczeniom, pamięci, symbolom, w której wciąż żyją różne pożądania, rozpacze, nadzieje, aspiracje, uczucia bólu, niewoli, nędzy i udręki; która ciągle wybiera, i w tych wyborach zaplątuje się wciąż w "lepsze" i "większe"; czy może taka psychika poznać prawdę, mądrość, Boga? A gdy przeżywa rzeczywiste, prawdę, czy nie staje się tej samej co rzeczywiste natury, w chwili jego doznania?

Czy to jest jasne co staram się wyrazić? Widzę iż intelekt mój jest wytworem czasu; to jest chyba oczywiste, nie potrzebujemy tego bardziej szczegółowo rozwijać. Wyrobił się przez całe pokolenia doświadczeń. Przedstawiam więc rezultat wszystkich walk, cierpień, myśli i przesądów całego świata; umysłowość moja jest tego wszystkiego wytworem. A jednak ta sama psychika szuka jakiejś rzeczywistości i prawdy, która - rozumie się to samo przez się - musi być poza czasem, której nie można schwytać, zatrzymać, uskładać ku użytkowi. Ale jednocześnie ta umysłowość, będąca jedynym narzędziem naszego odczuwania i doświadczania, staje się niewątpliwie, w chwili doznania rzeczywistego i prawdy, tej samej co one, poza-czasowej natury.

Jakże się dokonuje to dziwne przeistoczenie? Czy może "ja" - wytwór czasu - sprowadzić w sobie samym takie przeobrażenie? To właśnie jest sednem naszego zagadnienia. Chcę przemiany, chcę przetworzyć się wewnętrznie, bowiem nie jestem szczęśliwy, życie moje jest blade, ubogie i ograniczone; jest to ciągłe ścieranie się smutków, radości, zgnębień, które stanowią moje "ja". I oto w tej świadomości, w rdzeniu jej, w samym jej sercu, musi dokonać się zasadnicze przeistoczenie. Nie pragnę zmiany tylko na obwodzie, na powierzchni, wiem iż ta nie ma żadnego znaczenia.

Jeśli patrzę na to wszystko z całą powagą i rzetelnością, chcę przemiany istotnej, u samych podstaw; przeistoczenia które nie będzie w czasie i nie ku wygodzie chwilowej zmiennych nastrojów, a nawet nie z powodu widomej konieczności. A mam do dyspozycji tylko narzędzie mej psychiki i intelektu. Nie mogę odłożyć na bok mej umysłowości, gdyż sam jestem nią. Wszystko co myślę, czuję, pragnę, wszystkie tęsknoty i lęki, miłości i nienawiści, nieuniknioność śmierci i nieznane poza nią, to wszystko ja sam, to się składa na moje "ja". l oto w samym sednie, w samym sercu tej świadomości, tego "ja" musi dokonać się zasadnicza, rewolucyjna przemiana.

Jak że się to może stać? Czy nieświadome - również wytwór czasu - sprowadzi tę przemianę? Czy dopomoże świadomej psychice i umysłowości zaprzestać wszelkiego gromadzenia, tak aby w jej sercu, w samej głębi zapanowała zupełna, swobodna bezinteresowność, samorzutne wyrzeczenie? Jest to tak bardzo ważne l choć może wyrażam to niezręcznie, używając słów które mogą mieć dla każdego z nas inne znaczenie, ale treść ich usiłuje wyrazić tę najważniejsza sprawę. Gdyż każdy nasz wysiłek daje smutne wyniki; stwarza rutynę, martwotę, powolny uwiąd i upadek. Wprawdzie przychodzą chwile wielkiego szczęścia i wzlotu ale w parę dni rozwiewają się i nikną.

Widząc całą niezmierną złożoność tego zagadnienia czy nie należałoby zbadać czy jest możliwe dojść do tej zasadniczej przemiany bez udziału naszego intelektu? Czy może umysł sam siebie przetworzyć, przemienić? Wiem że są chwile gdy nagle widzi prawdę i rzeczywiste samorzutnie, bez żadnego bodźca. I w tych chwilach sam się staje tą prawdą i rzeczywistością. Gdy "ja" nie dąży już, nie walczy - zdając lub nie zdając sobie sprawy - i nie usiłuje stawać się czymś; gdy jest całkiem nieświadome siebie, w tej chwili ów stan czci, rzeczywistości i prawdy jest. I w onej chwili stajemy się sami tą prawdą, tą rzeczywistością.

Więc zagadnienie nasze sprowadza się do tego, czy psychika, intelekt nasz, który jest wytworem czasu, który stanowi nasze "ja" - co jest faktem - bez względu na wszelkie nasze usiłowania dzielenia go na niższe i wyższe "ja", czy też na obserwatora i obserwowane, czy może owo "ja", którego cała świadomość jest rezultatem gromadzenia doświadczeń, wiadomości, pamięci, czy może ono ucichnąć, zaniknąć - bez wszelkiej chęci wszakże, i bez nadziei na to roztworzenie się i zaniknięcie. Jestem w posiadaniu tylko jednego narzędzia, którym jest mój psycho-intelekt, który ocenia, osądza, potępia, czy może taki intelekt, wytwór czasu, a nie prawdy - zna on wiedzę, ale wiedza nie jest jednoznaczna z prawdą - czy może on nagle przestać działać, stanąć, tak aby ten inny czynnik, inny stan bytu, mógł w nas zaistnieć, ten w którym możemy przeżyć prawdę, doznać rzeczywistego, i sami stać się rzeczywistym?

Sadzę że najpoważniej zadając to pytanie i rzetelnie badając można znaleźć odpowiedź. Czy może nasz psycho-intelekt - jedyne narzędzie jakie posiadamy - czy może nasze "ja" przestać gromadzić, a więc działać? Czy możemy od tego cośmy nagromadzili - wiedzy, doświadczeń, wspomnień - oswobodzić się całkowicie, do nagości? Czy moglibyśmy pozwolić sobie patrzeć, jak świadek na brzegu, na płynące mimo wspomnienia, przeżycia, doświadczenia, a sami trwać cisi, spokojni, bez utożsamiania się z żadnym z nich?A więc być wolni, z kotwicą tylko w tę wolność rzuconą?

Bo wszak nie możemy usunąć, ani zniweczyć nagromadzonej wiedzy, wspomnień, doświadczeń; one są, trwają. Ale możemy patrzeć spokojnie jak płyną, nie chwytając się żadnego, czy miłe jest, czy bolesne. Ale nie można tego próbować, ani się w tym ćwiczyć, bo z chwilą gdy świadomie próbujemy jest to już gromadzeniem, a tam gdzie jest gromadzenie, tam zasila się tylko nasze "ja". Owo "ja" czasowe, które dąży do zdobycia cnót, z mozołem je wyrabia i wciąż o coś walczy. A prawda i rzeczywiste nie ma nic wspólnego z wyrabianą cnotą. Jednak cnota musi być w tym swobodnym bezinteresownym stanie, który nic nie gromadzi. Człowiek który patrzy na swe przeżycia, wspomnienia i umiejętności, obserwując jak płyną, niejako mimo niego, nie potrzebuje cnót, nic nie chce zatrzymywać, nic uskładać. A gdy już nic nie zbiera, gdy jest obudzony i czujny, rozumiejący całość procesu świadomości, ze wszystkimi jej wspomnieniami, nieświadomymi pobudkami i impulsami całych wieków i pokoleń, i umie pozwolić im płynąć swobodnie, czyż nie wychyla się wówczas poza czas? Czyż myśl, nie jest wówczas - choć świadoma swych przeżyć, jednak nie trzymająca żadnego - wolna od czasu, nigdzie w jego sieć nie schwytana?

To co nas wplątuje w sieć czasu to życie pamięcią, to odwracanie się za wspomnieniami, oraz zdolność odróżniania wszelkich rodzajów pamięci. Czy więc jest możliwe pozostać całą naszą psychiką poza czasem, poza wiedzą która jest pamięcią, doświadczeniem, słowem, symbolem? Czy można oswobodzić się od nich całkowicie, a tym samym trwać poza czasem? Wówczas to zachodzi zasadnicza dogłębna przemiana, przeistoczenie w samym sercu świadomości. Bo nie ma już walk, ani usiłowań by coś posiąść, osiągnąć, do czegoś dojść. I nie ma wówczas lęku. Myśl sama staje się nieznanym; umysł sam w sobie jest odnowiony i nieskalany. Jest sam w sobie nieskazitelny, rzeczywisty, ponadczasowy. Jest prawda.

Pytanie: Chrześcijanie, z rzymskimi katolikami włącznie, obiecują nam niebo. A co mówca nam ofiaruje?

Krishnamurti: Dlaczego chodzi nam o niebo? Dlaczego koniecznie spodziewamy się czegoś i pragniemy? Czemu pytamy: "inni nam coś dają, a co dostaniemy od was?" Jeśli się nam coś obiecuje bo wyciągamy rękę prosząc, żebrząc, czy to co dostaniemy będzie prawdą?

Czym jest niebo a czym piekło? Czym jest ów, przez różne religie obiecywany raj? Taką czy inną formą zabezpieczenia się. Spodziewamy się nagrody, lepszego życia, większego szczęścia po tamtej stronie, zbawienia po śmierci i cichego, bezpilecznego miejsca dla każdego z nas. Oto czego wszyscy pragniemy. I każda religia obiecuje ostateczną nagrodę i każda uważa iż ma monopol na niebo. Sami tego pożądamy i sami wszystkie te nieba i piekła stwarzamy. To nie tylko religie nam je obiecują, odpowiadają one bezpośrednio naszym własnym pożądaniom. Chcemy zabezpieczenia się, pragniemy ciągłości, trwałego szczęścia, chcemy nie być nigdy w stanie niepewności i nie-wiadomości.

Ale prawda i rzeczywiste są właśnie niewiadomym. Niebo jest stanem nie-wiedzenia, nie-świadomości, a piekło i stanem wiedzenia i wiadomości. A my jesteśmy między nimi dwoma. A że całe nasze życie jest owym stanem wiedzenia, więc obawiamy się wszystkiego co jest nieznane i niewiadome. Bóg, prawda, niebo - to wszak nieznane. A my chcemy w tym nieznanym znaleźć dla siebie miejsce. Więc przyjmujemy chętnie każda religię. Państwo, partię polityczną, która obiecuje iż nam takie bezpieczne miejsce zapewni i zostajemy katolikami, czy też socjalistami, albo poczynamy wyznawać jakąś inną zorganizowaną filozofię. Dopóki szukamy dla siebie jakiegoś stałego miejsca, niezmiennego szczęścia, niczym nie zamąconego a nieprzerwanego spokoju, zawsze będziemy stwarzali zorganizowane filozofie i religie, które będą nam to obiecywać i potrafią zadowolić nasze pożądania i tęsknoty.

Dopóki pragnę trwałości, ciągłości, będę zawsze tworzył dogmaty, wierzenia, teorie i sam się w nie zaplątywał jak w sieć. l to jest wszystko czego pragniemy. Zasadniczo w głębi nigdy nie chcemy być w stanie w którym nic nie wiemy. Choćby wszystko co dotąd znałem stało się martwą i nudną rutyną, nieznane i niewiadome jest zawsze czymś co budzi w nas lęk. A że czuję iż niewiadome jednak istnieje, chcę sobie zapewnić w nim jakieś miejsce. I jestem w ciągłej walce pomiędzy tym co znam, a tym czymś, czego nie znam. I to jest moje piekło.

A czy nie moglibyśmy odsunąć na bok całą intelektualną wiedzę, doświadczenia, asocjacje pamięci i trwać w stanie nie-wiedzenia? Jest to tajemnica. Nie tajemnica przesądu, dogmatu, mistrzów i zbawicieli, ale tajemnica niewiadomego i niepoznawalnego. Czy nie mógłby nasz umysł stać się sam niewiadomym, być tym nieznanym? Owszem, może, ale wymaga to niezwykłej swobody od wszystkiego co zna.

Teraz intelekt z całym bagażem wiadomego stara się pochwycić nieznane. I jest ciągłe ścieranie się, zderzenia przeszłości z czymś co jest nieznane i dla myśli wplatanej w przeszłość - niepoznawalne.

Lecz gdy jesteśmy od przeszłości wolni, od dawnych przeżyć, wiedzy, pamięci i wspomnień całkowicie uwolnieni, wówczas sami stajemy się nieznanym. A wtedy nie ma dla nas śmierci.

Wszystko co mówię to tylko słowa jeśli moi słuchacze sami nie zdołają tego przeżyć. Jeśli nie będzie w nas nagłej, bezpośredniej przemiany, którą nieznane wywołuje zawsze, powtarzanie słów będzie miało małe znaczenie i niewielką wartość. A czy tacy zwykli, prości ludzie jakimi jesteśmy, mogą do tego dojść? Im jesteśmy prostsi i mniej skomplikowani, tym bliżej tego będziemy. Człowiek wielkiej nauki i erudycji, bogaty w doświadczenia, obciążony niezliczonymi wspomnieniami, nigdy do tego nie dojdzie. Na nieszczęście jednak człowiek zwykły, prosty, goni również za "więcej"; chce zdobyć więcej wiedzy, chce być rozumniejszy. Lecz jeśli pozostanie prosty, nie skomplikowany i nie "bogaty" i bogactw nie gromadzący, ma wszelką możliwość aby myśl jego stała się sama niewiadomym; a wówczas on sam będzie niebem, będzie niezgłębiony.

Pytanie: Niezrozumiałe mi są słowa mówcy: "myśliciel i myśl stanowią jedno", wywołują we mnie sprzeciw. Czy nie mógłby mi mówca wyjaśnić dlaczego mi jest tak bardzo trudno zrozumieć to pojęcie?

Krishnamurti: Prawdopodobnie dlatego że jednemu pojęciu przeciwstawiamy inne. Od dzieciństwa uczono nas iż są to dwa stany odrębne, - myśl i myśliciel, wyższe i niższe "ja", boskie i nie-boskie - a jedno z nich zawsze usiłujące rządzić, kierować i urabiać drugie. To pojęcie nam wpojono i stało się ono przyzwyczajeniem, przesądem, automatyczną skłonnością naszego myślenia. Sądzimy wciąż iż są to dwa różne stany. Stad nieustanne starcia i walka pomiędzy myślą a myślicielem.

Poobserwujmy własne myśli, przypatrzmy się im uważnie, a przekonamy się iż zwykłym codziennym faktem jest: myśliciel usiłujący rządzić, kierować, urabiać swe myśli, kształtujący je wedle pewnego wzoru, aby się stały bardziej szlachetne, zacne, szanowne i cnotliwe a odrzucający zakazane. Czyż nie robimy tego ciągle wszyscy?

A jeśli pytający jest żywy i czujny dlaczego zadaje pytanie czy myśliciel jest oddzielny? Czyż istnieje myśliciel jako jakaś odrębna istota, duchowa treść, nazwijmy to jak chcemy - wyższa jaźń, oddzielna od myśli? Czy istnieje myśliciel całkiem oddzielny od samej właściwości myślenia? Oczywistym jest że nie istnieje. Gdy nie myślę nie ma myśliciela, więc myśliciel jest wytworem myśli.

Nie chodzi bynajmniej aby moi słuchacze przyjmowali cokolwiek z tego co mówię, po prostu proszę obserwować własny sposób myślenia i jego drogi.

Jesteśmy w ciągłej rozterce, w starciach pomiędzy myślicielem a jego myślami. Ja chcę się skupić, a myśli się rozbiegają; ja komuś zazdroszczę, a nie powinienem być zazdrosny; z jednej strony jestem bardzo szlachetny, a z drugiej brzydki i mały. I wciąż jest to ścieranie się i walka. A jeśli chcę ją przekroczyć i wyjść poza nią, uwolnić się od tych ciągłych rozterek, muszę przekonać się czy rzeczywiście istnieje myśliciel oddzielnie i niezależnie od myśli. Myśli nasze są przemijające i wciąż się zmieniają, a widząc ten ich ciągle zmieniający się łańcuch, budzi się w nas chęć ustanowienia myśliciela, który byłby stały i niezniszczalny. Czyli myśl, "ja" - nadałem sobie sam cechę niezniszczalności. Więc myślą stworzyłem myśliciela - tego który poznaje, gromadzi, który może wybierać i przezwyciężać wszelkie trudności. Ale myśliciel jest częścią procesu myślenia. W istocie istnieje tylko myślenie.

Czy może tenże myślowy proces uwolnić się od nieustannego zmagania by czegoś dopiąć, od niemilknącego pragnienia trwałości? Wszak myśl jest jeno wytworem znanego, jest reakcją wiadomego - pamięci, doświadczeń, wiedzy. Nie możemy myśleć bez słów, bez symboli, albo bez pamięci. I myśl w swym dążeniu by stać się czymś większym stwarza ideał. I oto mamy z jednej strony ideał, a z drugiej aktualność; to co "powinno by być" i to "co jest". I walka wciąż trwa, ciągłe ścieranie się, nieustanny wysiłek by stawać się, osiągać, być lepszym.

A jednocześnie pragnie się szczerze zrozumieć i od walki uwolnić się; bo ścieranie się i walka są beztwórcze, są, jak wszelka wojna - niszczące. A gdzie ma być twórczość w najwyższym tego słowa znaczeniu, tam nie może być rozterek, ni starć. Jeśli więc jestem rzetelny w mej chęci skończenia z wszelkimi konfliktami, muszę spojrzeć jasno i zrozumieć całe to zagadnienie obserwatora i obserwowanego. Dopóki będzie obserwator, myśliciel, doświadczający, a oddzielnie obserwowane, przeżywane, myślane, tarcia i walki są nieuniknione.

Gdy widzimy jasno cały ten proces tj. jak umysł nasz wymyśla i stwarza oddzielną istność - myśliciela, wyższą jaźń, ducha - pytamy czy nie jest dlań możliwe nie rozszczepiać się, nie dzielić, a zajmować się tylko myśleniem? Czy nie mógłbym pozbyć się tej skłonności do tworzenia pojęć, obrazów i myśli - jako że myśli są pamięcią, podłożem z którego rodzą się nasze reakcje, w słowach, wyrażeniach, symbolach?

Gdy umysł jest wolny od walki, gdy staje się cichy, tą ciszą nie wypływająca z podłoża, ani z myśli, wówczas dopiero ustają na dobre wszelkie zmagania i tarcia. A owa cisza nie jest ideą, ani pojęciem, jest faktem; niezgłębionym, niepojętym, rzeczywistym, z którym w tej chwili jesteśmy jednym.

VI

Chciałbym omówić dziś wspólnie kwestię odnowienia, odrodzenia się - nie w istnieniu po śmierci, ani w następnym życiu - a dziś, teraz; czy jest możliwe aby dokonało się w nas takie całkowite odnowienie świadomości, aby to było naprawdę jako nowe narodziny; nie w ciągłości, a w nagłym przeistoczeniu. Myślę że jedną z najdonioślejszych do rozpatrzenia spraw jest pytanie czy nasz psycho-intelekt, - jedyne posiadane przez nas narzędzie postrzegania, badania, odkrywania, rozumienia, - może się całkowicie odnowić. Jeśli potrafimy to odkryć, nie tylko słuchać moich słów, ale sami przeżyć w tej chwili coś zupełnie nowego, tj. taki stan istotnego odrodzenia, wówczas może by się dało żyć dalej w tym zwykłym życiu codziennej rutyny, udręki, błędów i lęków, ale nadając im zgoła inne znaczenie i inną treść. Więc warto dziś pomówić czy w ogóle może zaistnieć całkowita przemiana nieświadomego. A gdy to zrozumiemy może odkryje się nam również co jest właściwą funkcją umysłu.

Otóż w miarę jak mówię, może warto aby moi słuchacze spróbowali nie tylko słuchać ale i wnikać w znaczenie słów, a zarazem obserwować własną myśl, czyli nie tylko śledzić za wątkiem tego co mówię, ale i obserwować bacznie działanie własnego umysłu podczas słuchania. Sądzę że jeśli w to wnikniemy możemy znaleźć klucz do stanu twórczości i pełni, w którym nieznane, niewiadome może zaistnieć.

Dotąd znamy z życia tylko szereg walk, ścierań się, ograniczeń, nieustających przymusów i konieczności dostosowywania się. Z tego składa się całe nasze życie. I w tym procesie nie dzieje się nic nowego, nie ma w nim żadnego odnowienia. Od czasu do czasu doleci nas coś z nieświadomego; ale intelekt świadomy zaraz się w to wdaje i po swojemu tłumaczy, dopasowując do ram codziennej wygody. Znamy tylko zmaganie się i wysiłek by osiągnąć jakiś rezultat. Ą czyż może walka, rozterka, ścieranie się tezy i antytezy, w nadziei znalezienia nareszcie syntezy, stworzyć coś naprawdę nowego, wydobyć świeżą, nieskalaną a swoistą jasność?

Całe nasze życie jest jedną rutyną, zużywaniem się, śmiercią; - śmiercią ciągłości, a nie tą która coś kończąc zarazem przynosi odnowienie. Wiemy to wszyscy; wszak takim jest nasze życie, czyśmy tego świadomi czy nieświadomi. A czy nie byłoby możliwe by ten automatycznie działający umysł - będący wytworem czasu, pamięci, doświadczeń, wiadomości, które są wszystkie odmianami ciągłości, mechanizmem znanego - czy nie byłoby możliwe by się tak odnowił, aby się stał świeży, czysty, nie skażony przeszłością?

Czy mógłby nasz psycho-intelekt wplatany w różne przyzwyczajenia, namiętności, pożądania, impulsy, trzymający się zawsze najwygodniejszych, najprzyjemniejszych dróg i przyzwyczajeń, albo też zmagający się by przełamać przykre, - ucichnąć; czy moglibyśmy odsunąć wszelka jego działalność i stać się sami nieznanym i niewiadomym?

Sądzę że jednym z najważniejszych zagadnień naszego życia jest: "jak pozwolić umrzeć całej swej przeszłości", czyli: "jak się od niej całkowicie odciąć". Czy może się to stać? Czy potrafimy dać umrzeć wszystkiemu co przeszłe - tęsknotom, wspomnieniom, lękom, pamięci, zacnościom i wszelkim innym ograniczeniom? Jeśli nie zdołamy, tedy nie możemy mieć żadnej nadziei na odnowienie. Bo teraz żyjemy tylko ciągłością rzeczy które były, nieustannie utrwalając je w myśli i świadomości. Intelekt przez wspomnienie przebytych doświadczeń i przeżyć, przez pamięć zdobytych wiadomości, tworzy wciąż stan ciągłości. l to jest wszystko co znamy. Chcę trwać, chcę przedłużenia swego istnienia, czy to przez własność i rodzinę, czy przez idee; chcę by ciągłość mego bytu się nie przerywała. A czy może nasze "ja", które wciąż się stara zabezpieczyć w stanie stałości, czy to w rozkoszy i przyjemności, czy w walce, lub też usiłując przekroczyć własne lęki i osiągnąć jakiś trwały stan, co jest jeno reakcją i dalszym ciągiem jego żądzy ciągłości - czy może to "ja" całkowicie zamilknąć?

To co trwa w ciągłości nie może się odnowić, nie może nigdy stworzyć nic nowego. A przecie w każdym z nas żyje gdzieś głęboko pragnienie ciągłości życia, dalszego trwania, i to takimi jakimi jesteśmy, może jeno nieco lepszymi, szlachetniejszymi, bardziej "ważnymi" w życiu, - czy to przez własne czyny, czy przez związki i stosunki z ludźmi. Więc zasadniczą funkcją naszego intelektu - takiego jakim go teraz znamy - jest nieustanne tworzenie ciągłości, oraz stanów w których czas odgrywa niezmiernie ważną rolę jako środek umożliwiający stawanie się czymś "więcej". Toteż nieustannie walczymy, zmagamy się i czynimy niebywałe wysiłki by utrzymać tę ciągłość. Owa ciągłość to "ja", to nasza mała "jaźń". A funkcją intelektu jest - jak dotąd - wzmacniać i zasilać to "ja". l to jest wszystko co znamy.

Czy więc mógłby ten intelekt, tak wrośnięty w czas, zamilknąć, skończyć się i znaleźć się w stanie gdzie jest nieznane, niewiadome? Umysł działa automatycznie, gdyż zarówno pamięć jest ruchem mechanicznym, jak wspomnienia doświadczeń; a nawet wiedza, choć może działać pobudzająco, jest mechaniczna, a podłożem intelektu jest czas; czy może więc intelekt o takich funkcjach przestać myśleć w ramach czasu, w terminach stawania się czymś, zawsze w obrębie "ja"? "Ja" jest ideą, pojęciem, gdyż pojęcie - to pamięć, doświadczenia, walki, lęki. Czy może taki intelekt zamilknąć, przestać działać, jednak bez wszelkiego ku temu pragnienia?

Gdyż jeśli pragnienie zamilknięcia zagnieździ się w myśli, intelekt może to łatwo wyobraźniowo osiągnąć, wprost zahipnotyzować siebie w taki stan. Jest on zdolny do tworzenia wszelkiego rodzaju ułud, ale w nich nie może być żadnego odnowienia.

Więc zagadnienie nasze przedstawia się następująco: znając funkcję obecną intelektu pytamy: "czy może on, taki jak jest, odnowić się i odrodzić? Czy też nie jest w ogóle zdolny do zobaczenia i przyjęcia czegoś nowego, nieznanego, więc wszystko co mu pozostaje do zrobienia to ucichnąć, zamilknąć? Ja sądzę że istotnie jest to jedyne co ma do zrobienia.

A czy myśl tak niespokojna, powierzchowna, rozproszona, która rzuca się w różne strony, to przyciąga i gromadzi, to odrzuca i odpycha - o, proszę poobserwować w tej chwili swe myśli ... - czy może ona od razu zatrzymać się w ciszy, zamilknąć, ustać? Bo właśnie w tej ciszy jest odnowienie, odnowienie niepojęte dla umysłu działającego w czasie. Ale gdy myśl ucicha, gdy umysł jest wolny od czasu, gdy przestaje działać, w tej samej chwili staje się zupełnie inny i nie ma w nim już ciągłości doświadczeń, nie ma istności która chwyta i gromadzi. W tym stanie ciszy jest twórczość, twórczość Boga, twórczość prawdy. A nie posiada ona ciągłości, takiej jaką znamy.

Ale nasz zwykły, automatyczny, mechaniczny umysł nie umie myśleć inaczej jak w terminach ciągłości i czasu, dlatego to chce aby prawda trwała, aby Bóg był stałością, nigdy nie kończącą się ciągłością. Ten automatyczny, codziennie przez nas używany intelekt, jest zupełnie niezdolny do ogarnięcia takiej poza-czasowej ciszy, toteż nie może zaznać sam odnowienia, ani odkryć nieznanego.

Ale jeśli intelekt wrośnięty w czas, w ciągłość nabytej wiedzy, w pamięć przeżytych doświadczeń, zdoła ucichnąć, stanąć w tej niezwykłej ciszy, jawi się w niej twórczość prawdy. Ale prawda owa nie jest ciągła, nie trwa cały czas; istnieje tylko od chwili do chwili, co chwila jest inna, bo nie istnieje już instynkt gromadzenia.

Więc twórczość i prawda nie są nigdy czymś, co w terminach zwykłego umysłu jest ciągłym, co trwa; jest zawsze obecna, ale nawet powiedzenie "jest zawsze obecna", nie jest dokładne, ani prawdziwe, to tylko pojęcie że jest ona obecna nadaje jej trwałość. Ale gdy myśl zdoła ucichnąć, poznamy stan który jest wieczystą twórczością. l to jest właściwą funkcją naszej psychiki i zadaniem intelektu. Zadaniem jego nie jest tylko mechaniczna strona działalności, umiejętność "jak" rzeczy robić, jak walczyć, rozbijać i na nowo klecić. To jest nasz codzienny zwykły intelekt, który od czasu do czasu chwyta jakieś błyski z nieświadomego, ale którego cała świadoma działalność jest wplątana w sieć czasu, umysł który wciąż reaguje, co oczywiście robić musi, inaczej bylibyśmy martwi. Nie możemy się bez niego obyć. Rozwinął się on z techniki, i im więcej rozwijamy i chcemy kłaść nacisk na technikę, czyli na "jak" to zrobić, na metodę, system, tym mniej jest miejsca dla tamtego, twórczego. Ale oczywistym jest że potrzebujemy techniki, musimy umieć robić różne rzeczy. Ale gdy ten mechaniczny intelekt, - wytwór pamięci, doświadczeń, wiadomości - uważa siebie za najważniejszy i działa samoistnie, niezależnie od drugiego, prowadzi to do martwoty, do bez-życia. Gdyż intelektualizm bez twórczości prawdy nie ma żadnego znaczenia, prowadzi tylko do coraz nowych wojen i walk, do coraz większej nędzy i cierpienia. Czy jest więc możliwe aby ten twórczy stan istniał, podczas gdy mechaniczny, techniczny umysł jednocześnie działa? Czy jeden stan nie wyklucza drugiego?

Ów rzeczywisty stan jest oddalony, usunięty gdy intelekt mechaniczny nabiera zbyt wielkiego znaczenia; gdy idee, wierzenia, dogmaty, odkrycia i koncepcje intelektualne stają się najważniejsze. Lecz gdy myśl ucicha, a twórcza rzeczywistość może zaistnieć, wówczas i zwyczajny intelekt nabiera innego znaczenia, wówczas i on jest przeciwny samej technice, owemu "jak", i nie pyta już "jak", nie interesuje się cnotą, gdyż prawda jest ponad i poza cnotą. Myśl która ucichła, wstrzymana w ciszy, wiedząca, będąc sama nieznanym i twórczością rzeczywistego, nie potrzebuje cnoty. Gdyż w tym stanie nie ma ścierań się ni walki, a tylko psychika usiłująca stawać się czymś dąży do cnoty.

Więc dopóki nadajemy zbyt duże znaczenie intelektowi, którego zadaniem jest gromadzić informacje, wiedzę, doświadczenia i wszystko pamiętać, tamten drugi nie może działać. Można wprawdzie od czasu do czasu pochwycić jakieś jego błyski, ale te są zaraz przetłumaczone w terminach czasu, tj. pożądania dalszych podobnych doznań, co jeno zasila pamięć. Ale jeśli widząc to wszystko, cały ten proces świadomości, umysł sam przez się, samorzutnie, naturalnie, uwalnia się z sieci wierzeń i pojęć i milknie równie prosto, wówczas zapanowuje cisza, bez starania się o nią, bez oporu, nie narzucona sobie przez wysiłek woli. I w tej ciszy rodzi się twórcza, niewymierna rzeczywistość, której mechaniczny umysł nie może uczynić swym celem, ani ująć, pochwycić ni ogarnąć. W tym stanie kryje się szczęście, którego intelekt nie zrozumie nigdy.

To co mówię nie jest żadnym wschodnim mistycyzmem. Jest to ogólnoludzkie, należy do człowieka, gdziekolwiek się znajduje, z jakiejkolwiek części świata pochodzi. Gdy możemy naprawdę czujnie obserwować całokształt procesu świadomości, oraz funkcję umysłu - jakim go znamy - wówczas bez żadnego wysiłku ni walki nastaje ta niezwykła cisza myśli, a wraz z nią twórcza rzeczywistość.

Mówiłem już jak bardzo ważnym jest umieć słuchać; nie tylko moich słów, ale wsłuchiwać się we wszystko. Gdy się ma tę umiejętność słuchania, nie może dla nas istnieć autorytet, ani naśladownictwo. Gdyż w takim słuchaniu jest ogromna swoboda. Lecz gdy nie jestem do takiego słuchania zdolny, stwarzam opory, sprzeciwy, a chcąc je potem przełamać szukam dalszych autorytetów i przymusów. Ale jeśli potrafimy słuchać, nie nadając żadnych własnych interpretacji, bez osądów ni paczenia słyszanego, bez sprowadzania tego zawsze do swoich własnych ciasnych i ograniczonych reakcji - wyniku swych uzależnień; jeśli zdołamy te wszystkie osobiste ustosunkowania się odsunąć i wsłuchać się we wszystko wokoło - w mowę żony, dzieci, sąsiadów, a nawet gazet i pism, we wszystko co się wokół nas dzieje, wówczas każda rzecz nabiera niezwykłego znaczenia i objawia nam coś przedziwnego.

Zazwyczaj jesteśmy pochłonięci własna oceną, przekonaniem, przesądem i tym czego się chcemy dowiedzieć, ale jeśli zdołamy wsłuchiwać się, odsłoni się nam wiele. A jeśli potrafimy też wsłuchać się spokojnie w siebie, we wszystko co się w nas dzieje, w te impulsy, namiętności, pragnienia, zazdrości i lęki - wówczas może nastać ta wielka cisza, o której mówiłem.

Pytanie: Jak może zaistnieć kolektywne działanie przy tylu sprzecznych indywidualnych zainteresowaniach?

Krishnamurti: Co rozumiemy pod słowem "kolektywny czyn"? Rozpatrzmy to najprzód, a potem zbadajmy czy istotnie mamy zasadniczo sprzeczne i rozbieżne interesy, które ścierają się przy wspólnej akcji.

Powtórzę - co rozumiemy pod "działaniem kolektywnym"? Czy robienie czegoś wszyscy razem, robienie twórcze razem; np. budowanie razem mostu, malowanie obrazu, pisanie poematów, czy uprawianie ziemi razem? Akcja zespołowa jest z pewnością tylko wtedy możliwa jeśli mamy podobny sposób myślenia. A więc nie tyle chodzi o kolektywny czyn, ile o kolektywne myślenie, które oczywiście wyrazi się w uzgodnionym działaniu.

Czy kolektywne myślenie jest możliwe? A o to nam właściwie chodzi. Wszystkie rządy, religie i zorganizowane filozofie, dążą do wprowadzenia kolektywnego myślenia. Mówią: "wszyscy muszą zostać chrześcijanami, lub socjalistami, lub też wyznawcami hinduizmu, a świat będzie doskonały". Ale czy kolektywne myślenie jest możliwe? Wiem iż czyni się je obecnie możliwym przez wychowanie, społeczne i ekonomiczne przymusy, przez różnego rodzaju zakazy i nakazy, przez narzuconą karność i nacjonalizm, który nas zmusza do czucia się Anglikami, Niemcami, Rosjanami, itp. Propaganda, religie, wychowanie tworzą pewne giętkie ramy, w obrębie których myślimy jednakowo. A że jesteśmy indywidualnościami o swoistych upodobaniach i wstrętach, dążeniach, zamiarach i ambicjach, przeto owe ramy są coraz bardziej usztywniane, abyśmy nie mogli wychylić się poza nie. A jeśli to czynimy, likwiduje się nas, lub ekskomunikuje, albo wyklucza z partii, co nieraz oznacza też utratę posady.

Czyli utrzymuje się nas wszystkich - chcemy czynie chcemy - w ramach pewnych ideologii, A im bardziej sztywne i mocne są te ramy, tym Iepiej i lżej się w nich czujemy, bo odbierają nam ciężar odpowiedzialności. Toteż każdy rząd, każda społeczność, chce skłonić nas to jednakowego myślenia. l w nas samych istnieje chęć by myśleć tak samo jak inni, gdyż czujemy się wówczas bardziej bezpieczni i pewni. Zawsze się obawiamy czy aby sprawimy dobre na innych wrażenie i troszczymy się co inni o nas pomyślą, bo wszyscy chcemy by nas uważano za zacnych i szanownych.

Więc w tym układzie rzeczy kolektywne myślenie staje się możliwe. I w chwilach przełomowych wywodzi się z niego kolektywny czyn, jak podczas wojny, lub gdy jesteśmy wszyscy czymś zagrożeni, w dziedzinie religijnej, politycznej, czy jakiejkolwiek innej.

Ale spytajmy czy takie, naciskiem wymuszane ograniczanie jednostki, może być twórcze? Możemy mu się poddawać, ale wewnętrznie nigdy nie będziemy w nim szczęśliwi; będzie w nas zawsze opór, sprzeciw, bo w takim podporządkowaniu się zespołowi nie ma swobody, wolność jednostki staje się pustym frazesem. A jednostka tak zacieśniona przez tradycje, konwencjonalizmy i nacisk gromady, chce zawsze przejawiać siebie i szuka wypełnienia przez ambicję; a wówczas społeczność znów ją ugina, zmusza do dostosowania się i powstaje konflikt, stan ciągłej wojny pomiędzy jednostka a społecznością.

A czy nie można by się zgodzić iż jest tylko jedno istotne powołanie dla wszystkich ludzi, zamiast tych rozbieżnych dążeń, przeciwstawnych zamierzeń, odrębnych zainteresowań? A to jedno istotne zadanie jest: zrozumienie co jest prawdą, co jest rzeczywistym. To jest jedynym prawdziwym powołaniem każdego człowieka, stokroć ważniejszym od zdobywania dyplomów inżyniera czy prawnika, lub zawodu marynarza, czy wojskowego; bezsprzecznie jedynym istotnym zadaniem każdego człowieka jest znaleźć prawdę. Jesteśmy ludźmi którzy cierpią, szukają badają; jeślibyśmy mogli uznać znalezienie prawdy za jedyne istotne nasze zadanie - oczywiście przy pomocy odpowiedniego wychowania i swobody od wczesnego dzieciństwa - wszystko by się zmieniło. Znalazłszy tę prawdę moglibyśmy, w pełni swobody, działać wespół z innymi, bez narzucania kolektywnego myślenia, bez nieustannego ograniczania nas przymusowym współdziałaniem. Jeśli jako wolni ludzie zdołamy znaleźć tę rzeczywistość i prawdę, wówczas dopiero prawdziwie twórczy wspólny czyn stanie się możliwy.

Pytanie: Jak może nasza uboga, ułomna ludzka miłość stać się czystą i nieskazitelną.

Krishnamurti: Czy to co jest skażone może się stać nieskalanym? Czy to co jest brzydkie może się stać pięknym? A człowiek głupi stać się nagle rozumnym?

Czy mogę, będąc świadom własnej głupoty, zmagać się i walczyć by stać się mądrym? Czy samo to usiłowanie nie jest głupstwem? Jestem zasadniczo głupi, mogę sobie wprawdzie przyswoić różne sprytne chwyty i umiejętności, ale w istocie pozostanę głupi. Podobnie się dzieje gdy widzę iż miłość moja jest skażona, ułomna, a ja chcę ją uczynić czystą i nieskalaną. Nie sadzę aby to było możliwe. Samo usiłowanie stawania się czymś "więcej", jest rodzajem skażenia, nie jest bezinteresowne, a więc nie jest "czyste". Wszystko co mogę zrobić to zdawać sobie sprawę z rodzaju mojej miłości i wszystkiego co się w niej tai - zazdrości, zawiści, obaw, lęków, niepokojów, niewoli i zależności. Znamy ogromne podłoże tego słowa "kocham". I oto chcemy całe to podłoże oczyścić, rozświetlić, uczynić nieskalanym, - co tylko oznacza iż intelekt chce znów coś zrobić z tą miłością, jakoś jej użyć, zamknąć w czasie to, co w samej swej naturze jest poza-czasowym. Czy jest to możliwe? Spójrzmy uważnie. Znamy ból miłości, niepokój, lęk, niepewność, smutek rozłąki, obawę śmierci; i oto intelekt chce to zmienić, chce uczynić z miłości coś, co nie może być niczym skażone. Czy sama ta chęć nie intelektualizuje miłości, nie zmienia jej we wrażeniowe powierzchowne przeżycie? Myśl nie może zmienić rzeczy już skażonej, w coś szlachetnego i wielkiego ; a wciąż staramy się to robić. Czuję zazdrość, a nie chcę być zazdrosny, więc poczynam walczyć; znając mękę zazdrości chcę ja przetworzyć. Jestem gwałtowny, brutalny, jest to nieprzyjemne, więc intelekt mówi: zmieńmy to w dobroć, ale ona należy również do dziedziny czasu. Czyli nigdy nie możemy być wolni ód gwałtowności, od zazdrości, uwiądu i usychania miłości; dopóki intelekt zacieśnia ja i zamyka w ramy czasu, będzie ona zawsze skażona.

Czy więc prawdziwa miłość jest dla człowieka nieosiągalna? Przekonamy się o tym gdy zrozumiemy w jaki sposób intelekt obniża i banalizuje, a więc paczy, miłość. To intelekt ją niszczy. Miłość sama w sobie jest zawsze czysta. To nasz psycho-intelekt czuje się nie kochany, odczuwa samotność, oddzielność; to ten ograniczony intelekt obniża i zabija miłość. Jakże często kochamy myślą, nie sercem. Trzeba zrozumieć i wczuć się do głębi co to oznacza.

Ale nie da się tego ogarnąć bez zrozumienia znaczenia i funkcji intelektu. Trzeba pojąc całokształt świadomości naszego "ja" - to ono tak się obawia że go nikt nie kocha; albo mając miłość, tak bardzo chce ją zatrzymać, iż uzależnia jej istnienie od drugiego człowieka - wszystko to należy do naszej psychiki. "Ja", które mówi: "muszę kochać Boga i prawdę", a tym samym stwarza symbol i co dzień, lub raz na tydzień, idzie do kościoła, czy innego miejsca modlitwy, jest częścią naszej psychiki. A wszystko czego dotknie intelekt ze swą mechaniczną pamięcią i wiedzą, zostaje skalane.

Więc ważne jest by znaleźć właściwe do tego zagadnienia podejście; tworzyć tę czystość, nieskalaność miłości można dopiero wówczas gdy intelekt znając swa funkcję ucichnie, zamilknie. Wtedy miłość na pewno będzie czysta i nieskalana.

Pytanie: Czy nie ma tylu dróg do rzeczywistości, do Boga ile istnieje jednostek? Czy więc Joga nie jest jedną nich?

Krishnamurti: Czy może istnieć jakaś droga do nieznanego? Do znanego jakaś droga prowadzi zawsze, ale do niewiadomego jej nie ma. Gdybyśmy zaraz mogli zrozumieć, myślą i sercem przeżyć prawdę tego, wszystkie nieba obiecywane przez religie i nasze własne pragnienie drogi wiodącej wprost do prawdy, znikłyby od razu. Jeśli rzeczywiste i prawda są znanym, jak znaną jest np. droga do naszego domu, tedy sprawa jest prosta, wybiera się najkrótszą doń drogę. Wówczas można przyjąć pewną metodę i związać się różnymi formami Jogi, ćwiczeń, wierzeń, itp. aby nie zbłądzić i drogi nie zmylić. Ale czy prawda i rzeczywiste są czymś znanym? A jeśli jest to znane, czy może być prawdą? Wszak rzeczywiste to coś co jawi się od chwili do chwili, co można przeżyć tylko w ciszy myśli. Więc nie może być drogi do prawdy, pomimo wszystkich twierdzeń filozofii; bo rzeczywiste to niewymowne, niepojęte, niepoznawalne.

To, co możemy myśleć o prawdzie, będzie tylko wynikiem naszego podłoża - tradycji, wyobrażeń, pamięci. Ale prawda nie należy do wiedzy, wspomnień, doświadczeń. Gdy intelekt wyobraża sobie Boga, jak to zwykle czyni - nie będzie to na pewno Bóg, będzie to tylko słowo. Możemy myśleć tylko słowami, obrazami, symbolami; więc to co myślą stwarzamy nie jest prawdą.

Znamy tylko słowa. Wiara w Boga stworzonego naszą wyobraźnią może nam oczywiście dawać pewną siłę, i tylko to znamy. Czytaliśmy, słuchaliśmy i jesteśmy na różny sposób uwarunkowani - jako chrześcijanie, buddyści, czy socjaliści. Ku wiadomemu można widzieć drogę; ale do nieznanego jej nie ma. Więc czy może ku niepojętemu prowadzić jakakolwiek metoda, która jest zawsze oporem, stłumieniem, zastępczością, lub uwzniośleniem? Chcemy znaleźć surogat prawdy. Nie wiemy co zrobić by jej pozwolić zaistnieć i sadzimy iż można ja sprowadzić przez opanowanie i cnotę. I uprawiamy cnotę, co jest znów mechanicznym nałogiem myślowym, i czynimy z cnoty coś co nie daje wolności, a tylko zacność, która ma nas chronić od strachu.

Używamy metod, a to wyklucza rozumienie. Umysł opanowany, wdrożony w pewne koleiny, nie może nigdy być wolny, nie może swobodnie szukać, odkrywać ani ucichnąć. Gdyż wszystko co sobie przyswoił zasila tylko proces myślenia, a ten jest reakcją pamięci, reakcją przeszłości, odpowiadającą pożądaniom szczęścia, które nazywamy prawdą.

Czy nie możemy ujrzeć jak nasza świadomość, nasz umysł działa, jak nasze "ja" wciąż szuka i gromadzi, aby się zabezpieczyć; i stwarza własna projekcję; zrodzoną z pragnienia bezpieczeństwa, którą nazywa "niebo", "Bóg". Umysł w tym stanie nie może nigdy ujrzeć prawdy. Człowiek o psychice pełnej stłumień i lęków, który nigdy nie spojrzał w siebie, bo obawia się tego co może w sobie zobaczyć, więc ciągle ucieka od siebie, od tego "co jest", - nie może nigdy znaleźć nieznanego.

Nieznane może zaistnieć gdy człowiek niczego nie szuka, nie pragnie, nie oczekuje i o nic nie prosi. Wtedy, rozumiejąc całość siebie samego, uspokaja się myślą i wchodzi w tę wielką ciszę, w której spotyka twórczą rzeczywistość i prawdę.

strona główna