strona główna

PLINIUSZ STARSZY

HISTORIA NATURALNA

przełożyli Irena i Tadeusz Zawadzcy

z Księgi II

KULISTY KSZTAŁT ŚWIATA I JEGO RUCH WIROWY (II 5-6)

Świat ma kształt doskonałej kuli, jak to wynika przede wszystkim z nazwy kręgu, zgodnie mu przez ludzi nadawanej, a także ze świadectwa faktów: nie tylko, że taka właśnie bryła każdą swoją cząstką ciąży ku środkowi i sama siebie podtrzymuje, ogranicza i zwiera, nie potrzebując żadnego wiązania, nie znając w żadnej swojej cząstce ani końca, ani początku, nie tylko, że taki kształt najodpowiedniejszy jest dla ruchu okrężnego, który - jak to się wkrótce pokaże - świat wciąż wykonuje, lecz także naocznie można się o tym przekonać, ponieważ, skądkolwiek spojrzeć, świat robi wrażenie półkuli widzianej od wewnątrz, co przy innym kształcie nie byłoby możliwe.

Otóż bryła ta obraca się ruchem okrężnym, wiecznym i niezmiennym, z niewypowiedzianą szybkością, a jeden obrót trwa dwadzieścia cztery godziny; z całą pewnością poświadczone to jest przez fakt wschodów i zachodów słońca. Czy hałas, powstały wskutek ciągłego obracania się takiego ogromu, jest istotnie niesłychanie wielki i przez to przekracza możliwości słuchowe ucha, tego nie mogę tak po prostu twierdzić; a także, na Herkulesa, tego, czy dźwięk wydawany przez gwiazdy, wirujące i zataczające swoje własne orbity, stanowi rzeczywiście jakąś miłą harmonię o niewiarygodnej słodyczy. Dla nas, którzy znajdujemy się wewnątrz, świat dnie i noce toczy się w milczeniu.

CZTERY ŻYWIOŁY (II 10)

Nie należy także, moim zdaniem, mieć żadnych wątpliwości co do tego, że istnieją cztery żywioły, a mianowicie:

Najwyżej znajduje się ogień; stąd owe mrugające światełka tylu gwiazd. Następne to powietrze, które i Grecy, i my, określamy jednym i tym samym terminem aer; jest to element życiodajny i przenikający wszystko, z wszechświatem ściśle związany. Jego to siłą podtrzymywana, wraz z czwartym żywiołem, wodą, w centrum przestrzeni unosi się ziemia.

SŁOŃCE (II 12-13)

Pomiędzy ziemią a niebem wisi w tym samym powietrzu, w pewnych od siebie odległościach, siedem gwiazd, które od ich ruchu postępowego nazywamy planetami, tj. błędnymi, jakkolwiek nie ma żadnego ciała niebieskiego, które by błądziło mniej od nich. W środku pomiędzy nimi krąży Słońce. Największe jest ono rozmiarami i mocą, decyduje nie tylko o rachubie czasu i losach ziemi, ale także o losach gwiazd nawet samych i nieba. Ono stanowi siłę życiodajną całego świata, a raczej jego duszę; ono też, sądząc ze skutków, musi być uważane za główny motor przyrody, za bóstwo. Ono udziela przedmiotom światła i płoszy ciemności, ono przyćmiewa inne gwiazdy, ale i rozjaśnia, ono powoduje, ku pożytkowi natury, regularne następstwo pór roku i lat, ciągle nowych. Ono rozpogadza zaciemnione niebo i rozprasza również chmury ludzkiego umysłu, ono swego światła użycza też wszystkim gwiazdom - przejasne, wspaniałe, które wszystko widzi, które wszystko słyszy, jak się wyraził Homer, ojciec wszelkiej uczoności, mówiąc o tym jedynym ciele niebieskim.

GWIAZDY I KSIĘŻYC (II 28-48)

Gwiazdy, które określiliśmy jako przytwierdzone do sklepienia niebieskiego, nie są - jak się popularnie uważa - przeznaczone poszczególnym ludziom, w ten sposób, że jasne mają rzekomo przypadać bogaczom, lichsze biedakom, ciemne upośledzonym, i że w ogóle każdemu, zależnie od jego losu, przypada odpowiednio błyszcząca gwiazda. Nie jest też tak, jakoby każda rodziła się wraz że swoim człowiekiem i wraz z nim umierała, a spadanie gwiazd nie oznacza niczyjej śmierci. Niebo nie stoi w tak ścisłej łączności z nami, by wraz z końcem naszego życia i w niebie zamierała świetność jego gwiazd. Kiedy się powszechnie sądzi, że gwiazdy spadają, one skutkiem nadmiaru wchłoniętej pod wpływem słońca pożywnej wilgoci zwracają nadwyżkę; podobne zjawisko daje się zaobserwować także i u nas, mianowicie na oliwie ściekającej kroplami po zapaleniu lampy. W ogóle ciała niebieskie, tkwiące na niebie, są odwieczne i jako jego osnowa z nim zrośnięte; na ziemię zaś wpływ wywierają przede wszystkim te, które z uwagi na skutki przez siebie wywoływane, na jasność i wielkość, mimo ogromnej swej nieuchwytności dały się zbadać, jak o tym powiemy w odpowiednim miejscu. [...]

A teraz, zostawiając na boku samą sferę niebieską, przedstawmy wszystko inne, co się znajduje pomiędzy niebem a ziemią. Nie ulega wątpliwości, że najwyżej umieszczona jest gwiazda zwana Saturnem, że też dlatego wydaje się najmniejsza, a obracając się zatacza największy krąg i w okresie trzydziestu lat powraca dokładnie do swego punktu wyjścia; że znów orbity wszystkich planet, wśród nich także Słońca i Księżyca, biegną w kierunku przeciwnym niż sfera niebieska, to jest w lewo, podczas gdy ta ostatnia obraca się zawsze w prawo. I jakkolwiek na skutek ciągłego wirowania o ogromnej szybkości planety są przez nią znoszone i porywane na zachód, wykonują jednak ruch w kierunku przeciwnym, każda swoim torem. Dzieje się tak dlatego, żeby powietrze wskutek wiecznego obracania się świata nie zbiło się w kłąb bezczynny i nieruchomy, lecz by zachowało swą płynność wobec ciągłego rozbijania i rozpraszania przez gwiazdy, uderzające z przeciwnej strony. Saturn zaś jest planetą zimną i zlodowaciałą. O wiele niżej od niego położona jest orbita Jowisza, który - przy szybszym naturalnie ruchu - wykonuje jeden obrót w ciągu dwunastu lat. Trzecia z rzędu to orbita Marsa, który także nazywa się Herkulesem; jest on rozpalony z powodu bliskości Słońca i wykonuje swój obrót w dwóch mniej więcej latach. Dlatego też Jowisz, znajdujący się między obydwoma, tj. zbyt gorącym Marsem i zlodowaciałym Saturnem, będąc pod działaniem jednego i drugiego zachowuje temperaturę umiarkowaną i dzięki temu przynosi pomyślność. Następuje orbita Słońca, podzielona na 360 części; lecz aby przy obserwacji jego cienia uzyskać dokładną zgodność z podziałką, dorzuca się co roku po pięć dni i ponadto jeszcze jedną czwartą część dnia; z tego powodu co cztery lata dodaje się jeden dzień przestępny, aby rachubę czasu uzgodnić z drogą Słońca.

Poniżej Słońca krąży ogromna planeta zwana Wenus, poruszająca się w sposób nie tak jednostajny, bo w jednym i drugim kierunku na przemian; i w samych swoich nazwaniach rywalizuje ona ze Słońcem i Księżycem. I tak przez to, że pokazuje się pierwsza i wschodzi przed świtem, otrzymała nazwę Świetlistej, będąc jakby drugim słońcem, przyśpieszającym dzień; natomiast kiedy świeci zaraz po zachodzie słońca, nazywa się Gwiazdą Wieczorną - przedłuża wtedy jakby dzień i zastępuje księżyc. Te jej właściwości pierwszy spostrzegł Pitagoras z Samos, około czterdziestej drugiej olimpiady, tj. w r. 142 od założenia Rzymu. Już wielkością przewyższa wszystkie inne gwiazdy, a jasność ma tak wielką, że jest jedyną spośród gwiazd, której promienie rzucają cień. Toteż istnieje szereg współzawodniczących ze sobą nazw na jej określenie. Jedni mianowicie nazywają ją Junoną, inni Izydą, inni Matką Bogów. Za jej przyczyną wszystko rodzi się na ziemi, bo przy porannym i wieczornym wschodzie rozprasza zapładniającą rosę i nie tylko skłania do wzrostu płody ziemi, ale także wpływa pobudzająco w tym kierunku na wszystkie stworzenia żywe. Obiega zodiak w 348 dniach, od Słońca nie oddalając się - według Timajosa - nigdy dalej niż na 460.

W sposób podobny, choć przy dużej różnicy co do wielkości i oddziaływania, krąży najbliższa Wenerze planeta Merkury, przez niektórych zwana Apollinem, odbywająca swą drogę po niższej orbicie w czasie krótszym o 9 dni, pojawiająca się raz przed wschodem słońca, raz po zachodzie, nigdy nie oddalona odeń dalej jak na 220 według tego, co mówią Kidenas i Sozygenes. Toteż obie gwiazdy wymagają specjalnej teorii, innej niż ta, która się odnosi do planet poprzednich, bo tamte widać w odległości od Słońca i o czwartą, i o trzecią część firmamentu niebieskiego, a nieraz także całkowicie przeciwstawione Słońcu. [...]

Ale nade wszystko na podziw zasługuje ostatnia gwiazda, najbliżej związana z Ziemią, będąca skutecznym środkiem przeciwko ciemności wynalezionym przez naturę - Księżyc. Nad jego kapryśnym, nieregularnym krążeniem łamali sobie nieraz głowy badacze i oburzali się, że najbliższe ciało niebieskie jest im najmniej znane. Bo też Księżyc ciągle rośnie albo ubywa, raz jest skrzywiony w dwa rogi, raz stanowi idealną połowę koła; to znów zaokrągloną ma drugą połowę; czasem pokryty ciemnymi plamami, nagle staje się zupełnie jasny, ogromny przy pełnej tarczy i naraz znikający; niekiedy świeci przez całą noc, kiedy indziej pokazuje się późno i przez część dnia jeszcze zasila światło słońca. Zaćmiewa się, i w zaćmieniu jednak również jest widzialny; przy końcu miesiąca chowa się, ale tego już się nie uważa za zaćmienie. Raz jest nisko, to znów wysoko, i to nie zawsze w taki sam sposób, ale raz blisko linii horyzontu, innym razem dotyka gór, to wyniesiony jest ku północy, to opuszczony głęboko ku południowi. Poszczególne te właściwości pierwszy zauważył u Księżyca Endymion; stąd powstała legenda o jego zakochaniu się. Doprawdy nie umiemy być wdzięczni tym, którzy wśród trudów i mozołów rzucili nam nieco światła na to świetliste ciało niebieskie; stanowi to dziwną chorobę naszego umysłu, że z przyjemnością notuje się w kronikach rozlewy krwi i zabójstwa, informuje się o zbrodniach ludzkich, a nie podaje się podstawowych wiadomości o budowie samego świata.

Jako więc najbliższy centrum świata, mając wobec tego najmniejszą orbitę, Księżyc w 27 i 1/2 dniach przebywa tę przestrzeń, którą najwyżej krążąca planeta; Saturn, odbywa, jak to powiedziano wyżej, w trzydziestu latach. Następnie pozostawszy w koniunkcji ze Słońcem przez dwa dni, najpóźniej w dniu trzydziestym od nowa zaczyna przechodzić te same fazy.

Księżycowi też zawdzięczamy wszystko chyba, co na niebie dało się zaobserwować: to, że rok dzieli się na dwanaście okresów miesięcznych (bo on sam tyle razy przybliża się do Słońca w ciągu swego jednorazowego obiegu), że od blasku Słońca zależne są wszystkie inne gwiazdy (gdyż Księżyc istotnie błyszczy światłem całkowicie od Słońca zapożyczonym, jakie widzimy np. w blasku odbijającym się od powierzchni wody; toteż ze znacznie mniejszą i nie tak wszechstronną mocą wyzwala tylko i nawet zwiększa wilgoć, którą promienie Słońca potrafią zniweczyć; stąd też niejednakowy widok przedstawia jego tarcza, ponieważ znajdując się naprzeciw Słońca osiąga pełnię, a w pozostałych dniach tyle tylko widać z niej na ziemi, ile sama od Słońca chwyci; w koniunkcji ze Słońcem Księżyc nie jest widzialny, ponieważ, odwróciwszy się, cały zapożyczony zapas światła zwraca tam, skąd go wziął); że dalej gwiazdy żywią się bez wątpienia wilgocią ziemską (ponieważ Księżyc, będąc w drugiej kwadrze, nigdy nie wykazuje plam; oczywiście dlatego, że nie wystarczyło mu siły do zaczerpnięcia więcej nad konieczny zapas - plamy przecież to nic innego, jak zanieczyszczenia ziemskie, porwane razem z wilgocią); wreszcie zaćmienia Księżyca i Słońca, zjawiska najdziwniejsze z tych wszystkich, jakie nam nastręcza obserwacja natury, po prostu cudowne, pozwalają wnosić o wielkości tych ciał z zasięgu ich cienia.

Rzeczywiście, widać zupełnie wyraźnie, że Słońce daje się zasłonić przez Księżyc, a Księżyc nawzajem przez Ziemię, w ten sposób, że te same promienie Słońca Księżyc, zasłoniwszy je sobą, odbiera Ziemi, a Ziemia Księżycowi; w pierwszym wypadku nastają nagłe ciemności, w drugim Księżyc pogrążony jest w cieniu. Noc to nic innego jak zacienienie Ziemi; cień ten ma kształt stożkowaty, podobny do odwróconego bąka, który samym wierzchołkiem dotyka Księżyca i nie wykracza poza wysokość, na której tenże się znajduje; a wiadomo o tym stąd, że żadna inna gwiazda w ten cień nie wchodzi oraz że taka figura zawsze kończy się ostrym wierzchołkiem. O tym, że cienie w pewnym punkcie wszechświata przestają istnieć, świadczą ptaki, które niebywale wysoko wzlatują; otóż granicę cienia stanowi miejsce, gdzie kończy się powietrze, a zaczyna eter - ponad Księżycem właśnie wszystko jest czyste i zalane światłem dziennym. Dla nas zaś gwiazdy są widzialne w nocy, jak wszystkie w ogóle światła widzialne są z ciemności. Z tego też powodu w porze nocnej daje się obserwować zaćmienie Księżyca. Zaćmienia i Słońca i Księżyca nie są stałe ani comiesięczne, a to z powodu nachylenia zodiaku i różnorodnych, jak to przedstawiono wyżej, zmian postaci Księżyca, jak również dlatego, że ruch gwiazd nie zawsze jest zgodny co do ułamków stopnia.

PRZESTRZENIE MIĘDZYPLANETARNE (II 83-86)

Wielu próbowało obliczyć odległości gwiazd od ziemi. Utrzymywano, że Słońce jest oddalone od Księżyca dziewiętnaście razy tyle, co sam Księżyc od Ziemi. Pitagoras jednak, uczony bardzo bystry, obliczył, że z Ziemi na Księżyc jest 126 000 stadiów [ok. 22 000 km], od tegoż do Słońca dwa razy tyle; stąd znów do dwunastu znaków Zodiaku trzy razy tyle. Tego zdania był także nasz rodak, Gallus Sulpicjusz.

Pitagoras wszakże, stosując teorię muzyczną, nazywa niekiedy "tonem" tę odległość, która dzieli Ziemię od Księżyca; od tegoż do Merkurego ma być połowa tej odległości, jak również stąd do Wenus; od tej znów do Słońca półtora "tonu", od Słońca do Marsa jeden "ton" (tj. tyle, ile z Ziemi na Księżyc), od Marsa do Jowisza połowa, jak również od tegoż do Saturna, a stąd półtora do Zodiaku. Te siedem "tonów" mają stanowić to, co się nazywa diá pasón harmonia, tj. harmonią wszechświata. W niej Saturn ma się poruszać według tonacji doryckiej, Jowisz - frygijskiej, i inne podobnież - kunsztowność wywodów służąca raczej zabawie niż potrzebie.

Stadium wynosi 125 naszych kroków, tj. 625 stóp. Według Posejdoniosa do wysokości poniżej 40 stadiów [ok. 7,5 km] od Ziemi docierają zaburzenia atmosferyczne, wiatry i chmury. Od tego miejsca powietrze jest czyste, przejrzyste i pełne niezmąconej pogody. Od końca strefy burzliwej do Księżyca ma być dwa miliony stadiów, stąd do Słońca pięćset milionów stadiów [ok. 92 500 000 km]; jedynie te wielkie odległości sprawiają, że tak ogromny kolos ognisty nie spala ziemi. Wielu badaczy twierdziło, że chmury podchodzą na wysokość 900 stadiów [ok. 165 km].

Wszystko to są hipotezy nie stwierdzone i niestwierdzalne, trzeba je jednak przytoczyć, bo już zostały wypowiedziane. W tej sprawie wszakże istnieje pewna metoda, którą nie może wzgardzić nikt, kto by chciał głębiej zapuścić się w badania, mianowicie metoda niezawodnego wnioskowania geometrycznego. A zatem nie wymierzanie (takie pretensje mógłby mieć tylko szaleniec, nie mający nic do roboty), ale jedynie przybliżone obliczanie ma jakieś znaczenie dla człowieka myślącego. Otóż ponieważ okręg, po którym biegnie Słońce, obejmuje - jak wynika z jego okrężnego ruchu - mniej więcej 366 długości średnicy jego tarczy, a średnica wynosi Zawsze jedną trzecią i nieco mniej niż 1/21 obwodu, tedy wynika stąd, że odjąwszy jej połowę (ponieważ Ziemia znajduje się w środku), pozostaje jako odległość Słońca od Ziemi mniej więcej jedna szósta część tej niezmiernej (i umysłem tylko dającej się objąć) drogi, jaką zatacza dokoła ziemi krąg słoneczny, Odległość zaś Ziemi od Księżyca wynosi jedną dwunastą tej drogi, bo o tyle krótsza od słonecznej jest jego orbita; toteż biegnie ona w środku pomiędzy Słońcem a Ziemią.

METEORYTY (II 149-150)

Grecy sławią Anaksagorasa z Klazomen, który w drugim roku siedemdziesiątej ósmej olimpiady przepowiedział na podstawie znajomości nauki o niebie, którego dnia spadnie z nieba kamień. I rzeczywiście nastąpiło to w biały dzień, w jednym z rejonów Tracji, koło Ajgos Potamoi. Dziś jeszcze można oglądać ten kamień, wielkości stogu, osmalony. Wtedy błyszczała też nocami kometa. Jeżeli ktoś wierzy w autentyczność tej przepowiedni, musi przyznać, że bardziej godna podziwu [niż samo zjawisko] była boska mądrość Anaksagorasa, po drugie zaś to, że dotychczasowe pojęcie przyrody upada i wszystko ulega przewartościowaniu, jeżeli się przyjmie do wiadomości, iż samo Słońce to albo kamień, albo kiedyś zawierało kamienie. Te zaś spadają często, to nie ulega wątpliwości. W gimnazjonie w Abydos doznaje z tego powodu czci kamień, średnich wprawdzie rozmiarów, ale którego upadek na środek ziemi został podobno przepowiedziany przez tegoż Anaksagorasa. Czcią otaczany jest taki kamień również w Kasandrii, która nazywana jest Potidają - to kolonia z tej okazji założona. Ja sam widziałem na terytorium Wokontiów niedawno spadły meteoryt.

DOWODY NA KULISTOŚĆ ZIEMI (II 161-164, 177-181)

Zacięta walka toczy się między nauką z jednej, a opinią publiczną z drugiej strony. Nauka głosi, że wszędzie na globie ziemskim rozsypani są ludzie i że muszą stać zwróceni do siebie nogami, że muszą mieć nad głową to samo niebo i w podobny sposób z każdej strony mieć nogi zwrócone w kierunku środka; opinia publiczna pyta się, dlaczego ci, którzy znajdują się naprzeciwko, nie spadają?

Jak gdyby równie uzasadnione nie było zdziwienie tamtych, że nie spadamy my! Stanowisko kompromisowe reprezentuje pogląd, możliwy do przyjęcia nawet przez niewykształcone masy, że ziemia jest kształtu nieregularnej kuli, np. czegoś w rodzaju szyszki sosnowej, niemniej wszędzie zamieszkana. Lecz cóż to znaczy, kiedy wyłania się inna cudowność: że ziemia sama jest zawieszona i nie spada z nami. Jak gdyby wątpić można było o sile powietrza, zwłaszcza tego, które jest zawarte pod sklepieniem niebieskim! Albo jak gdyby ziemia mogła spaść wbrew naturze, która nie przewidziała żadnego miejsca, do którego upadek mógłby nastąpić! Bo też jak ognie mają swoją siedzibę jedynie w ogniach, wody jedynie w wodach, powietrze tylko w powietrzu, tak ziemia, która zawiera w sobie wszystkie inne elementy, tylko w sobie samej może znaleźć pomieszczenie. Zdziwienie wszakże budzi fakt, że tworzy ona kulę, mając tyle płaskich przestrzeni morskich i równinnych. Ale broni tego poglądu Dikajarchos, jeden z najpoważniejszych uczonych, który z ramienia królów dokonał pomiaru gór; najwyższą z nich, jego zdaniem, Pelion, liczyć ma 1250 kroków w kierunku pionowym, z czego wynika, że nic to nie znaczy w ogólnym zakrzywieniu płaszczyzny ziemskiej. Mnie takie rozumowanie wydaje się śmieszne, bo wiem dobrze, że niektóre wierzchołki Alp mają długość stoków nie mniejszą niż 50000 kroków.

Ale najwięcej opinia publiczna buntuje się wtedy, jeśli się jej każe wierzyć, że wody spiętrzone tworzą także kształt kulisty. A przecież zjawisko takie daje się bardzo wyraźnie obserwować w przyrodzie; bo i zwisające na każdym kroku krople mają kształt małych kuleczek, a wrzucone do kurzu lub położone na kosmatym liściu wykazują kulistość absolutną; w pełnych kielichach środek jest najwyżej wzniesiony, co ze względu na rzadkość i ustępliwość cieczy łatwiej zrozumieć instynktownie niż uchwycić gołym okiem. A co jeszcze bardziej dziwne, jeżeli się do pełnych kielichów doda minimalną ilość cieczy, przelewa się jej nadmiar; inaczej dzieje się, jeżeli się wrzuci do środka ciężarki, nieraz aż do 20 denarów - oczywiście dlatego, że znalazłszy się wewnątrz powodują one spiętrzenie się cieczy, ciecz zaś nalana na czubek - spływa po nim w dół. Ta sama przyczyna sprawia, że z okrętów nie da się zobaczyć ziemi, jakkolwiek z masztów okrętowych już jest ona widoczna, oraz że przy oddalaniu się okrętu, jeżeli się przywiąże na szczycie masztu jakiś błyszczący przedmiot, zdaje się on powoli zniżać i chowa się dopiero na samym końcu. Wreszcie Ocean, który według naszego przekonania stanowi kraniec ziemi, jakąż ma inną postać, jeżeli trzyma się w swoim kształcie i nie spada, choć nie ma żadnej bariery go ograniczającej?

Trzy linie, przeprowadzone pomiędzy wymienionymi strefami klimatycznymi, podkreślają różnice w porach roku: zwrotnik północny, przechodzący przez część zodiaku dla nas najwyższą, i po drugiej stronie, ku przeciwnemu biegunowi, zwrotnik południowy; przez środek zodiaku biegnie równik.

Inne dziwne dla nas zjawiska mają swoją przyczynę w samym kształcie ziemi, której podobieństwo do kuli, jak również kulistość wód, daje się udowodnić za pomocą tych samych rozumowych argumentów. I tak nie ulega wątpliwości, że dla nas gwiazdy północnej strefy nieba nigdy nie zachodzą, natomiast południowe nigdy nie wschodzą, i że znów nasze nie są widoczne dla mieszkańców tamtej półkuli - bo w środku wznosi się wybrzuszenie kuli ziemskiej, zasłaniając widok. Wielkiej Niedźwiedzicy nie widać z Trogodytyki i bliskiego jej Egiptu, z Italii zaś Kanoposu i tzw. Warkocza Bereniki, ani też nazwanego tak za boskiego Augusta Tronu Cezarowego, gwiazd na tamtej półkuli znacznych. Tak zaś dalece wyraźnie wznosi się sklepienie i zakrzywia, że patrzącym z Aleksandrii Kanopos wydaje się wznosić nad ziemię o około jedną czwartą część jednego znaku zodiakalnego, podczas gdy dla obserwatora z Rodos dotyka nawet samej ziemi, a nie jest widzialny w ogóle w Foncie, gdzie natomiast bardzo wysoko wznosi się Wielka Niedźwiedzica. Ta znów skrywa się, od Rodos począwszy, a jeszcze więcej w Aleksandrii; w Arabii w listopadzie, w czasie pierwszej ćwierci nocy schowana, w drugiej ćwierci się pokazuje w Meroe w okresie przesilenia letniego pojawia się po trochu wieczorem i na kilka dni przed wschodem Arktura staje się widoczna równocześnie ze świtem. Obserwacje takie robią szczególnie żeglarze podczas swoich podróży, w miarę jak morze jedne gwiazdy skrywa, inne odsłania, i jak nagle pojawiają się, jakby wynurzone z morza, takie, które pierwotnie zakryte były krzywizną kuli. Nie jest także prawdą to, co twierdzili niektórzy, jakoby sfera niebios wznosiła się ponad naszym biegunem, który ma być położony wyżej od bieguna południowego; w takim razie nasze gwiazdy byłyby zewsząd widoczne! A tymczasem te same gwiazdy, które z bliska wydają się umieszczone wysoko, z daleka robią wrażenie obniżonych; jak też teraz nam, znajdującym się blisko północy, nasz biegun wydaje się wysoko wzniesiony, tak kiedy przejdziemy ową krzywiznę ziemską, tamte gwiazdy się wznoszą, a obniżają się te, które na północy stały wysoko - co tylko przy kształcie kulistym może mieć miejsce.

Stąd zaćmienia słońca i księżyca, zdarzające się wieczorem, nie są widoczne dla mieszkańców Wschodu, zarówno jak poranne dla mieszkańców Zachodu; południowe zaś ci pierwsi dostrzegają później od nas. Pod Arbelą, w dniu zwycięstwa Aleksandra Wielkiego, zaćmił się księżyc, jak podaje tradycja, o drugiej godzinie nocnej, a to samo zaćmienie na Sycylii widoczne było o jego wschodzie. Zaćmienie słońca za konsulów Wipstana i Fontejusza, kilka lat temu, które się zdarzyło w przeddzień Kalend Majowych, zaobserwowano w Kampanii pomiędzy siódmą a ósmą godziną dnia; a wódz Korbulo, przebywający wówczas w Armenii, oświadczył, że widziano je między godziną dziesiątą a jedenastą. Mianowicie zaokrąglenie kuli powoduje odkrycie albo przesłonięcie pewnych zjawisk przed pewnymi obserwatorami. Otóż gdyby ziemia była płaska, wszystko byłoby widoczne równocześnie dla wszystkich i noce nie byłyby nierównej długości; bo nie tylko ci, którzy znajdują się w środku, ale i wszyscy inni obserwowaliby równe okresy czasu po 12 godzin, gdy tymczasem przy tym stanie rzeczy w każdym miejscu [kuli ziemskiej] noce mają inną długość.

Stąd ani noc, ani dzień, choć te same, nie przypadają na całym świecie równocześnie, jako że odwrócenie się kuli [od słońca] przynosi noc, a zwrócenie [ku słońcu] - dzień. Stwierdzono to dzięki wielokrotnym doświadczeniom, w Afryce i Hiszpanii za pomocą wież Hannibala, w Azji zaś dzięki podobnie zorganizowanym, ze względu na stan pogotowia przed piratami, patrolom ochronnym, przy których sygnały ogniowe, zapalone o szóstej godzinie dnia, dostrzegane były przez znajdujące się najdalej na wschodzie placówki - jak się później okazało - o trzeciej godzinie nocy! Kurier wspomnianego już wyżej Aleksandra, Filonides, biegnąc z Sykionu do Elidy, przebywał odległość 1200 stadiów w dziewięciu godzinach dnia, a wracając stamtąd, choć droga biegła z góry, przybywał na miejsce dopiero o trzeciej godzinie nocy, i to nie jeden raz! Przyczyną było to, że w tamtą stronę miał drogę zgodną z kierunkiem słońca, z powrotem zaś biegł przeciwko niemu i spotkawszy je, wymijał; dlatego też ci, którzy żeglują na zachód, w ciągu dnia, choć zupełnie krótkiego, przebywają większą odległość niż przez noc, jako że samo słońce posuwa się razem z nimi.

strona główna