strona główna

David HUME

NATURALNA HISTORIA RELIGII

przełożyła Anna Hochfeldowa

Rozdział XIV
ZŁY WPŁYW POPULARNYCH RELIGII NA MORALNOŚĆ

Nie mogę powstrzymać się tu od wskazania na pewien fakt, wart być może uwagi tych, co zajmują się badaniem natury ludzkiej. Bez względu na to, w jak podniosłych słowach dowolna religia definiuje swoje bóstwo, jest przecież rzeczą pewną, że wielu jej wyznawców, a może i większość, stara się uzyskać łaskę boską nie poprzez cnotę i dobre obyczaje, które jedynie podobać się mogą doskonałej istocie, lecz albo przez bałamutne obrządki, nieumiarkowaną gorliwość i ekstatyczne uniesienia, albo przez wiarę w rzeczy tajemnicze i absurdalne. Z przepisów moralnych składa się najmniejsza część księgi Sadder, a tak samo i Pięcioksiągu; a bądźmy pewni, że jest to część, której zawsze najmniej przestrzegano i na którą najmniej zwracano uwagi. Kiedy starożytnych Rzymian nawiedzała zaraza, nigdy swoich cierpień nie wiązali z własnym występkiem i ani im się śniło o pokucie i poprawie. Nie pomyśleli nigdy, że są grabieżcami całego świata i że ambicja ich i chciwość spustoszyły ziemię, a zamożne narody przyprowadziły do niedostatku i ruiny. Powoływali wtedy jedynie dyktatora, który miał wbić gwóźdź w drzwi, i sądzili, iż tym sposobem dostatecznie udobruchają rozsierdzone bóstwo.

W Eginie członkowie pewnego spiskującego stronnictwa w barbarzyński i zdradziecki sposób wymordowali siedmiuset współobywateli i wpadli w rozwścieczenie tak wielkie, że kiedy pewien nieszczęsny uciekinier schronił się w świątyni obcięli mu ręce, którymi czepiał się bramy i zaraz potem zamordowali go, wynosząc poza święty teren. Tym bezbożnym czynem, jak mówi Herodot (nie zaś wieloma innymi okrutnymi zabójstwami), obrazili bogów i dopuścili się przewiny, od której nie było oczyszczenia.

Ba, gdybyśmy przypuścili nawet coś, co się nigdy nie zdarza, że mianowicie znalazłaby się taka popularna religia, która oświadczałaby wyraźnie, iż łaskę boską pozyskać można jedynie dzięki moralnemu postępowaniu, i gdyby powołany został zastęp kapłanów, którzy pogląd ten wpajaliby ludziom w codziennych kazaniach i przy użyciu całej sztuki przekonywania - to jednak przesądy ludzkie zakorzenione są tak głęboko, że z braku innych zabobonów za istotną treść religii uznanoby raczej samą obecność na owych kazaniach niż upatrywano ją w cnocie i dobrych obyczajach. O ile nam wiadomo, podniosły prolog do kodeksu Zaleukosa nie natchnął Lokrów żadnymi zdrowszymi pojęciami o sposobach podobania się bóstwu niż te, które były zwyczajne innym Grekom.

Wskazany fakt potwierdza się więc powszechnie, ale wytłumaczenie go sprawia jednak pewien kłopot. Nie wystarczy zauważyć, że ludzie wszędzie na świecie zniżają swoje bóstwa do własnego poziomu i uważają je jedynie za pewien rodzaj istot ludzkich, tyle że obdarzonych większą nieco mocą i inteligencją. Nie usunie to trudności. Żaden człowiek nie jest wszak tak głupi, ażeby posługując się przyrodzonym rozumem nie uznał, iż cnota i prawość - to najbardziej wartościowe cechy, jakie ktoś może posiadać. Dlaczego więc nie przypisuje swojemu bóstwu takich samych zapatrywań? Dlaczego nie sprowadza do tych wartości całej religii lub jej podstawowej części?

Nie wystarczy także powiedzieć, że moralność bywa w praktyce trudniejsza niż zabobon i że to jest powód, dla którego ją się odrzuca. Albowiem, nie mówiąc już o przesadnych umartwieniach braminów i talapoenów, pewne jest, że turecki Ramadan, podczas którego nieszczęśni ci biedacy przez wiele dni od wschodu do zachodu słońca powstrzymują się od jadła i napoju często w najgorętszych miesiącach roku i w jednym z najupalniejszych klimatów świata - ten Ramadan, powiadam, dla najbardziej nawet występnych i zdeprawowanych ludzi musi być czymś znacznie cięższym aniżeli wypełnienie jakiejkolwiek moralnej powinności.

Cztery posty Moskwiczan i surowe próby, jakim poddają się niektórzy rzymscy katolicy wydają się bardziej nieprzyjemne niż łagodność i dobroć. Krótko mówiąc, wszelka cnota jest przyjemna, kiedy ludzie przekonają się do niej przez najskromniejsze choćby jej uprawianie; wszelki zabobon jest po wszystkie czasy odrażający i uciążliwy.

Jako prawidłowe rozwiązanie tego problemu dałoby się może przyjąć wyjaśnienie następujące: Obowiązki, które człowiek wypełnia jako czyjś przyjaciel albo jako ojciec wydają się czymś, co winien jest wyłącznie swojemu dobrodziejowi albo dzieciom, i od obowiązków tych nie może się on uchylić, nie zrywając wszystkich naturalnych i moralnych więzów. Do dopełnienia ich może pobudzać go silna skłonność; te naturalne więzy umacnia poczucie ładu i moralnego zobowiązania; i cały człowiek, jeżeli jest prawdziwie cnotliwy, pociągnięty bywa ku temu, co jest jego obowiązkiem, bez żadnego wysiłku i starań. Nawet co się tyczy cnót surowszych i w większym stopniu opartych na refleksji takich jak duch obywatelski, obowiązek synowski, umiarkowanie albo prawość, to w naszym rozumieniu zobowiązanie moralne odbiera im wszelkie prawo do miana religijnej zasługi, zaś cnotliwe postępowanie nie uchodzi za nic więcej ponad to, co winniśmy społeczeństwu i samym sobie. W tym wszystkim zabobonny człowiek nie znajduje nic, czego dokonałby wyłącznie ze względu na swoje bóstwo albo co osobliwie mogłoby go polecać łasce i opiece boskiej. Nie uważa on, że najsłuszniejszym sposobem służenia bóstwu jest przyczyniać się do szczęścia jego stworzeń. Ażeby uśmierzyć prześladujące go trwogi, szuka ciągle bardziej bezpośredniej formy przysłużenia się najwyższej Istocie i wszelką zaleconą mu czynność, która albo nie przynosi żadnego w życiu pożytku, albo zadaje najsroższy gwałt naturalnym ludzkim skłonnościom, taką czynność przyjmuje tym chętniej, że zawiera te właśnie okoliczności, które powinny by kazać mu ją bezwzględnie odrzucić. Wydaje mu się ona tym bardziej rzeczą czystej religii, że nie wynika z domieszki żadnych innych pobudek czy względów. Jeżeli zaś poświęci na jej rzecz wiele ze swej wygody i spokoju - jego tytuł do zasługi wydaje się jeszcze rosnąć, stosownie do przejawionego zapału religijnego i pobożności. Kiedy człowiek zwraca to, co pożyczył albo kiedy spłaca dług - jego bóstwo nie jest mu w niczym zobowiązane; sprawiedliwe te czyny są bowiem czymś, co obowiązany był zrobić i co zrobiłoby wielu, nawet gdyby bóg nie istniał we wszechświecie. Kiedy natomiast cały dzień przepości albo solidnie się wychłoszcze - to takie rzeczy mają w jego mniemaniu bezpośredni związek ze służbą bożą. Żadna inna pobudka nie byłaby w stanie skłonić go do takich udręczeń. Dzięki tym chwalebnym oznakom pobożności pozyskał oto łaskę boską i może spodziewać się w zamian opieki i bezpieczeństwa na tym świecie, a szczęśliwości wieczystej - na tamtym.

Dlatego to okazuje się, że w wielu wypadkach największe zbrodnie idą w parze z zabobonną bogobojnością i nabożnością. Dlatego słusznie uchodzi za rzecz zawodną wnosić coś pewnego o dobrych obyczajach moralnych człowieka na podstawie gorliwości lub skrupulatnością jaką przejawia w ćwiczeniach religijnych, nawet jeżeli on sam wierzy w ich szczerość. Owszem, zauważono, że to raczej wynaturzenia najgorszego gatunku zdolne są wywoływać zabobonne trwogi i zwiększać religijną namiętność. Bomilkar, zorganizowawszy spisek, który miał na celu wymordowanie całego senatu Kartaginy i pogwałcenie swobód rodzinnego kraju, stracił sposobną okazję, gdyż bezustannie liczył się z tym, co mówią znaki i przepowiednie. Ci, którzy przedsiębiorą kroki najbardziej występne i niebezpieczne, bywają zwykle najbardziej zabobonni, jak zauważa w związku z tym starożytny historyk. Ich pobożność i duchowa wiara rośnie wraz z lękiem. Katylinie nie dość było ustanowionych bóstw i przyjętych obrzędów panującej w kraju religii; niespokojna trwoga kazała mu szukać nowych wynalazków w tym zakresie, o czym by prawdopodobnie ani zamarzył, gdyby był pozostał dobrym obywatelem, posłusznym prawom swego kraju.

Do tego dodać można, że po popełnieniu przestępstwa pojawiają się wyrzuty sumienia i wewnętrzny strach, które nie dają umysłowi spokoju, ale każą mu szukać ekspiacji za grzechy w obrzędach religijnych i ceremoniach. Wszystko, co osłabia lub narusza wewnętrzną strukturę człowieka, sprzyja interesom zabobonu, nic zaś nie szkodzi im bardziej niż męska, wytrwała cnota, która albo zachowuje nas od nieszczęśliwych i smutnych przypadków, albo uczy nas je znosić. Póki w umyśle panuje ów spokojny, słoneczny blask, widma fałszywej boskości nie pojawiają się nigdy. Kiedy jednak, z drugiej strony, poddamy się naturalnym bezładnym podszeptom naszych bojaźliwych i niespokojnych serc, strach, który nami włada, sprawi, że najwyższej Istocie przypiszemy wszelakie barbarzyństwo, zaś sposoby użyte dla jej udobruchania każą przypisać jej wszelaki rodzaj kaprysu. Barbarzyństwo, kapryśność: te oto cechy, jak można to powszechnie zauważyć niezależnie od tego, w jakie ubrano je słowa, stanowią w popularnych religiach główne rysy charakteru bóstwa. Nawet kapłani, zamiast prostować te wypaczone człowiecze idee, okazują się często gotowi pielęgnować je i pobudzać. Im straszliwszy jest obraz bóstwa, tym powolniejsi i bardziej ulegli stają się ludzie wobec jego kapłanów; a im bardziej niewytłumaczalne są wymagane przez bóstwo sposoby pozyskania jego łaski, tym bardziej niezbędną rzeczą staje się porzucić nasz rozum przyrodzony i poddać się przewodnictwu duchowemu i rozkazom kapłańskiego stanu. Można zatem stwierdzić, że ludzie sztucznie pogłębiają właściwe sobie z natury słabości i szaleństwa tego rodzaju, ale że nigdy ich naprawdę w ten sposób nie wytwarzają. Ich źródła tkwią głębiej w umyśle i wywodzą się z istotnych i powszechnych własności natury ludzkiej.

Rozdział XV
WNIOSEK OGÓLNY

Chociaż głupota barbarzyńskich i nieoświeconych ludzi jest tak wielka, że w bardziej oczywistych tworach natury, z którymi tak się już oswoili, nie dojrzą suwerennego twórcy, to jednak wydaje się chyba niemożliwe, iżby ktoś naprawdę rozumny ideę taką odrzucił, skoro raz się z nią zetknie. We wszystkim jasno widać cel, zamiar, zamysły a kiedy tylko nasz umysłowy horyzont rozszerza się na tyle, że zaczynamy zastanawiać się nad prapoczątkiem tego oto widzialnego systemu świata, z najgłębszym przekonaniem przyjąć musimy ideę jakiejś rozumnej przyczyny czy rozumnego twórcy. Tak samo i jednolitość zasad, panujących w całej budowie wszechświata, w naturalny, a może nawet i w konieczny sposób, prowadzi nas do pojmowania owej inteligencji jako jedynej i niepodzielnej, jeżeli tylko tak rozumnej teorii nie przeciwstawią się powstałe w wyniku wychowania przesądy. Nawet występujące w naturze sprzeczności, ponieważ przejawiają się we wszystkim, stają się dowodem na rzecz jakiegoś konsekwentnego planu i świadczą o jedności celu czy zamiaru, jakkolwiek by on był niewytłumaczalny i niepojęty.

Dobro i zło na każdym kroku przeplatają się ze sobą i mieszają: szczęście z nieszczęściem, mądrość z szaleństwem, cnota z występkiem. Nic nie bywa czyste i całkowicie jednorodne. Każdemu pomyślnemu zjawisku towarzyszy coś niekorzystnego. We wszystkich okolicznościach bytu i istnienia panuje zasada uniwersalnej rekompensaty. I niepodobieństwem jest, abyśmy w najbardziej chimerycznych marzeniach utworzyć sobie zdołali ideę położenia czy sytuacji ze wszech miar pożądanej. Napój życia, jak obrazowo przedstawia to poeta, jest zawsze mieszaniną, płynącą z naczyń w obu rękach Jowisza; jeżeli zaś zdarzy się czara czystego napoju, to zaczerpnięty on został wyłącznie z naczynia, które bóg trzyma w lewej ręce.

Im wyższe dobro, którego mała cząstka nam się dostaje, tym dotkliwsze skojarzone z nim zło. To powszechne prawo natury nie dopuszcza wielu wyjątków. Najżywsza inteligencja graniczy z obłąkaniem, największe porywy radości wywołują najgłębszy smutek, najbardziej upojnym rozkoszom towarzyszy najokrutniejsze znużenie i niesmak, najpromienniejsze nadzieje ustępują miejsca najsroższym rozczarowaniom. A w ogóle nic nie zapewnia takiego spokoju (bo o szczęściu nie ma co i marzyć) jak życie umiarkowane i wstrzemięźliwe, zachowujące we wszystkim, o ile to tylko możliwe, pewną średnią miarę i rodzaj niewrażliwości.

Ponieważ dobro, wielkość, wzniosłość, porywające piękno występują przede wszystkim w prawdziwych zasadach teizmu, to na zasadzie analogii z naturą oczekiwać by można, że w religijnych wymysłach i chimerach zawrze się tyleż podłości, niedorzeczności, nikczemności i grozy.

Jeżeli nawet powszechna skłonność do wiary w istnienie niewidzialnej rozumnej mocy, nie stanowi pierwotnego instynktu, to jest ona co najmniej powszechną właściwością natury ludzkiej i przeto uważać ją można za rodzaj znaku czy piętna, które boski rzemieślnik wyrył na swoim dziele. Nic też z pewnością nie może być dla ludzkości zaszczytem większym nad fakt, że tak jest wyróżniona spomiędzy wszystkich innych części stworzenia i nosi w sobie obraz czy odcisk uniwersalnego Stwórcy. Popatrzcie jednak, jak wygląda ten obraz w popularnych religiach świata! Jak nasze przedstawienia zniekształcają bóstwo! Jakie przypisuje mu się kaprysy, jakie niedorzeczności i jaką niemoralność! O ile niżej szacujemy je nawet, gdy chodzi o cechy, które w życiu codziennym przypisalibyśmy po prostu rozsądnemu i cnotliwemu człowiekowi!

Jakże szlachetny to przywilej ludzkiego umysłu - uzyskać poznanie najwyższej Istoty i móc z widzialnych tworów przyrody wnosić o zasadzie tak podniosłej, jaką jest ich najwyższy Stwórca! Ale spójrzcie na drugą stronę medalu. Przyjrzyjcie się większości narodów i epok. Rozpatrzcie zasady religijne, które faktycznie panują na świecie. Bodaj czy dacie się przekonać, iż są czymś więcej niźli majaczeniem chorych; albo może uznacie je raczej za kapryśne igraszki małp w ludzkiej postaci aniżeli za poważne, zdecydowane, dogmatyczne enuncjacje istoty, która sama siebie zaszczyca mianem rozumnej.

Posłuchajcie, jak solennie zapewniają ludzi o swojej wierze; cóż pewniejszego nad ich religijne doktryny? Przyjrzyjcie się ich życiu; nie uwierzycie chyba, że w doktrynach tych pokładają choćby odrobinę zaufania.

Największa i najprawdziwsza religijna gorliwość nie zabezpiecza nas przed hipokryzją. Najjawniejszej bezbożności towarzyszy skryty lęk i wyrzuty sumienia.

Nie istnieje w teologii niedorzeczność tak rażąca, aby nie zdarzało się jej czasem przyjmować ludziom o rozumie największym i najbardziej wykształconym. Nie istnieje religijny przepis tak surowy, aby nie przestrzegali go niekiedy ludzie najbardziej zmysłowi i rozwiąźli.

Niewiedza jest matką pobożności: oto maksyma przysłowiowa i potwierdzona przez całe doświadczenie. Ale poszukajcie ludu, który by był całkowicie pozbawiony religii; jeżeli taki w ogóle znajdziecie, bądźcie pewni, że ledwie parę kroków dzieli go od zwierząt.

Cóż jest tak czyste, jak niektóre zasady moralne, zawarte w niektórych teologicznych systemach? Co tak zepsute, jak pewne praktyki, które z systemów tych wynikają?

Pocieszające widoki, jakie ukazuje nam wiara w życie przyszłe, budzą zachwyt i rozkosz. Jakże szybko znikają one jednak, kiedy zjawi się związany z tym strach, władający umysłem ludzkim w sposób trwalszy i bardziej niewzruszony!

Wszystko to jest zagadką, enigmatem, niedocieczoną tajemnicą. Wątpienie, niepewność, zawieszenie sądu - oto co wydaje się jedynym rezultatem najskrupulatniejszych naszych dociekań w tej materii. Tak jednak słaby jest rozum ludzki, i tak nieodparcie zaraźliwe panujące poglądy, że nawet to z rozmysłem przyjęte wątpienie nie dałoby się chyba utrzymać, gdybyśmy nie poszerzyli naszego pola widzenia i, przeciwstawiając jeden rodzaj zabobonu drugiemu, nie wprawili ich we wzajemny spór, podczas gdy sami, porzuciwszy je w gniewie i walce, szczęśliwie uciekamy w spokojną, choć niejasną krainę filozofii.

strona główna